OSTATNIE TCHNIENIA

Rozdział I
Jestem przykładnym obywatelem
Brunetka. Średnio długie, proste włosy. Metr siedemdziesiąt. Niebieskie oczy. Znaki szczególne: brak. Tyle widzę patrząc w lustro. Duszy nie da się zobaczyć. Dlatego przestałam wierzyć w duszę. Tak jest łatwiej niż z świadomością, że miałaby smolisty odcień, a wokół unosiłby się swąd zgnilizny. Łatwiej jest w coś nie wierzyć, niż żyć z ciągłym brzemieniem przylepionym do ogona. Łatwiej zapomnieć o cierniach w sercu, niż je wyjmować i czekać aż rany łaskawie się zagoją. Już dawno uznałam, że nie istnieje nic na niebie i ziemi co jest w stanie mnie zranić. Nie mówię o pociskach kul, ostrzach noży. Mówię o człowieczych słowach i czynach.
Istnieje jedna ludzka teoria, którą całkowicie pochwalam. Gdy uciekasz od problemów, miłości (czyli też problemów) albo chcesz o czymś zapomnieć uciekaj w pracę. Przyznam, że moja praca jest wyjątkowo interesująca. Ucieczki w nią stały się swego rodzaju nałogiem. Nie. Nie nałogiem. Praca jest moim życiem. W zasadzie nic innego nie robię.
Zlecenia przyjmuję pocztą. Tradycyjną pocztą. W erze przesiąkniętej wirtualnymi wymysłami i rozmowami, które odbywają się w odległości nawet kilku tysięcy kilometrów bez słów, moje obawy o dostanie się listu w nieodpowiednie ręce są niemal zerowe. Nie mam skrzynki. Pan listonosz właśnie zapukał do moich drzwi. Starannie wręcza mi kopertę oznajmiając, że to polecony. Przecież wiem. Czekałam na niego. Z uśmiechem odbiera podpis i rzuca:
- Dzisiaj straszne zamieszanie. Wszyscy sobie chyba przypomnieli, że istnieje coś takiego jak list. – chichocze.- Miłego dnia pani Alicjo.
Oh, gdybyś wiedział co jest w tej kopercie. Nie śmiałbyś się do mnie tak uroczo. Oczywiście odpowiadam mu tym samym. Wolę nie robić sobie wroga z jedynej osoby, która niezmiennie trwa w moim życiu. Niezmiennie od jakiegoś roku. Wcześniej był pan Bartek. Straszy listonosz. Lecz na razie nie chcę o tym mówić.
Zamykam drzwi na dwa zamki. Prewencja to podstawa przedłużenia swojej egzystencji. Kopertę swoim zwyczajem wkładam do zlewozmywaka i podpalam. Jej zawartość to czyjś adres. Nic poza tym. Nic dla ciebie. Dla mnie ta biała przestrzeń kryje coś więcej. Wystarczy się tylko uważniej przyjrzeć. Lampa. Wiązka światła. Na czystej do tej pory kartce rysuje się zdjęcie. Mężczyzna. Około trzydziestki. Fizjonomia młodego profesora, wykładającego prawo. Tak najszybciej ująć bujną brodę, grube okulary, lekko przydługie włosy i eleganckie wdzianko. Nie wiele się pomyliłam. Pod zdjęciem piszą, że wykłada historię. Niech to. Znowu muszę się doszkalać. Mówią, że uczysz się przez całe życie. Zawsze odbierałam takie gadanie za frazesy.
Zanim się doszkolę dowiem się kim jest pan wykładowca. W takich chwilach ubóstwiam fakt, że żyjemy w dobie Internetu i wysyłania emotikonów, zamiast pokazywania prawdziwych emocji. Pan Wykładowca mimo młodego wieku jest staroświecki. Nie przepada za portalami społecznościowymi. Jednak z kilku zdjęć wiem, że przepada za historią starożytnego Rzymu, czekoladowymi lodami i spacerami po parku. Trzeba się dowiedzieć, po którym parku. Na stronie uczelni jest rozpiska jego zajęć. Zaczyna za dwie godziny. Powinien być w domu.
Odpalam swojego starego rzęcha. Jestem w szoku, że wciąż dycha. Po tylu przejściach, szosach, kilometrach, które musiał ze mną przetrzymać powinien zostać odznaczony. Jak się pewnie domyślasz jadę pod adres, który dostałam. Obstawiam przyjemną kamienicę na przedmieściach. Dużego psa. Retro meble. Wieczorami pewnie słucha jakichś smętów, popijając je lampką wina. Czyste spekulacje. Liczę, że okaże się mniej przewidywalny. Nikt jednak nie zabroni mi pograć w zgaduj-zgadulę, gdy stoję na czerwonych światłach. Jestem przykładnym obywatelem. Rozglądam się przechodząc przez ulicę. Dziękuję przy wychodzeniu ze sklepu. Płacę podatki.
Obserwacja jest najważniejsza. O ludziach najwięcej dowiadujesz się z tego, co sam zobaczysz. Nie z tego, co powiedzą ci o kimś inni. Weźmy na przykład zabójców. Gdy spytasz sąsiada niedawno ujawnionego mordercy, o to jak wobec niego się zachowywał, co ci odpowie? W życiu nie pomyślałbym, że byłby do tego zdolny. Na co dzień był miłym, uczynnym sąsiadem. Nie powiedziałbym o nim ani jednego złego słowa. Tak ci powie. I teraz są dwie opcje. Albo usprawiedliwia się, że niczego nie zauważył. Niczego się nie domyślił. Albo ten, na co dzień życzliwy morderca postępuje wedle oklepanego schematu. Schematu potulnego kotka w dzień i groźnego lwa w nocy. Nie ufaj. Nie ufaj temu co mówią inni. Nie ufaj sobie. Rozum, serce może Cię oszukać. Nie wzrok. On jest najszczerszym wśród zmysłów.
Widzę, więc jak pan Wykładowca zmierza do swojej pracy. Tak jak myślałam. Niezły z niego oldschoolowiec. Wcale nie świadczyły o tym wyłącznie zapasowe klucze schowane pod wycieraczką. Całe jego mieszkanie jest jak nora. Jaskinia samotnego wilka. Ciężkie zasłony. Mahoniowe meble. Płyty winylowe. Masywny regał z książkami. Bardzo chciałabym dotknąć ich zakurzonych i ponadrywanych grzbietów. Spokojnie. Mam skórzane rękawiczki. Nikt się nie dowie. Chyba, że komuś coś powiesz…
Na śniadanie jadł płatki kukurydziane. Na kolację zamówił pizzę. Puszka po coca-coli. Podejrzewałam zdrowszy tryb życia. Żadnych zdjęć. Nie jest sentymentalny lub postanowił zacząć od nowa. Wymazał przeszłość. Tak mu się tylko wydaję. Wybielacz działa tylko na krew. Przeszłości nie da się wymazać zwykłymi środkami. Coś o tym wiem. Żyjesz z nią albo mimo niej. Profesorek pracuje nad książką o wspomnieniach ludzi wojny i czasów względnego pokoju. Już wiem jak go zainteresować. Teraz łazienka. W apteczce nie ma żadnych niebezpiecznych leków. Żadnych strzykawek. Czysto.
Gdzie więc to ukryłeś? Na pewno zostawiłeś sobie jakąś pamiątkę. Dostałam list z adresem i nie tylko. Dostałam list, bo jesteś grzesznikiem. Jak każdy z nas, ale ty jesteś wyjątkowy w swoim fachu. Nikt nie domyślił się, że byłbyś do tego zdolny. Do czego? Kilka lat temu Profesorek miał inne upodobania niż stare książki i płyty. Były nim wysokie, jasnookie blondynki. Jedna z nich w tajemniczych okolicznościach zniknęła. Ciała nie znaleziono. Znaleziono prochy w jednej z ozdobnych donic w uniwersyteckiej bibliotece. Znalezione podczas inwentaryzacji. Oskarżono chłopaka studentki. Niedziwne. W przypadku młodych kobiet pierwszy strzał pada na otoczenie rówieśników i miłostki. Lecz jest ktoś, kto wie, że policja się pomyliła. Przysłali mnie tutaj, bo tylko kobieta jest w stanie pomścić kobietę tak jak należy.
Dosyć tego gadania. Pamiątki chowa się w takich miejscach, by wciąż o nich pamiętać, ale by były niedostępne dla innych. Swój pamiętnik chowałam we wnętrzu pianina. Tu nie ma pianina. Jest z tysiąc ksiąg. Znaczą pewnie dla niego tyle, co dla mnie kiedyś pianino. Trzyma rzeczy bliskie sercu w jednym miejscu. Tylko jak wybrać tę odpowiednią, by zdążyć przed jego powrotem? Musi być jakiś znak. Na pewno nieczęsto przyjmuje gości, ale na wszelki wypadek musi bronić swe pamiątki przed dostaniem się w niepowołane łapki. Ja się troszeczkę wprosiłam, a moje łapki bywają niezwykle lepkie. Znajdę. Znajdę, chociaż nie do końca wiem jeszcze czego szukam. Dowiem się, gdy to zdobędę. Chociażby w tej samotnej książce położonej na samym szczycie regału, wijącego się ku sufitowi. Byłoby dość banalnie, ale warto spróbować. Krzesło nie wystarczy. Nadal nie dosięgnę. Krzesło, encyklopedia i słownik wyrazów obcych już wystarczają. Już ją mam. Zbrodnia i Kara Dostojewskiego. Nieźle. Jeśli właśnie tam znajdę dowód, to uznam, że Profesorek ma mroczne poczucie humoru. Ma. Wypadają z niej zdjęcia. Czarnobiałe zdjęcia wysokiej blondynki z jasnookim spojrzeniem. Martwym spojrzeniem. Już nie żyła. Zastygła w pozie przyobleczona w anielskie okrycie. Na każdej kolejnej fotografii nakrycia było coraz mniej. Poza ta sama. Wzrok ten sam. Gdybym mogła wysadziłabym tę norę w powietrze. Oczywiście uprzednio przywiązałabym Profesorka do tego ohydnego, skórzanego fotela. Przywiązała i wysadziła. Nie mogę tego zrobić. Zasłużył na większe cierpienie. Już niedługo dowie się jak wielkie.
Odkładam powieść na swoje miejsce. Zdjęcia zabieram. Mam nadzieję, że idiota nie ogląda ich sobie codzienne przed snem. Inaczej mój plan lekko się posypie. Chociaż może doprawię jego życie nutką grozy? Pomyśli, że ktoś szperał w jego mieszkaniu. Zacznie się bać. Na szczęście dokładnie wiem co zrobi, bo w międzyczasie porozmieszczałam tu kilka kamer. Pominęłam łazienkę. Nie jestem jakąś świrniętą stalkerką. Co to, to nie. Szanuję się.
Pora wracać. Kluczyk pod wycieraczkę. Dalej mnie to śmieszy. Jak mistrz w swoim zabójczym planie jest na tyle nierozważny, by go tam zostawiać. Przecież każdy może wejść. Sąsiadka. Była dziewczyna. Psychofan. Rodzice. Łowczyni zabójców- ktoś taki jak ja.
Po wstępnych oględzinach mam chwilę spokoju. Idę sobie do swojej ulubionej kawiarni. Nie musiałam odpalać starego grata, bo stąd jest do niej całkiem blisko. Siadam przy uprzątniętym stoliku obok okna. Mój stały punkt obserwacyjny. O dziwo tym razem nie obserwuję nikogo konkretnego. Zwyczajnie patrzę na widoki za oknem. Są imponujące. Nie wspomniałam, że budynek wznosi się na najwyższym wzgórzu w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Widać stąd całe miasteczko. Dzisiaj kąpie się w mlecznej polewie. Mam na myśli mgłę, gdybyś nie zrozumiał tego bajkowego porównania. Niebo pokrywają strzępy waty cukrowej. Ewidentnie jestem głodna.
- To, co zwykle?- pyta Bruno- tak głosi plakietka na jego koszulce. Student. Dorywczy kelner. Mój ulubiony kelner. Zawsze wie czego potrzebuję. Nigdy się nie wtrąca. Nie namawia do dodatkowych porcji. Przyniesie. Poda. Pozamiata. Bez zbędnych pytań i nadgorliwych zwrotów grzecznościowych. Obym nigdy nie dostała w kopercie adresu, który doprowadzi mnie do niego.
- Tak. To, co zwykle.- odpowiadam, wyrywając się z zadumania.- A, Bruno masz jakąś przerwę czy coś w tym rodzaju?
- Mam. Jakiś kwadrans po piętnastej. Czemu pani pyta?
- Mi wystarczy pięć minut.
- Proszę mówić teraz.
- Jesteś studentem, prawda?
- Aż tak to widać?- uśmiecha się. Chyba go nie uraziłam.
- Nie chodziło mi o studenckie ubóstwo.- próbuję dorównać mu uśmiechem.- Bardziej o wiek. Mam takie pytanko czy każdy może być wolnym słuchaczem? Nigdy nie studiowałam. Chciałabym w ogóle sprawdzić czy warto.
- Będzie ciężko. Na naszym uniwerku trzeba mieć zgodę dziekanatu albo dostać pismo o nieprzyjęciu na uczelnię z powodu braku miejsc.
- Czyli miałam rację, żeby nie studiować.- wzdycham i słodko chichoczę, by nie wyczuł, że w głowie koczują mi jakiekolwiek dziwaczne plany.
- Mogę jeszcze jakoś pomóc?
- Nie. Dziękuję bardzo. Przynieś mi tylko moją ulubioną szarlotkę z…
- Z imbirową herbatą.- dokańcza.
- Dokładnie.
Ech, Bruno jest chyba jedynym człowiekiem, z którym potrafię się dogadać. Smutne? Nie. Gdyby to, co bije mi między żebrami potrafiło kochać, może ten fakt byłby smutny.
Zostawiam studenciakowi spory napiwek. Niech ma coś od życia. Co prawda jego informacja zmusiła mnie do rezygnacji z pierwszego miejsca, gdzie mogę złapać Profesorka, ale była cenna. Ominę bez marnowania czasu plan A i przejdę do B. Po szarlotce i herbatce zbieram się do wyjścia. Jakiś mężczyzna szarmancko otwiera mi drzwi. Taksuje go mroźnym wzrokiem, bo za bardzo nimi szarpnął. Wiszące u sufitu dzwoneczki, zwiastujące przyjście nowego klienta spadają mi na głowę. Nie bolało. Zdenerwował mnie jednak szum, jaki odbył się wokół mojej osoby. Nie ma nic gorszego niż zbiegowisko nad moją głową, chociaż dbam by była najmniej rozpoznawalną twarzą na tej półkuli. Jeszcze jakby spadła na mnie cegła, ale dzwoneczki? Darujcie sobie. Pani zza lady troszczy się, bo chcę, żebym nadal tu przychodziła. A pan, który otworzył mi drzwi czuje się głupio.
- Tak kończą się dżentelmeńskie gesty w dwudziestym pierwszym wieku.- nic innego nie byłam w stanie powiedzieć.
Zasłaniam się kapturem. Koleś za mną wybiega, ale ja już mam słuchawki na uszach. Muszę się zrelaksować. Zdenerwowałam się. Zrobili większy rumor niż, gdy ogłoszono, że burmistrz miasteczka wyburzył stary, acz znaczący dla miasta budynek tylko po to, żeby powiększyć swój garaż.
Już się trochę uspokoiłam. Nie ma to jak nuta starego, dobrego Franka Sinatry. Oddech się wyrównuje, a świat staje się jednym wielkim, tanecznym musicalem. Ta cała akcja lekko mnie opóźniła. Pewnie nie zdążę na powrót Profesorka do domu. Przyspieszam. Zaczyna padać. Super. Mój gracik teraz na pewno odpali. Jednak dobrze, że pada. Dzięki temu, zza masywnych kropel na szybie Profesorek nie zauważa mnie. Nie zauważa, że mam problemy z autem. Mógłby chcieć mi pomóc. Podszedłby. Wsiadł do środka. Wystarczyłoby, żeby lekko machnął ręką. Na ziemię z fotela spadłby notes, a z niego wypadłyby zdjęcia. Jak dobrze, że pada deszcz.
Kilka prób, kilka błagań i silnik rusza. Trochę przestraszyłam chłopczyka przechodzącego na drugą stronę ulicy. Przeprosiłabym, ale się śpieszę. Jestem w domu. Nawet się nie przebieram. Rzucam notes i wyjmuję laptopa. Obserwacja jest najważniejsza. Więc, patrz.
Niepotrzebnie tak się śpieszyłam. Niezły z niego nudziarz. Ogląda jakieś prawnicze seriale. Je zamówione jedzenie. Patrzyłbyś i myślał- przeciętny samotnik. Wtedy wybija jego godzina. Godzina, gdy wilk wystawia kły. Przeoczyłam inną książkę. Taką, którą schował w kratce wentylacyjnej. Album. Album zawierający zdjęcia jego przeszłości albo przyszłości. Dziewczyny, której się pozbył. I mnóstwa innych. Ciekawe czy dopiero za nie się zabierze czy dopiero wybiera czy może już jest za późno? Jedno wiem na pewno. Ma swój typ. A ja mam swój cel. Jak mawiał tatuś- Nikt niskiemu nie zabroni mierzyć wysoko. A już na pewno nie całkiem wysokiej (jeszcze) brunetce.
Całą noc nadrabiam zaległości w nauce historii. Wychodzę z łazienki. Patrzę w lustro. Blondynka. Kręcone włosy. Jasnoniebieskie oczy. To też ja. Farba albo peruka. Soczewki. I już nazywają cię kimś innym. Profesor pozna dziś Felicję.
Wolnym słuchaczem być nie mogę, ale doskonale wiem, gdzie teraz mój obiekt się znajduje. Poszczęściło mi się. Umieszczono jego nazwisko wśród osób uczestniczących w ogólnodostępnej konferencji na temat starożytnego świata. Przyznam, że miałam dość ich gadania już po pierwszych pięciu minutach. W zasadzie w ciągu pięciu minut przewodniczący powiedział z dwa zdania. Poszarpał tym moją wrodzoną cierpliwość do cna, ale postanowiłam zostać, nadrabiając zaciekawioną miną. Wiedziałam, że mnie zauważy. Odwrócił się trzy razy. Profesorek oczywiście. Nie trudno było się wyróżnić w tym tłumie, bo na auli było z pięć kobiet. Każda z nich przypominała typową kujonkę. Ja nie. Muszę przecież wyglądać tak, jak on sobie zażyczy. Delikatnie. Perfekcyjnie, jakbym była istotą nie stąd. Niewinnie. Stąd białe szmatki, które kupiłam po taniości na wypadek, gdyby zdarzył się dzień, w którym zlecenie będzie polegało na przebraniu się w moje całkowite przeciwieństwo. Anioł.
Koniec konferencji. Wychodzę. Czuję, że idzie za mną. Wystarczy, że się potknę albo przypadkowo coś mi wypadnie. Mam go. Podaje mi notes, który całkowicie niechcący wyślizgnął mi się ze sterty niesionych ksiąg. Ciekawe jaką miałby minę, gdyby wiedział co wczoraj siedziało w tym dzienniku.
- Przepraszam, jestem trochę roztrzepana.- serwuję najlepszy ze swoich uśmiechów.
- Nie szkodzi. Studiuje tu pani?
- Nie. Zamierzam od przyszłego roku. Musiałam zarobić na studia.- Taki tekst go zmiękczy. Bije ze mnie wszechobecna dobroć. Tylko dorysować skrzydełka i leć!
- Tomek.- przedstawia się. Nie przyznaje, że jest wykładowcą. Ze swoim młodym wyglądem może udawać, że jesteśmy z tych samych sfer. Nie spytam go kim jest. Mogę go spłoszyć.
- Felicja.- wyciąga do mnie rękę, ale śmieję się pokazując na stertę książek. Nie zamierzam ponownie udowadniać swojej niezdarności. Bez pytania bierze część książek i proponuje pomoc.
- Felicja. Piękne, łacińskie imię. Oznacza szczęśliwa.
Rzeczywiście Profesorku, spotkało cię niebywałe szczęście. Zdziwiłbyś się jak niebywałe szczęście.
- Po babci. Była miłośniczką historii.
- Tak jak ty?
- Ja próbuję za nią nadążyć.- doskonałe ujęcie luki w mojej wiedzy, którą próbowałam zaszpachlować poprzedniej nocy tak, by niczego się nie domyślił. Pora na niego. Przecież nie może myśleć, że jestem egocentryczką.- Co do twojej pasji nie mam wątpliwości. Zadawałeś wiele pytań na tej konferencji.
- Czasami zainteresowanie nie idzie w parze z zamiłowaniem.- Czyżby mówił o jasnookiej blondynce, której się pozbył?- Ale w tym wypadku jak najbardziej masz rację. Uwielbiam starożytność.
Czekoladowe lody i spacery po parku też. Wiem.
Odprowadza mnie do samochodu. Zdążyłam wypożyczyć inny. Nie przyjechałabym tutaj tym samym gratem. Mógł mnie wczoraj widzieć przez okno. Poza tym anioły nie wożą się chevroletem z przetartą skrzynią biegów. Prędzej czerwonym kabrio. Takim jak to, do którego wrzucam książki.
- Dziękuję.- zastanawiam się co jeszcze dodać, by zapaść mu w pamięć, ale nie być nachalną.- Powinnam się jakoś odwdzięczyć.- tekst jak z komedii romantycznych, ale na nic innego nie było mnie stać. Zazwyczaj grałam inne role.
- Powinnaś. Teraz?- rzuca bez ogródek. Wybrałam idealny dzień. Zaczyna zajęcia dopiero o osiemnastej.
- Park będzie neutralnym gruntem.- proponuję. Oczywiście nie bez powodu. Kolejna okazja, by zapewnić go, że jestem idealną kandydatką do zamienienia mnie w popiół. Przechodzimy obok budki z lodami.
- Poproszę klasyczne czekoladowe. Moje ulubione.- mówię do sprzedawczyni.- Dla ciebie jaki smak?
- Moje też.- odpowiada zaskoczony.
Miliony osób na świecie lubią ten sam smak. A jednak w tym jednym człowieczku z tego powodu pali się pierwsza żarówka. Myśli sobie- to nie zbieg okoliczności. Może ona jest dla mnie? Kolejną dla mnie? Takie drobnostki potrafią doprowadzić człowieka do obłędu. Kolor. Zapach. Pasje. Miejsca. Pokrywają się, a już sądzisz, że jestem twoja?
- Tylko babcia miłowała się w historii?- wraca do bezpiecznych pogawędek. Doskonale wiem do czego zmierza.
- Nie. Mój dziadek brał udział w drugiej wojnie światowej. Może nie nazwałabym tego zamiłowaniem, ale często odtwarzał tamte czasy. To dość długa opowieść. Za długa na spacer po parku.- Kolejny punkt odhaczony. Powoli zaciągam wędkę. Już się nie będzie szarpał. Myśli, że to ja jestem jego. Lecz to on jest mój.
- Chciałabyś się nią podzielić?- drąży.
No nie wiem. Nie wiem czy właśnie tym chcesz się ze mną dzielić.
- Czemu pytasz?- zagaduję, jakbym nie miała pojęcia czemu.
- Piszę książkę o weteranach. Ludziach epoki wojennej. Takie zeznania i opowieści byłyby bardzo cenne.
Wiedziałam, że pod tym pretekstem postanowisz zwabić mnie do swojego popapranego życia. Walczy ze sobą. Walczy, ale zaprosi mnie też do swojego domu. Myślę, że w tym momencie rozważa powrót do starych przyzwyczajeń. Ten album ze zdjęciami może go tylko uspokajać. Powodować, że ciągle oddycha tamtymi wspomnieniami i dzięki temu żyje. Obserwacja pozwoliła mi wysnuć śmiałe wnioski, iż odszedł od dawnych nawyków. Zmienia się. Próbuję sprowadzić go na złą drogę? Nie. Ja tylko odkurzam sprawiedliwość.
- Może zechciałabyś pomóc mi przy tworzeniu książki? Poświęcę część twojemu dziadkowi, a ty uhonorujesz jego pamięć?
Umiesz używać pięknych słów. Tak piękne są też twoje myśli, gdy oglądasz jej zdjęcia?
- Zechciałabym. Tylko za kilka dni wyjeżdżam za granicę do rodziny i popracować przed nowym semestrem. Nie wiem jak bardzo zależy ci na czasie.
Mam nadzieję, że bardzo. Mówią czas to pieniądz. Dla mnie też. Szybciej dostanę za zlecenie, im szybciej się złamiesz.
- Masz czas jutro?
Dla ciebie zawsze, ale powiedziałam mu:
- Mam. Widzimy się w twojej pisarskiej pracowni?- nie narzucam, że ma to być jego mieszkanie, a jednocześnie skreślam opcję, w której będzie chciał odwiedzić mnie. Teraz nie ma wyjścia.
- Nie jestem jeszcze tak dochodowym pisarzem, by dorobić się swojej pracowni. Można jednak uznać, że w czymś takim cię przyjmę.- śmieje się.
- Napisz mi adres i godzinę. Przybędę.- rzeczowo odpowiadam. Nie będę się przecież kłóciła i udawała skrupuły. Na tym mi zależało.
Skądś znam ten adres. Ciekawe skąd... Wcale nie z koperty, którą spaliłam. Wcale nie byłam w tym mieszkaniu dotykając książek skórzanymi rękawiczkami.
Żegnam się z nim przyjaźnie. Czego nie potrafią zrobić spacer po parku, czekoladowe lody, cielęcy wzrok i pogaduszki o historii. Godzinna znajomość przeradza się w specyficzną więź. Wraca do domu, by przygotować się przed zajęciami. Mieszkam bliżej, więc już siedzę obdarta z tej śnieżnobiałej sukni, na której widać jak ubabrałam się czekoladą. Siedzę i zajadam coś, by zakryć smak lodów. Wolę malinowe. Czekolada to ostateczność. Ile jeszcze poświęceń mnie czeka? Siedzę i wpatruję się w ekran laptopa, by wiedzieć co Profesorek zrobi. Jego zachowanie będzie jawną oznaką tego, kim się dla niego stałam. Zacznie do siebie mówić? Będzie tańczył? Wzdychał? Będzie rozkojarzony? Może zrobi to co zawsze? Włączy serial, przebierze się w dres i zacznie jeść śmieciowe jedzenie? Jego obsesja pochodzi z głębokiego uczucia albo całkowitej obojętności. Nie widzę innych możliwości.
Drukuje coś. Ten kretyn zrobił mi zdjęcie. Nie zdołałam tego dostrzec. Zrobił mi zdjęcie. Wsadza go do albumu. Czy właśnie zamienił mnie miejscem z tamtą dziewczyną? Dobra, Klara miała na imię. Już przestańmy z tymi ogólnikami i tak byś się dowiedział. Klara idzie na tył książki. Na wstępie jestem ja. Będzie ciekawie. Już coś dla mnie szykujesz? Zrobisz mi to samo co jej? Jutro się przekonam. Prawie przekonam. Nie dojdziemy do kulminacyjnego punktu, w którym ty będziesz zwycięzcą.
Budzę się wciąż jako blondynka. Do spotkania jeszcze dużo czasu. Odpicuję się. Nadrobię zaległości z oglądania nagrań. Tylko czekam na ten film. Sen mnie zmorzył, ale zapisałam sobie wszystko na dysku. Seans rozpoczęty. Muszę stwierdzić, że chyba stracił dla mnie głowę. Chyba, że nie dla mnie przygotowywał tą sałatkę i jakieś pokaźne danie? Miłośnik śmietnikowej kuchni gotuje coś na swojej lśniącej nieużytkowością kuchence? Kto by pomyślał. Szykuje wino. Przegląda płyty. Wybiera muzykę. Wzięło go. Czyli obsesja wychodzi z głębokiego uczucia. Co takiego musiałam zrobić, by godzina wystarczyła na zostanie odpowiednim celem? Powiem ci. Obserwować go, zamontować kamery w jego domu i mówić to, co pragnie usłyszeć. Nic poza tym. Nie próbuj tego na swoim wybranku. Chyba, że masz skórzane rękawiczki, znajdziesz klucze pod wycieraczką i rzeczywiście lubisz te smaki co on. Bo to ostatnie jest naprawdę trudne do przebolenia.
Nadchodzi godzina prawdy. Wybieram koronkową sukienkę. Bardzo podobną do tej, w której po raz ostatni była Klara. Wychodzę, zabierając przybornik łowczyni. Nie powiem ci co w nim jest. Muszę zbudować napięcie. Profesorek otwiera mi drzwi. Przebrał się. Na ekranie laptopa wciąż był w dresach.
- Felicja.- mówi i zaprasza mnie do środka.
- Tak. Tak mam na imię. Pamiętasz.
- Czemu nie miałbym pamiętać?
- Znamy się zaledwie dzień, Tymon… Tomasz.- mały żarcik dla rozluźnienia atmosfery. Rozbawił go. Teraz świdruje mnie wzrokiem.
- Masz jakieś inne oczy.
Niech to! Zapomniałam włożyć koloryzujących soczewek. Myśl. Myśl. Sprzedaj jakieś tłumaczące cię kłamstewko.
- Przesuszyłam je, oglądając wczoraj połowę sezonu „Sposób na morderstwo”.
Kurde. Wyszło lepiej niż sądziłam. Znowu wykorzystałam szufladkę z podpisem- „ulubione Tomasza”. Zaskarbiam sobie jego zaufanie. Chociaż nie wiem po co. Przecież już mam go w garści. Na srebrnej tacy. Podano do stołu. Jeszcze chwilunię. Chwilkę daj się mi pobawić.
Włączam jedną z płyt. Zaproponował lampkę wina. O nie. Nie będę potem myła tych garów, żeby zatrzeć ślady swojej obecności. Przechadzam się po mieszkaniu udając, że widzę je po raz pierwszy. Szkoda, że nie zdążę dowiedzieć się jaki ma rytuał. Nie zdołam, bo upuszczam na podłogę znajome zdjęcia.
- A to co?- pytam z ironią.- Ojej… nie powinnam przywoływać złych wspomnień? Zaraz je pozbieram.
- Kim jesteś?- duka z przerażeniem. Nie powiedział już nic, bo igiełka wcisnęła mu w żyłę dość silną substancję. Mam refleks. Nie takie rzeczy się robiło. Po za tym nie trudno obezwładnić kogoś, kto zaczyna widzieć w tobie potwora. Upada. Włączam dyktafon.
On ma swój album. Ja mam swoje nagranie. Nagrane jego ostatnie tchnienie. Lubię słyszeć ich ostatni oddech. Chyba już coś o tym mówiłam, ale się powtórzę: jestem przykładnym obywatelem. Eliminuję trucicieli.
Dodał/a: VenaArt w dniu 6-07-2019 - czytano 206 razy.
Słowa kluczowe: pianino stalker przestępstwa zło złe uczynki student profesor czarny charakter śmierć łowczyni morderstwo nienawiść VenaArt

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "OSTATNIE TCHNIENIA"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)