ŚWIATY DWA sezon 3 ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Impreza weselna szła jak najbardziej pomyślnie i w życiu bym nie pomyślał że można być aż tak szczęśliwym tego jednego dnia. Gdyby to było możliwe, wcale ani na chwilę nie schodziłbym z Elizą z parkietu, ale a to obiad, a to wódka, a to dodatkowe zdjęcia, jeszcze coś i tak dalej. Pocałunki za stołem też nam liczyli i według prowadzącego, jesteśmy jak to ujął "chyba wprawieni".
- Młody proszony do wspólnego picia - zaczepiło mnie cioteczne rodzeństwo, więc nie mogłem odmówić.
- Po jednym.
- Jest nas sześciu. Po jednym z każdym.
- Ale...
- Nie ma ale - posadzili mnie przy stole i naleli czegoś mocnego. - Za twoje zdrowie, bo w końcu musisz mieć go teraz bardzo dużo. Żeby ci tam potomstwo rosło i ten no, żeby podróż się udała.
- Jaka podróż?
- No poślubna - poklepał mnie po ramieniu. - Zdrowie, bracie. - Zdążyłem przełknąć, a poczułem przy sobie brata.
- Młody, kucharka chce cię w kuchni.
- Zaraz. Skończę to przyjdę. Miałeś być z Majką.
- No to jestem. Śpi w samochodzie. Kaja z nią jest. Idź do tej kucharki.
- No dobra, zaraz. - Odszedł, a ja wlałem w siebie jeszcze te pięć kieliszków i puścili mnie wolno. Dotarłem do kuchni i odnalazłem kobietę przy odgrzewaniu jakiegoś dania.
- Już jestem - zameldowałem się. - Co trzeba?
- Podawać już lody?
- A teraz jakieś danie miało być.
- Tak i będzie, tylko nie wiem czy podać oddzielnie, czy zaraz po?
- A to już jak pani sobie uważa.
- Tak?
- Tak. - Po drodze skubnąłem frytka które właśnie zestawiła i wróciłem na salę szukać swojej żony — Jeny, jak to dziwnie brzmi — Namierzyłem Ją przy stole. Siedziała wraz ze swoją rodziną, ale kiedy byłem bliżej jej, zaczepił mnie tata.
- Wódka się skończyła.
- Co? - rozejrzałem się po stole. - Jeszcze nie.
- No jednak lepiej żebyś dostawił. Leć.
Musiałem o to zadbać, więc z samochodu poniosłem kilka butelek do kuchni, by kelnerki mogły uzupełnić stoły. Teraz kiedy chciałem iść do Elizy, jej już nie było — No świetnie... — ruszyłem jednak w stronę łazienki, bo jakimś dziwnym trafem jest połączona z męską i damską, więc wszyscy się widzimy i nawet jest moja piękność.
- Proszę, proszę - zacząłem. - A ty co?
- Nie mogę się zmieścić - uznała ze śmiechem. - Weź mi pomóż, co?
- Jak?
- No... - zawahała się rozpromieniona, zerkając na innych korzystających z tego miejsca. - Wejdź tam ze mną.
- Co? - zawyłem sam popadając w lekki śmiech.
- No weź. Potrzymasz mi suknię. Ja sama się nie obsłużę.
Ostatni raz się zaśmiałem, po czym otwierając przed nią drzwi toalety, wszedłem za brunetką do mini pomieszczenia. Naprawdę nie mam pojęcia jak by sama dała sobie radę. Ledwo jedna osoba się mieści, a jeszcze ona cała w tej sukni...
- Trzymaj mi ten koniec i ten.
Chwyciłem.
- Trzymasz?
- Tak. Siadaj.
Wolno, wolno i usiadła. Oparłem się o ścianę czekając aż skończy. Zerkała na mnie z uśmiechem i musiała zagadać. - Kto ci włosy układał?
- Iza.
Po tym przytaknęła i spojrzała na swoje kostki z pod białych rajstopek.
- Są tu jakieś plastry?
- Są - wyznała jakaś dziewczyna z łazienki.
- Gdzie?
- Tutaj przed lustrem. Masz cały asortyment. Możesz obsłużyć się od góry do dołu. Poczynając od lakierów do włosów, a kończąc na jednorazowych skarpetkach.
- To dobrze - uznała. - Strasznie mam kostki obtarte. Buty mi się wrzynają.
- Ty szybciej, bo nam obiad wystygnie - zacząłem w końcu.
- No zaraz. Z tego stresu nie mogę. Na pewno nic mi się tam nie moczy?
- Na pewno.
- Szukam pana młodego - usłyszałem głos Szymka. - Kordian, jesteś tu?
- Jestem.
- Danie ci stygnie. Nie mogę znaleźć Elizy.
- Jestem - odezwała się, a on na chwilę się zawahał.
- No proszę, proszę. Tak wam się spieszyło?
- Spadaj - zaśmiałem się. - Nałóż mi frytki.
- Szaszłyki też?
- Jednego.
- A długo tam jeszcze, jeśli wolno wiedzieć?
- To zależy.
Gdzieś tam w tle zacząłem słyszeć coraz to bliżej głos swojej mamy, aż w końcu pojawiła się chyba przy umywalce.
- Widziałeś Kordiana? - zaczęła, zdaje się że do mojego świadka.
- Tak dosłownie to nie, ale chyba nieźle się bawi.
W tym momencie Eliza pokiwała głową i zaczęła wstawać, więc jeszcze koniecznie przy tym przytrzymała się mojej ręki.
- Znowu na zdjęcia poszli?
- Tym razem to chyba na całość, ale ja nie wnikam.
Odblokowałem zamek i otworzyłem drzwi wychodząc pierwszy.
- Ciekawe czy jest w tradycji uszkodzenie swojego drużby?
Mama dziwnie na mnie spojrzała, na Elizę tak samo, ale tylko posłała uśmiech, wiedziała że mój kumpel głupoty gada.
- Idź ty lepiej nakładaj te frytki.
- Właśnie - przyznała Eliza i zaczęła od mycia rąk.
Potem jeszcze w apteczne doszukała się plastrów opatrunkowych. Tak czy inaczej wraz musiała zdjąć rajstopki, by zakleić rany.
Nadszedł też czas na oczepiny podczas których pan młody rzuca muszkę, krawat, czy co tam ma, a panna młoda pozbywa się welonu. Poprosili nas oboje, a na środek krzesło na którym jako pierwsza usiadła Eliza. Wiki pomogła zdjąć dziewczynie welon, a ja miałem zasłaniać swojej panience oczy.
- Zasady dobrze znane - mówił jeden z członków naszego zespołu. - Muzyka przestaje grać, obecna pani w bieli puszcza welon. Pana prosimy o dobre zasłonięcie oczu.
Złączem palce na oczach dziewczyny i przytaknęła że nic nie widzi. Melodia rozbrzmiała, panie okrążające nas w kółeczku ruszyły. Tylko patrzyłem kto kryje się za nami i jakoś chciałem dać znać Elizie kiedy wypadnie taka jedna moja siostra cioteczne. Wiem z jej opowieści że zawsze chciała złapać welon. Najwyraźniej muzyka by tak grała, bo prowadzący nie zatrzyma jej póki nie odpowiem mu skinieniem. W końcu kiedy było już chyba idealnie, skinąłem, muzyka ustała, a Eliza wyrzuciła za siebie biały materiał. Dziewczyny się rzuciły, ale całe szczęście że to właśnie Magda złapała w ostatniej chwili.
- No i mamy nową panią młodą. Niech już tam ten piękny welon pojawi się na głowie, a na krzesełko prosimy pana młodego.
Zająłem wcześniejsze miejsce Elizy, a ta zaraz pojawiła się za mną.
- No to teraz muchą pana, zajmie się pani. Może nawet po raz pierwszy.
Zaprzeczyła.
- Nie? No widzicie. Oni już są ze wszystkim do przodu.
Dziewczyna rozpięła moją ozdobę szyi i wręczyła do rąk własnych. Tym razem kółeczko zostało utworzone z samych panów, a ja jeszcze się rozejrzałem kto by tu się nadawał do przejęcia mojej muchy.
- Rzucaj do tyłu - szepnęła mi do ucha Eliza. - Powiem ci kiedy.
- Kogo masz na myśli?
- Janka.
- Kogo?
- Towarzysz Magdy. Będzie im łatwiej.
- Jak on wygląda?
- Stoi przed tobą. Niebieski krawat.
- Okej - uznałem i dziewczyna zasłoniła mi oczy.
- Dobrze, pan młody gotowy. Prosimy o muzykę.
Zaraz rozbrzmiała i widziałem tylko ciemność, a czułem dłonie Elizy które przysłaniały mi widok. Nie musiałem czekać na znak, wystarczy że przestanie grać muzyka, więc wtedy zrobię swoje. Może po minucie wszystko nagle ucichło i zaraz z zamachem wycelowałem za siebie, ale też nie chciałem uderzyć Elizy która za mną stoi, więc chyba rzut się nie udał, ale jak się odwróciłem, wyszło pomyślnie. - I mamy zwycięzcę - zawołał wokalista, a ja wstając pozwoliłem usiąść wybrankowi.
- To było ukartowane - poznał się. - Prawda?
- Coś ty - próbowałem ogarnąć swoją muchę do zapięcia na jego szyję. - Wierzysz w przeznaczenie?
- Nie.
- A w miłość?
Przytaknął.
- Więc to jest właśnie miłość.
- No coś się dzieje - wtrącił mężczyzna przez mikrofon. - Pomóc?
Uznałem że nie.
- Ma rację, mucha to coś czym powinien zająć się prawdziwy facet, lub po prostu kobieca ręka. Panna młoda wkroczyła jednak na pomoc.
Oddałem tą funkcję Elizie, bo jej to wychodzi jakby lepiej.
- No i brawo. Ta dziewczyna nie pozwoli żeby jej mąż się trudził. To jest kochani coś co rzadko się zdarza. Mucha gotowa, nowy pan młody też, więc teraz co? Pierwszy taniec.
Cofając się, zgarnąłem z parkietu krzesełko i znowu słychać było muzykę, tylko tym razem nieco wolniejszą.

Prowadzący zespołu poprowadził dobrą zabawę przy zadaniach dla par gości którzy się zgłosili, a my z Elizą zwycięzców nagrodziliśmy butelką alkoholu wraz z gratulacjami wygranej. Po tym wszystkim mężczyzna nie pozwolił tak szybko zejść z parkietu, bo przyszedł czas na pojedynczy taniec z nami.
- Ja to słyszałem że nasi młodzi dzisiejszego wesela chcieliby nam coś powiedzieć.
Prowadzący zszedł z mikrofonem ze sceny.
- Jestem teraz jasnowidzem i przepowiadam przyszłość - spojrzał na brunetkę. - Eliza jest w ciąży. Prawda to?
Dziewczyna nie wiedzieć czemu przytaknęła. Zauważyłem że goście jakby uwierzyli, bo pojawiły się nawet wiwaty.
- No proszę, jaka zgodna. Jest w ciąży, a Kordian nic nie wie. Chciałby mu powiedzieć, a się boi, a czego?
Liczył że goście będą znać odpowiedź. Krzyczeli różne głupoty, a nawet usłyszałem propozycję że Eliza boi się Kordiana — A to dobre.
- Czego byś się bała? - zapytał ją. - Kordiana?
Zaprzeczyła.
- A więc zgadujemy dalej. Eliza na moje oko będzie się bała powiedzieć o ciąży, bo to będzie dziewczynka. Mała córeczka, a pan młody tak bardzo liczył że to będzie synek. Mogłoby tak być?
Znowu wiwaty, a mężczyzna postanowił kontynuować. Sam byłem ciekawy co on jeszcze wymyśli.
- Eliza w końcu decyduje się powiedzieć mu że to będzie córka. Jak myślicie? Co powiedział Kordian?
Znowu padło dużo śmiesznych odpowiedzi, ale ten cmoknął i pokręcił głową.
- No niestety, pan młody powiedział "Zaczynamy od nowa, aż się syna nie dochowam."
Na sali śmiech, sam prychnąłem, bo on jeszcze to powiedział z takim podkreśleniem.
- To co? Kordian bardzo chce mieć syna, więc naszym zadaniem jest wesprzeć, ale moi drodzy finansowo, bo wózek też kosztuje.
Teraz już wiedziałem do czego zmierzał, jestem tylko ciekaw, skąd on wziął tą historię? Każdy kto "wsparł" pieniądzem, dostał zdjęcie i mógł zatańczyć albo że mną, albo z Elizą. Dość długo to trwało, bo jednak zatańczyć z każdym gościem, to się schodzi. Na końcu wydarzyło się coś co mnie zaskoczyło. Elizie skończyli się partnerzy, ja tańczyłem z ostatnią dziewczyną, a ta wyjęła z górnej części gorsetu stówę, włożyła do koszyka i podeszła by ze mną zatańczyć. Na ten widok prowadzący nie mógł się powstrzymać od komentarza. Tak samo też był zaskoczony.
- Małżonka popiera męża, zapłaciła na wózek, więc może coś z tego będzie?
Wiedziałem że nie, więc nie będę się odzywał, ale pożartować też można.
Dla nas ostatnich grali najdłużej i po tym już tylko tort. Zgasły światła, piętrowy poczęstunek wjechał na salę prowadzony przez kelnerkę, po czym jako pierwszy kawałek ukroiliśmy razem z Elizą trzymając równo za jeden nóż. Ze swoim kawałkiem wróciliśmy na swoje miejsce, resztą zajęły się pomocnice kucharki, a my chcieliśmy zjeść w spokoju. Trzymałem plasterek ciasta ułożonego na wafelku, Eliza gryzła i sam siebie też karmiłem.
Na samym końcu wesela, niektórzy goście zaczęli się z nami żegnać, bo też musieli wracać.
- Myślisz że długo to jeszcze potrwa? - westchnęła w końcu Eliza podchodząc do mnie kiedy siedziałem z jej tatą, trener zaprosił mnie do stołu, więc siedzieliśmy.
- Wesele?
Przytaknęła.
- Nie wiem, a co?
- Buty bym zmieniła. Plastry nie pomagają.
- Przynieść ci płaskie?
- Nie... Już siedź - uśmiechnęła się, patrząc na nas. - Co za widok i co za sytuacja. Trener i jego podopieczny, a zarazem zięć z teściem. Pomyśleć że dzięki mnie, wasze drogi się nie rozejdą.
- Im później, tym bardziej zaczynasz bredzić, wiesz? - uznałem w żarcie i zaraz wepchała mi się na kolana, biorąc mój kieliszek.
- Polewaj tato.
Ten się zaśmiał i wykonał jej polecenie. Tak się zastanawiałem, czy ona czasem nie przesadza z tym alkoholem?
- Eliza, tobie wolno tylko wodę - zacząłem kiedy przechyliła do dna.
Spojrzała na mnie takim kpiącym wzrokiem.
- Dlaczego?
- Przecież jesteś w ciąży.
- Wiesz co... Im później, to ty bredzisz.
- Nie no, ja mówię poważnie. Co z karmieniem?
- O tym pomyślałam wcześniej. Lekarz mówił że jeśli chcę pić, muszę wcześniej ściągnąć mleko i odczekać przynajmniej kilka godzin, najlepiej dzień. Dużo nie wypiłam, nie martw się. Na pewno mniej od ciebie.
- Bo jak mnie tu ciągnął do stołu...
Tylko się uśmiechnęła i już nam nie przeszkadzała.
- Przyjdź niedługo. Potańczymy. I jeden, i drugi. Tato, jak ty się w ogóle czujesz?
- Daję radę.
- To dobrze. Będę u dziewczyn - cmoknęła mnie w policzek i odeszła zgrabnymi ruchami — rzeczywiście siedząc ze swoim dawnym trenerem można powiedzieć że czuję się nadal dziwnie. Tyle treningów, zna mnie jak prawie nikt inny, wie na co mnie stać, jaki jestem; a teraz stał się dla mnie rodziną. I to jak bliską. Nigdy bym tego nie przypuszczał. Koledzy z boiska tak samo do nas dołączyli, bo zaprosiłem naprawdę całą drużynę, no może oprócz Maksa, ale i tak by nie przyszedł. A z resztą nie było problemu. Stawili się na ślubie niczym na boisku.
- Pan, trenerze, to chyba od początku chciał zatrzymać Kordiana przy sobie - uznał w końcu Szymek.
- Zawsze mówiłem że to dobry zawodnik, ale nie sądziłem że i córkę mi skradnie - patrzył na mnie. - Przynajmniej wiem, że jest w dobrych rękach.
- Jak zawsze - odwzjemniłem uśmiech. - Nie zawiodę.
- Trzymam za słowo. Chociaż ty chyba nigdy mnie nie okłamałeś - spojrzał z pod oka, a Szymek mnie trącił.
Od razu przypomniało mi się jak specjalnie rozwaliłem sobie kostkę, mówiąc że to niechcący o drzwi. Ale to było dla Elizy, więc chyba się nie liczy.
- No dobra, to ja lecę szukać swojego dziecka - podniosłem się. - Ktoś coś wie?
Wzruszyli ramionami, więc odszedłem. Wychodząc przed salę na zewnątrz, myślałem gdzie by tu zajrzeć najpierw — na parkingu odnalazłem auto swoich rodziców i to był dobry traf. Mają zajmowała się moja mama. Dziecko spało, ale trzeba było czuwać w razie czego — uchyliłem cicho drzwi i kobieta się uśmiechnęła.
- Jak tam?
- Długo tu tak siedzisz?
- Nie... Nie dawno była tu mama Elizy.
- To może idź na salę, ja tu zostanę.
- No coś ty. Masz się bawić.
- No tak, ale ty też.
- Ja już się wybawiłam. Szczerze mówiąc, nogi mi odpadają.
- O, dobrze że mi przypomniałaś. Miałem przynieść Elizie buty na zmianę. Wiesz gdzie są?
- Na pierwszym siedzeniu.
Zmieniłem drzwi, biorąc reklamówkę z płaskimi białymi balerinkami dziewczyny.
- Przysłać kogoś do ciebie?
- Naprawdę, nie. Kordian, baw się, bo z tego co widzę, cały czas gdzieś uciekasz.
- No dobra, ale jakby co, to krzycz.
Kiedy dotarłem do Elizy, tańczyła boso, jedynie miała na stopach rajstopki, ale kiedy pokazałem jej reklamówkę z balerinkami, posłała minę jako ogromną ulgę, po czym zaraz podeszła kiedy piosenka się skończyła.
- Gdzie ty tyle byłeś?
- W samochodzie.
- Wiesz gdzie jest Maja?
- Z moją mamą w samochodzie. Na parkiet?
- Obowiązkowo. Niedługo skończą nagrywać płytę. Masz być przy mnie.
Od razu kiedy wsunęła buty, poszliśmy tańczyć razem.
Po godzinie została tylko najbliższa rodzina i nasi świadkowie. Nawet muzyka już nie grała, bo podziękowaliśmy zespołowi i muzykantom. Teraz przyszedł niewielki czas na drobne sprzątanie żeby zdążyć na jutro, bo przecież poprawiny, a mi to całkiem z głowy wyleciało. Eliza wolała nie kręcić się po kuchni w tej sukni, więc została na sali, a na końcu do niej podszedłem, łapiąc w talii.
- Czwarta godzina. Nieźle, co?
- Daj spokój. Jestem padnięta.
- Już jedziemy. Rodzice zaraz kończą.
Spojrzała na mnie mało wesołą miną.
- I co teraz? Wrócimy do domu i co? Spotkamy się dopiero za jakieś osiem godzin na poprawinach?
- Na to wygląda.
- A ty tego chcesz?
- Ja tylko chcę iść już spać.
- Sam? To po co nam był ten ślub?
- Na mnie się wściekasz?
- Na nasz los się wściekam.
- No dobra, no to już - pojawił się Szymek, a zaraz też Wiki i rodzice. Anka siedziała w kącie i lekko bujała wózek z Mają w środku. - Żyjecie?
- Jeszcze.
- Aby do jutra. Znaczy do dzisiaj. Widzimy się o trzynastej, nie?
- Tak.
- No dobra, to my będziemy spadać - spojrzał na swoją dziewczynę, a ta stanowczo przytaknęła, po czym zaraz podeszła i oboje nas przytuliła.
- Dzięki, to była bardzo dobra zabawa. Jeszcze raz życzę wam szczęścia.
- My też wam dziękujemy - wyznała Eliza. - Poradzicie sobie?
- Tak. Taksówka już czeka. Do zobaczenia.
- Trzymaj się, stary - kumpel podał mi rękę. - Chyba raczej powinienem powiedzieć młody.
- Jak chcesz - zaśmiałem się i z Wiki też pożegnałem.
Opuścili salę i przed nami stanęli rodzice.
- Gotowi do odjazdu, czy zostajecie tu do rana?
Eliza na to mocno złapała mnie pod rękę i chyba nie zamierzała puścić.
- Zostajemy. Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela - uznała stanowczo i pewnie jak nas rozdzielą, to ona się popłacze jako pierwsza. Sam bym nie chciał się z nią rozstawać, ale w naszym przypadku tak trzeba.
- Eliza, zadzwonię do ciebie jeszcze.
- Nie chcę żebyś do mnie dzwonił.
- Zobaczymy się za parę godzin.
- Nie - tupnęła nogą. - Nie dam się odłączyć.
- No nie wygłupiaj się, Eliza - uznała jej mama. - Krzysztof czeka w samochodzie. Idziemy.
- Nigdzie nie idę. Wyszłam za mąż, więc nie wracam dzisiaj do domu jak mam spać sama - spojrzała na mnie. - Nie poprzesz?
Patrzyła prawie ze łzami w oczach, więc sam ją objąłem.
- Ja też po nocach marznę - uznałem w końcu. - Zabieram Elizę do siebie. Koniec.
- Jak już chcecie - westchnęła.
- Nie no - jęknął jeszcze tata dziewczyny. - Tak nie może być.
Sięgnął do kieszeni i wręczył mi jakieś klucze do rąk własnych.
- Weźcie się prześpijcie i do zobaczenia w południe.
- Ale...
- No już, już, bo się rozmyślę. Nowożeńcom się nie odmawia.
- Tato, a co z tobą?
- No daj spokój - trząchnęła mną dziewczyna. - Kiedy teść daje klucze do swojego mieszkania, nie można odmawiać. - Spojrzała na swojego tatę. - Dziękujemy.
- No dobra - westchnąłem. - Składaj wózek i jedziemy.
- To może... - tym razem wtrącił mój tata. - Czym jest noc poślubna z dzieckiem na karku? Maję weźmiemy do siebie.
- Bardzo dobry pomysł - uznała mama. - Wyśpicie się i po krzyku.
- Na pewno sobie poradzisz? Może jednak Maja zostanie z nami.
- Poradzę sobie - przyznała stanowczo. - Tylko na południe macie być.
Spojrzałem na Elizę z pod oka, ale chyba nie miała już żadnych życzeń. Pasowało jej w tym momencie wszystko.
Do domu swojego teścia dotarliśmy normalnie samochodem który jest przez nas wynajęty. Daliśmy kierowcy wskazówkę jak dojechać i po przebyciu drogi, zatrzymał się. Jeszcze oczywiście bagażnik był pełny prezentów od rodziny, więc trzeba było wypakować, podziękowaliśmy i odjechał. Zanim Eliza zrobiła krok przez próg do pokoju, złapałem ją na ręce. Tylko wydała z siebie śmiech i walnąłem nas na łóżko w salonie.
- Miło ze strony twojego taty.
- Prawda? Fajnie że twoja mama zechciała zająć się dzieckiem.
- Chyba nie miała wyjścia.
- Okej - usiadła sobie. - Chce ci się spać?
- Tak średnio.
- To poczekaj - podniosła się i odeszła do przedpokoju. - Rozłóż kanapę.
Tak niechętnie sam się podniosłem i próbowałem w miarę szybko to wykonać. Eliza czymś tam szeleściła, aż w końcu sobie wróciła niosąc w ręku butelkę wina i korkociąg.
- Otwieraj, przyniosę kieliszki.
- To jest słodkie?
- Nie. Pół słodkie, wiem że nie lubisz kiedy jest słodkie.
Przytaknąłem, a ona zaraz przeszła do regału po dwie lampki na nasz trunek.
- To chyba nie będziemy dzisiaj spali - uznałem kiedy stanęła obok mnie.
- Nie będziemy. Wyśpimy się następnym razem.
- Oddzielnie.
- I to jest najgorsze - westchnęła. - Mogłabym się nawet o to pokłócić.
- Życie jest za krótkie żeby się kłócić - napełniłem kieliszki do połowy; jeden podałem Elizie, a drugi wziąłem dla siebie. - Za nas?
- Tak. Za nas, za przyszłość, za przeszkody których z pewnością nie unikniemy i za siłę żebyś umiał ze mną wytrzymać na dobre i na złe; i żebyś mnie nie zostawił.
- To chyba nie będzie możliwe.
- Kto cię tam wie... Jak się nadarzy jakaś tam... No wiesz.
- Nadarzyła się raz i chcę żeby tak zostało. Ślubowałem ci coś, mogę ślubować jeszcze i wiedz że słowa dotrzymam.
- To ślubuj mi jeszcze - uznała stając dokładnie przede mną i tak blisko, że czułem jej oddech.
- Dobra. Ślubuję Ci uroczyście, tu i teraz, że zawsze do końca będę Cię Kochał, traktował jak jedyną kobietę na całym świecie. Będę dbał o to żeby ten piękny uśmiech nie schodził z twojej twarzy. Twoje zdanie będzie u mnie zawsze na pierwszym miejscu i wszelkie potyczki, potknięcia, przewroty, będę rozwiązywał i prostował z tobą. Chcę żebyś traktowała mnie jak kogoś kto zawsze będzie przy tobie, byś nie bała się ze mną rozmawiać i była ze mną szczera. Od tej chwili swoje tajemnice, będę dzielił z tobą - patrzyłem poważnie w oczy Elizy. - Mam mówić dalej?
- Powiedz jeszcze słowo, a się rozpłaczę.
- To było prosto z serca. Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu. Zawsze tak będzie. - Przybiłem cicho nasze kieliszki.
W milczeniu wzięliśmy tylko po łyku, bo jakoś nie było sensu zapijać się dalej. Eliza mnie pocałowała i tylko mocno się przytuliła lekko kołysząc na boki i to był nasz taniec taki z przytulasem na dobre zakończenie wszystkiego.

-------------------
W kolejnym pojawią się poprawiny, oraz po nich lekka kłótnia. Tak aprop ktoś wspomniał o piątym sezonie i on rzeczywiście jest napisany, ale póki co, czytajcie ci jest i komentujce, bo to miseczkach co sądzicie o opowiadaniu
Dodał/a: Żan w dniu 8-02-2016 - czytano 933 razy.
Słowa kluczowe: Eliza Kordian małżeństwo mąż żona miłość ślub noc poślubna zakochani Żan

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "ŚWIATY DWA sezon 3 ROZDZIAŁ JEDENASTY"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)