ŚWIATY DWA sezon 3 ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Nastał ten dzień, 21 październik. Chciałem sobie pospać bo całą noc przekręcałem się z boku na bok, w ogóle nie dało się usunąć, a jak nad ranem mnie zmorzyło, wpadła mama.
- Kordian.
- Co? - mruknąłem z poduszką na głowie.
- Wstawaj. Jest masa rzeczy do zrobienia.
- Która godzina?
- Dziewiąta. Chodź, bo ja za godzinę mam fryzjera.
- To pa.
- Ja ci dam, pa - zerwała ze mnie poduszkę. - No synu, na swój ślub się spóźnisz?
- Pięć minut nikogo nie zbawi. Co ja mam robić?
- Szykować się.
- Już?
- Tak, już. Zaraz przyjedzie Bruno, ciocia miała pomóc przy bukietach, a ty miałeś przygotować koszyk na cukierki.
- No to stoi pod biurkiem. Ja to bym jeszcze dokupił tych cukierków.
- Myślę że starczy.
- A ile ich tam jest? Pięć garści. Niech ktoś jeszcze dokupi z dwa woreczki. Wydaje mi się że było więcej.
- Reszta jest na stole weselnym. Dobra, komuś powiem, ale ty już wstawaj.
- Dobra. Moment. - Kiedy kobieta wyszła, przekręciłem się na drugi bok i chciałem jeszcze tak poleżeć. Poświęciłem sobie dziesięć dodatkowych minut, no ale w końcu trzeba było się podnosić. Kiedy zszedłem ubrany w zwykłe spodnie dresowe i normalną koszulkę, mama zrobiła mi nawet oddzielne śniadanie.
- No nareszcie.
- Ja mam to zjeść?
- A co?
- W życiu. Nic się przełknę.
- No chociaż trochę.
- Nie - cofałem się do łazienki. - Idę pod prysznic. Porządny prysznic.
- Jak chcesz, ale jak wyjdziesz, masz zjeść. Tata pojechał twoim samochodem po te cukierki dla ciebie, a ja jadę do fryzjera, kosmetyczki i wracam. Nie zamykaj domu jak pójdziesz do łazienki, bo goście będą pod progiem.
- Okej. - Zamknąłem się i zająłem sobą.
Pod prysznicem trochę mi się schodziło, jakoś tak nie chciało mi się wychodzić. Myślałem o tym co dzisiaj będzie i ciężko sobie cokolwiek wyobrazić. Kto by pomyślał żeby ślub i chrzciny były jednocześnie? Nawet pogoda dzisiaj była łaskawa, chociaż wczoraj padał deszcz, to dzisiaj wyszło piękne słońce. – Kiedy wyszedłem, okazało się że spędziłem tak godzinę. Zaraz też słychać było jakieś głosy. To był tata, słyszałem Bruna i Kaję ze swoim rocznym synkiem.
- No Kordian - zapukał do drzwi łazienki. - Żyjesz?
- Cześć.
- O, żyje. Wyłaź, trzeba się szykować.
- Zdążę.
- Tylko ci się tak wydaje.
W końcu wyszedłem z tej łazienki i się ze mną przywitał.
- Młody jak się patrzy - klepnął mnie w plecy. - Ale wyprostuj się.
- Jestem prosty.
- Jak drut - zaśmiał się. - I jak się czujesz?
- Nie wiem. Zadajesz dziwne pytania. Nie gadam z tobą.
- Oj zostaw go już - jęknęła Kaja podając mu dziecko. - Idę do łazienki - spojrzała na mnie. - Wchodzisz jeszcze?
- Nie. Już może nie. Jeszcze tylko muszę coś zjeść. - Wziąłem się za kanapki, ale wszelkie dodatki typu krążki ogórka i plastry pomidora, zdjąłem. Zaraz jak tylko coś tam przełknąłem na siłę przybyli pierwsi goście. Siostra mojej mamy z rodziną i za razem moja chrzestna. Oczywiście buziaki w policzki, a na końcu została mi różowa szminka którą zaczęła ze mnie ścierać.
- No, bo Eliza zacznie mieć podejrzenia - śmiała się. - Gotowy?
- To się okaże.
- Ja już sobie zacznę robić te bukiety. Mogę w salonie?
- Tak, pewnie. - Ciocia jest kwiaciarką, często robi bukiety, stroi na śluby, komunie, wesela, więc uznaliśmy z Elizą że jeśli pod swój gust zrobi bukiety, będzie dobrze. Najlepsze jest to że powiedziała o tym jak jej zapłacimy za robotę, nie przyjedzie na wesele, i weź tu protestuj, po prostu się nie da.

Kiedy dobiło południe, zacząłem się szykować. Przybyło więcej gości, moich nerwów i tylko czekałem na Szymka aż wreszcie się zjawi.
- To może ja cię ubiorę - zaczął brat. - Wskakuj w strój.
- Spadaj, czekam na świadka.
- To będziesz czekał do rana.
- Nie, ja do niego zadzwonię. - Ledwo co wyjąłem telefon, a kumpel pojawił się w wejściu. - No nareszcie. Gdzie cię wcięło?
- Cześć. Jakiś wypadek na drodze i straszne korki są. Gotowy?
- Przecież ja czekam na ciebie. Masz mi pomóc.
Pomagierów to ja miałem w brut. Do pomocy świadek, brat, kuzyn i dwie kuzynki. Jedna układała mi włosy na żel, a druga męczyła się z muchą na mojej szyi.
- Coś ty kupił że ja tego zapiąć nie umiem.
- Ale nie szarp tak. Młodego nam udusisz.
- Właśnie. I nie będzie balangi.
- To jak jesteś taki mądry, to proszę, zapnij mu to.
- Daj, kobieto. - Zmienili się z bratem i teraz czułem jego palce.
- Ał - jęknąłem. - Lżej.
- O, przepraszam. Co ty taki delikatny jesteś?
- Chcę żyć.
- Sam go udusisz.
- Nic mu będzie. Aby do oczepin.
- Ej, ale ja odzyskam potem swoją muchę, czy będę musiał się pożegnać?
- Jak już rzucisz do tyłu, raczej nie odzyskasz.
- Który z was chce łapać?
- No wybacz, ale dla mnie już za późno.
- Kamilowi rzucę - spojrzałem na niego. - Chcesz?
- Nie.
- Oj no weź. Ugadam się z muzykantem i powie stop kiedy będzie twoja kolej.
- Zapomnij. Wybierz sobie inną ofiarę.
- Sądzisz że to jakaś kara?
- Nie. Sądzę że znajdziesz kogoś lepszego.
- A tak w ogóle to, dlaczego ty sam przyjechałeś? Gdzie towarzyszka?
- Będzie.
- No mam nadzieję.
- To jak tam? - do pokoju zajrzał tata. - Otwórzcie tu okno. Oddychać się nie da. - Patrzył na mnie i skupił wzrok bardziej na Brunie który mnie szarpie. - Co ty mu robisz?
- Bo się zapiąć nie da.
- Pokaż to, zanim krzywdę bratu zrobisz. - Bruna zmienił tata. W lustrze widziałem że i ten dziwnie spojrzał. - Chyba chiński badziew.
- To może przyszyć.
- Mózg se przyszyj - jęknąłem.
- O, udało się - przyznał tata. - Będzie dobrze.
- Żebym potem zdjął.
- To na koniec nożyczkami przetniesz wzdłuż i po krzyku.
- A oczepiny?
- To... To nie wiem. Niech się inni martwią.
- Eliza - uznałem. - Już lepiej żeby ona się przy tym nie wkurzała.
- Dobra, będziemy się martwić później. Śpieszcie się bo już czternasta. Nawet pięć po.
- Dobra. Iza, włosy już?
- No czekaj. Jeszcze chwila. Wolisz na jeża, czy lekko przyklepać na bok?
- A jak lepiej?
- Ja bym trochę na bok dała.
- To dobra.
- Mam bukiety - weszła ciocia. - Podoba się?
- U lala - zacząłem. - Nawet pod kolor.
- Tylko nie wiem czy te perełki będą dobrze się trzymały, ale nie powinny odpaść.
- Te różyczki są prawdziwe?
- Tak, tak. Koniecznie w wazony. A to dla ciebie i drużby. - Podała nam mniejsze rozmiary bukiecików na spince, żeby trzymały się na zgięciu marynarki na prawej stronie schodzącego kołnierzyka, tylko te były dobrane ze sztucznych kwiatków. Dziewczyny od razu przystąpiły do przypinania tego mnie i Szymkowi.
- Kamerzysta już jest - wyznała mama, po czym spojrzała na mnie kiedy w końcu stanąłem prosto. - Jak elegancko. No świetnie. I te włosy.
- Prawda? Iza ma talent. - Dziewczyna na to zrobiła skromną minę.
- Witam - wszedł facet z kamerą, a za nim też fotograf, a raczej pani fotograf. - Ja do pana młodego. - Podał mi rękę. - Już gotowy?
- No już. Coś nie tak?
- Sądziłem że trafimy w czas. Pewnie już nie da rady spróbować jeszcze raz?
- Ale... Znaczy jak?
- Wystarczy że zdejmiesz marynarkę, podpinkę i muchę. Tak przed lustrem, bo potem żeby było lepsze ujęcie jak panna młoda będzie się stroiła. Da radę?
- To może bez muchy - uznałem. - Ledwo ją zapięliśmy.
- Niech będzie. Zapraszam przed lustro. O tak - włączył kamerę i zaczęli jeszcze raz. Żeby było w miarę realistycznie, siostra udawała że zapina muchę, druga na czysto układała mi włosy, a na końcu wsunąłem marynarkę z powrotem. Tak szczerze, z kamerą bardziej poczułem tremę, a to dopiero początek. W drodze do wynajętego samochodu też mnie kręcili i przy odjeździe pomachałem.
Jadąc do Elizy miałem pierwszą bramkę utworzoną przez swoich znajomych kolegów z boiska. Wszystkich zaprosiłem na swój ślub. A co — wychodząc z auta, też towarzyszyła mi kamera, bo to też chcieli uwiecznić na płycie.
- To nie dacie mi przejechać?
- Jak się z nami napijesz, to możemy negocjować.
- A tak w ogóle, co wy tu robicie? Napijemy się na sali.
- No dawaj, dawaj - przegadywali mnie, więc nie dało się protestować. Na końcu wręczyłem im po butelce i dalej w drogę.
Druga bramka to sąsiedzi Elizy, a trzecia w samym wjeździe na podwórko, a główną prowaderką była Anka. Kiedy wyszedłem z samochodu, słychać było nawet orkiestrę i mnóstwo reszty gości bardziej z rodziny swojej narzeczonej. Oprócz tego, klaksony wozów stojących sznurem za mną.
- No szwagier, prawie - podkreśliła. - To jak będzie, po jednym?
- Oj dziewczyny - westchnąłem i zaraz wręczyła mi kieliszek. - A jak Eliza każe mi chuchać?
- Wszystko złożysz na mnie. Do dna. - Kiedy chciałem odłożył, ona była gotowa nalać mi jeszcze.
- Nie... Ja jeszcze dzisiaj dziecko do chrztu trzymam. Jeden starczy. Ty jako matka chrzestna, też nie powinnaś przesadzać.
- Dobra, niech będzie po jednym - odpuściła i dostały po swojej nagrodzie. - Dobra dziewczyny przepuszczamy, bo Kordian już doczekać się nie może spotkania z ukochaną - puściła mi oczko — ledwo co kierowca zaparkował przed schodami, wraz z Elizą wyszła Wiki. Szymek otworzył mi drzwi samochodu, po czym obaj równo przeszliśmy do swoich dam. Przy pocałukach w policzki wręczyłem Elizie bukiet, to samo zrobił Szymek i wtedy dziewczyny zapięły nam do marynarek bukieciki. Po tym jeszcze powitanie z przyszłymi treściami i weszliśmy do domu. Tam oczywiście Elizę zaczęli stroić, więc ja musiałem czekać. Tym razem kamera jej towarzyszyła i ja miałem spokój, aż do chwili kiedy rodzice zaczęli błogosławić. Jeszcze wcześniej klęczałem przed Elizą by wsunąć jej jakiś dolar pod stopę w pantofel.
- Zamknij oczy - zażartowałem klęcząc przed nią na jednym kolanie.
- Dlaczego?
- Bo to strasznie dużo kasy.
- Więc tym bardziej chcę to zobaczyć. - Podwinęła śliczną białą suknię ślubną i uniosła prawą nogę. Przy tym się mnie przytrzymała kiedy odchyliłem bucik i wysuwając z kieszeni papierkowe pieniądze w dolarach, włożyłem do buta aż pod same palce.
- Tylko nie zgub - podniosłem się wolno i Szymek wręczył mi koszyk z cukierkami dla gości, a Eliza mnie jeszcze zatrzymała.
- Kto ci zapinał tą muchę? - podśmiała się sięgając do mojej szyi.
- Wielu próbowało.
- Daj. Nie ruszaj się. - Odpięła i zrobiła to po swojemu. My się męczyliśmy przez prawie godzinę, a Eliza zrobiła to w pięć sekund.
- Bez porównania - westchnął Bruno. - Trzeba byłoby przejść szkolenie.
- Dobra, idziemy - pogonili nas, więc z tym trzeba było wreszcie wyjść przed dom. Rzucanie cukierków wyszło pomyślnie i dobrze że kazałem trochę dokupić, bo były niezbędne. Oprócz nas, była jeszcze Maja, ale nią zajęli się moi rodzice, byśmy z Elizą nie musieli się martwić.
Dopiero po przyjeździe do kościoła dostaliśmy małą na chwilę do zdjęć przy kapliczce kościelnej. Podobało mi się jak fotograf rozporządzał porządkiem pamiątkowych zdjęć. Najpierw sami młodzi i świadkowie, rodziców i chrzestnych też nie zabrakło, a potem druga sytuacja czyli z Mają i jej chrzestnymi. Tak ujął wszystko w porządku i nie pomieszał tych dwóch okazji.
Na czas mszy w kościele też mała była pod opieką dziadków i po kazaniu kierowanym do nas, przyszedł czas na przysięgę małżeńską i wręczenie sobie obrączek. Moja trema dawała się we znaki, tym bardziej, że miałem mówić jako pierwszy. Kapłan kazał mi i Elizie podać sobie prawą dłoń, po czym owinął je złotą stułą i przystawił przede mnie mikrofon.
- Czy ty Kordianie, bierzesz sobie tu obecną Elizę za żonę?
- Tak. - Po tym spojrzał na dziewczynę.
- A czy ty Elizo bierzesz sobie tu obecnego Kordiana za męża? - Eliza zaniemówiła. Nie wiem czy to ze strachu, czy obawy, ale patrzyła mi w oczy i milczała.
- Tak - uśmiechnęła się w końcu. Specjalnie to zrobiła — Znowu zaczął ode mnie, kazał też powtarzać za sobą słowa przy których łamał mi się głos i jednocześnie drżał, bo słyszałem się przez głośniki.
- Ja Kordian, biorę sobie Ciebie Elizo za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i wszyscy Święci. - Teraz spojrzał na dziewczynę i kazał powtarzać tą samą regułkę.
- Ja Eliza, biorę sobie Ciebie Kordianie za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i wszyscy Święci. - Następnie poświęcił obrączki i spojrzał na mnie. Tym razem też musiałem powtarzać za kapłanem, tylko że trzymając obrączkę dla Elizy.
- Elizo, przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości, wierności i uczciwości. - Po tym przyszła kolej na nią.
- Kordianie, przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości, wierności i uczciwości. - Dalej kapłan pobłogosławił nas odpowiednimi słowami i na tym zaślubiny dobiegły końca. Ślub skończył się o czasie czyli punkt osiemnasta, ale teraz jeszcze krótki obrzęd chrztu. Pamiętam tylko słowa babci jak mi mówiła że robimy zupełnie na odwrót, ale to tak za jednym zamachem, za jednym kosztem i już. Tak się jeszcze złożyło że to jest ten sam kapłan co w podstawówce uczył mnie religii. To dopiero spotkanie. Pamięta mnie dokładnie, więc na końcu jeszcze zagadał.
- To dobry chłopak - przyznał i podał mi rękę. - Gratuluję i życzę szczęścia na nowej drodze życia. - Przyszedł też czas na życzenia które nam składali nasi goście. Trochę się zeszło, aż wreszcie dotarliśmy do wynajętej wcześniej sali weselnej. Przed wejściem ustawili się rodzice z bochenkiem chleba, dwoma kieliszkami złączonymi czerwoną wstążką i napełnionymi alkoholem. Jakoś tak miałem sucho w ustach że nawet ten kawałek chleba nie chciał przejść mi przez gardło. Kiedy spojrzałem na Elizę, chyba miała to samo, bo żuła szybciej, nabierająć coraz więcej śliny.
- Już? - Przytaknęła i równocześnie wzięliśmy za kieliszki. Ja przechyliłem byle szybko, a ona podzieliła sobie na pół biorąc najpierw jeden łyk, potem dopiero do dna. Na końcu się strząchnęła, bo gorzkie i teraz przyszedł czas, by wyrzucić te kieliszki za siebie.
- Na trzy - uznała, więc cicho odliczyliśmy i z zamachem do tyłu. Mieliśmy za sobą podłogę wyłożoną kostką, więc szkło za jednym zetknięciem z nią, uległy zbiciu, więc reszta gości zaczęła bić brawo. Przez próg przeniosłem Elizę ma rękach i tylko się śmiała. Rozbrzmiała muzyka, na wstępie szampan i za stoły. Odśpiewali nam pieśń błogosławiącą, a po tym pierwszy taniec. Byliśmy z Elizą okrążeni przez swoich gości i przy wolnej muzyce po prostu trzeba było się oddać tańcu. Dziewczyna oczu ze mnie nie spuszczała, a ja czułem że tak samo nie mogę przestać patrzeć jej w oczy.
- Ale mnie przestraszyłaś w kościele - zacząłem w tańcu.
- Dlaczego?
- Jak się tak zacięłaś przy przysiędze. Normalnie milczałaś jak grób.
- Przepraszam - zaśmiała się. - Zabrakło mi słów.
- Wystarczyło że powiesz tylko jedno, składające się z trzech liter.
- Zapomniałam języka. W głowie miałam jakąś pustkę. Gdyby było pytanie, jak się nazywasz, chyba też bym nie wiedziała.
- No, a ja czułem że ty zechcesz zwiać.
- Co? Nigdy w życiu. Najchętniej bym złapała cię za ręce i powiedziała, "zabierz mnie do domu. Ja już chcę mieć to za sobą"
- Trzeba było powiedzieć.
- Jednak "Tak", okazało się być krótsze - posłała słodki uśmiech i już zamilkła na te resztę kroków w tańcu. Tylko co jakiś czas zerkała na swoją dłoń którą jej podtrzymuję. Nie trzeba długo główkować, by pomyśleć że patrzy właśnie na obrączkę jaką ma na palcu. Sam jak tak się spojrzę na swoją rękę podczas robienia czegoś, nie mogę uwierzyć. To złoto na palcu tak się mignie, że od razu przychodzi jedna myśl, "jestem żonaty".

------------------------------
Co wy na to? Bohaterowie już po ślubie a dalsza część niebawem ;-) komentujcie coś, bo nudno :-)
Dodał/a: Żan w dniu 6-02-2016 - czytano 789 razy.
Słowa kluczowe: Kordian Eliza ślub zjednoczenie zakochani małżeństwo nowe życie Żan

Komentarze (1)

Wierna czytelniczkadnia 2016-02-07 18:57:21.

Jeju ja się popłakałam ze szczęścia masakra piękne pisz tak do piątego sezonu :-D

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "ŚWIATY DWA sezon 3 ROZDZIAŁ DZIESIĄTY"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)