Niepoprawny książę XXV

59. Sophie
Przed otwarciem oczu potrzebowała chwili. Chciała pierw sobie przypomnieć, co działo się wcześniej. Dom, śmieci, Cole, Logan!. Na ostatnie wspomnienie otworzyła gwałtownie oczy i pożałowała. Wpadające światło z zewnątrz oślepiało ją, na co drgnęła. Byli bezpieczni, była już w szpitalu. Zemdlała?. Rozejrzała się po sali, w końcu dostrzegła jego. Osobę, którą chciała ujrzeć, jako pierwszą. Był zmartwiony i zdecydowanie kochany. Uśmiechnęła się delikatnie na widok jego niezwykłych oczu.
- Logan - szepnęła
- Sophie - westchnął. Jego uśmiech potrafił ją pobudzić na tyle, że troszkę podciągnęła się z bolesnym grymasem na twarzy do góry, aby wygodniej zasiąść.
- Nic ci nie jest?. - zapytał z troską - Nic nie boli?.
Wypuściła powietrze z ust skrzywiła się, gdy poruszała nogą.
- Trochę noga - odpowiedziała, a zaraz zajrzała pod pościel szpitalną - Ohh… Paskudna - mruknęła widząc świeże rany na nogach zwłaszcza zdarte kolano, jak młodzieńczych latach i łydka, a na udzie dostrzegła nawet kilka szwów. Teraz wiedziała przynajmniej, dlaczego tak boli.
- I tak dalej seksowna - powiedział z lekką chrypką w głosie, by ją pocieszyć, co mu udało się, ponieważ uśmiała się lekko kręcąc głową z niedowierzeniem - Lekarz, przepisał tobie jakąś maść, która wspomoże gojeniu się - wyjaśnił, na co skinęła głową.
- Więc, będziesz moim prywatnym lekarzem?. - spytała mrużąc oczy.
- Dokładnie - kiwnął głową.
- a Cole?. - zapytała ciężko wzdychając. Założyła włosy za uszy odczuwając niewielki stres.
- Pewnie przewożą go już do więzienia - odpowiedział bez żadnej namiętności w głosie. W końcu uwolniła się od człowieka, który po raz ostatni dziś został wspomniany na całe, długie jej życie. Pozbyła się swojego lęku, swojego utrapienia. Jednak będzie szczęśliwa.
- Ohh - odetchnęła z ogromną ulgą.
- Tak bałem się... Nieźle mnie przestraszyłaś - pogładził ją po policzku, odtrącając ją od nieprzyjemnych myśli.
- Wiem, przepraszam - popatrzyła na niego ze współczuciem, łapiąc go za dłoń.
- Już dobrze - przygarnął ją do siebie, przy tym składając pocałunek bezpieczeństwa, na jej czole - Twój koszmar skończony - dodał, a ona faktycznie, tak czuła się.
- Tak, już będzie dobrze - poparła go, ponownie tonąc w jego objęciach. Pachniały miłością, troską, domem i wszystkim, co najlepsze.
- Tylko, co ci przyszło do tej małej główki wyskakiwać z samochodu?. - burknął już innym tonem - Mogłaś się zabić!. - popatrzył na nią surowo, na co zaśmiała się.
- No i się zaczyna - parsknęła - Nie widziałam, wtedy innej opcji - odrzekła w końcu.
- I, jak mogłaś uczyć się z Cameronem bić się?. - oburzył się rozruszony. Rozczuliła się jego postawą i uśmiechnęła czule.
- Logan... - przemówiła miękko - Już po wszystkim. Ty byś tego mnie nie nauczył, prawda?. - spojrzała mu w oczy. Westchnął ciężko i zrozumiał, że miała racje. Skinął głową przytakując.
- Boże, jak ja ciebie kocham - odetchnął rozluźniony, tuląc do siebie jej ciało.
- No wreszcie!. Jak się czujesz Sophie?. - zapytał wesoło Cameron Burton, który przerwał im właśnie tę, miłą chwilę.
- Już dobrze - skinęła głową - Dziękuję ci.
- Drobiazg, ale jeszcze czekają cię lekcje samoobrony od tyłu - zagroził palcem, na co wszyscy roześmiali się.
- Może, jednak ja bym... - szepnął do ucha jej mężczyzna.
- Ty, mnie?. - zmarszczyła brwi - Ty, wystarczająco uczysz mnie w innych dziedzinach - odpowiedziała z lekkim śmiechem. Na widok jej delikatnie zarumienionej, on wypuścił z siebie radosny, melodyjny śmiech, wraz z kolegą.
- Pojdę po kawę, chcesz coś?. - zapytał.
- Wody, jeśli mógłbyś - poprosiła, gdy podniósł się z łóżka. Ucałował ją w policzek.
- Twoja mama, zaraz pewnie będzie - poinformował ją.
- No to teraz dramat się zacznie - jęknęła mając złe przeczucie.
- A ja lecę do..
- Emily - zakończyli za przyjaciela wspólnie rozbawiona para.
- Dokładnie - odparł rozbawiony - Rany - pokręcił głową z niedowierzeniem przyglądając się szczęśliwym kochankom.
Logan.
Pożegnał się z przyjacielem i przysiadł jeszcze na chwile na krześle na korytarzu. Przetarł dłońmi swoją twarz, a palcami wewnętrzne kąciki oka. Potrzebował chwili dla siebie, by odetchnąć. Potrzebował chwili, aby mógł w końcu uwierzyć, że wszystko, co złe odeszło. Jego dziewczyna żyje, jest bezpieczna i jest z nim. To była ulga nie do opisania, wyprostował się i miał już wstawać, jednak zatrzymał się w miejscu widząc biegnącą Alice Hetfield.
- Logan?!. - od razu zawołała - Co z nią?. Co z Sophie?. - pytała.
Sophie Hetfield przez szok, wstrząs, adrenalinę, przykre przeżycia, oraz ból nie wytrzymała napięcia i straciła przytomność. Jednak wolał tego wszystkiego nie mówić dla matki, która i tak była wystarczająco przerażona.
- Wszystko w porządku, szybko dojdzie do siebie - odpowiedział zapewniając.
- Boże... Oszaleję przez nią kiedyś - opadła bezsilnie na krzesło wzdychając i spojrzała na niego. Znał te uczucie, miał wrażenie, że już oszalał przez jej córkę na punkcie jej miłości - Uratowałeś moją córkę, drugi raz - chrząknęła, starając się być łagodna.
- Nie widziałem innej opcji, pani Hetfield. Sophie Prosiła mnie o wodę więc, pójdę - mówił wstając.
- Logan, poczekaj - zatrzymała go, kładąc rękę na kolanie, na co zdziwiony przysiadł ponownie. ,,Logan, a nie morderca, ,,Logan, a nie kryminalista, to na prawdę było wielkie ,,Coś.
- Ja wiem, że to, co ci zrobiłam...
- To już nie istotne - przerwał jej i znów zaczął wstawać, jednak przycisnęła go, by znów usiadł i popatrzyła na niego zła
- Zamknij się i daj mi skończyć - zasugerowała zirytowana. Uniósł kąciki ust lekko do góry i spojrzał na nią zaskoczony. Cała Alice Hetfield. Przełknął ślinę i popatrzył ślepo w białą, szpitalną ścianę, a następnie znów na nią.
- Nie byłam idealną matką, przyjaciółką, a to, co tobie zrobiłam, wtedy myślałam, że słuszne - przetarła swoją twarz ozdobioną bólem - Straciłam syna, ale to nie ty go zabiłeś - przyznała.
- Trochę za późno zmienić, tak zdanie - mruknął pogłębiony w swoich myślach.
- Zdaję sobie z tego sprawę - kiwnęła głową - Nie cofnę czasu, nie proszę o zrozumienie, ponieważ byłam potworem niszcząc ci życie. Zbyt późno zrozumiałam, że to wszystko moją winą było...
- Wcale nie - pokręcił głową.
- Tak uważasz?. - uśmiechnęła się słabo - Ale, to ja was puściłam, wtedy - ciągnęła dalej - Zwaliłam swoją winę na ciebie, bo było mi łatwiej i przepraszam cię za to. Czy istnieje chociaż mała szansa, że wybaczysz mi, nie ze względu na mnie, ale chociaż na Sophie?. - spojrzała mu głęboko w oczy, dostrzegł jej drobne łzy. Westchnął ciężko.
- Ze względu na nią już dawno wybaczyłem, a teraz ze względu na panią i Willa wybaczam - powiedział pewnym głosem, na co rozszerzyła oczy w szoku.
- Na prawdę ją kochasz?. - zapytała zdumiona.
- Tak - odpowiedział bez chwili zastanowienia - Bardzo - dodał - A teraz pójdę po tą wodę, Sophie, na panią czeka - powiedział podnosząc się w końcu z twardego krzesła.
- Proszę... - zaczęła przełykając ślinę, na co przystanął - Mów mi, Alice - dokończyła, na co skinął głową i odszedł.
W końcu z tą kobietą przeszedł na imię i tak na prawdę to było za sprawą Sophie. Dumna Alice, wcale nie była taka zła, nienawiść potrafiła na prawdę im zaszkodzić i zmydlić oczy.
Tak, jak obiecał po wypisaniu ze szpitala opiekował się nią, jak prawdziwą księżniczką. Wniósł ją śmiejącą się do pokoju, gdzie położył ją na łóżku.
- Dam radę sama chodzić, wariacie - zawołała, wtedy niedowierzając.
- Mhm - skinął głową. Podekscytowany tym, że w końcu ma ją dla siebie i przy sobie ostrożnie rozszerzył jej nogi, by ulokować się między nimi. Chciał być najbliżej, jak się da. Jej ręce natychmiast podleciały wokół jego szyi - Na twoim punkcie - dodał, na co uśmiechnęła sie radośnie.
- Dopięliśmy swego?. - zapytała, choć można było wyczuć pewne przekonanie w glosie.
- Tak. Dopięliśmy swego - poparł ją, a następnie pocałował w jej delikatne usta.
- Logan - przerwała mu na chwilę.
- Hm? - mruknął odrywając się i spojrzał w jej piękne oczy.
- Great Grant Hotel... Już dawno chciałam to zrobić, ale zawsze coś się działo... - zaczęła niepewnie.
- O co chodzi, Sophie?. - uśmiechnął się pogodnie, bawiąc się jej włosami, które miała splątane w luźny warkocz. Podobała mu się ta wersja tej brunetki.
- Połowa należy do ciebie i chciałabym, żeby należała i prawnie - wyznała przegryzając dolną wargę. Rozszerzył oczy z zaskoczenia.,
- Sophie...
- Wcześniej faktycznie bałam się trochę, potem tyle działo się, że już traciłam jakiekolwiek nadzieje, potem odzyskiwałam i tak kółko. Chcę, żebyś miał ten hotel - przerwała mu, by przekonać. Westchnął lekko i popatrzył na nią z wielkim uczuciem.
- Teraz dasz mi dojść do słowa?. - zapytał marszcząc brwi, po czym zachichotała i skinęła głową za zgodą. Czule musnął ustami jej nagie ramie, na którym spoczywało cienkie ramiączko od bluzki, które właśnie poprawił. Jej ciało było samo słodyczą, dlatego nie potrzebował taniego cukru.
- Nie przyjmę od ciebie tego - powiedział - Wiem, że masz wielkie serce, może nawet zbyt...
- Zasługujesz, Logan - wtrąciła się smutno.
- Być może, ale Sophie, cały ten hotel to i wyłącznie twoja zasługa, ty zapracowałaś, żeby mieć. Ja już dawno zamknąłem tamten rozdział i nie chcę wracać do niego - Nie lubił, gdy ten blask znikał w jej oczach - I nie smuć się - poprosił - Teraz mam nowy rozdział wraz z Tobą i z Liamem i to dla mnie najważniejsze - dokończył tracąc swoim nosem jej nos, na co lekko rozpogodzona czuła sie, jak mała dziewczynka. Pozwoliła mu dalej kontynuować z wielkim trudem- Mam SoLo z tobą i to mi wystarcza - mówił zdecydowanym głosem. Zdumionym wzrokiem przyglądała mu się. Przegryzła dolną wargę
- I tak będąc moim mężem Great Grant Hotel, będzie należało też do ciebie - zmrużyła powieki, na co zarechotał lekko.
- Wiem - skinął głową.
- Więc, taką taktykę obrałeś?. - burknęła żartobliwie.
- No właśnie - odrzekł rozbawiony.
- Gbur - chrząknęła.
- Razy dwa?. - zapytał blisko jej warg oczarowany nią.
- Mhm - mruknęła zachwycona.
- Wtedy będziemy myśleć, co dalej okay?. - zapytał wracając do tematu.
- Okay - zgodziła się, a następne wtulił się w jej, ciepłe usta pieczętujące jego uczucie do niej. Sycili się sobą beztrosko, dopóki nie brakowało powietrza. Wybuchła namiętność i rządza. Obsypywała radośnie pocałunkami całą jego twarz, szyję, jednocześnie kąsając. Zaśmiał się melodyjnie.
- Zwolnij słońce - wypowiedział, gdy uniósł się delikatnie, jednak ona nie przestawała swojej czynności i zachłannie i niecierpliwie domagała się więcej - Sophie, twoja noga - upomniał.
- Już nie boli - odparła rozgorączkowana, machając przy tym ręką, na co roześmiał się ponownie.
- Kocham cię i twoją nadgorliwości, ale tym razem chcę się delektować - wyjaśnił dotykając jej twarzy. Zarumieniona uśmiechnęła się i skinęła głową. Wtulił się w jej wargi, z uczuciem gładził jej zdrową nogę. Wiele nie musiała się nasilić, a jego krocze pulsowało, od niej buchał ogień. Rozpinała guzik, po guziku, a w końcu przejechała dłońmi po jego torsie zachwycona. Uśmiechnął się cwaniacko, wtulając się w jej szyję. W końcu wolni, rozkoszowali się sobą, dopóki...
- Kolacja!!. - usłyszeli władczy głos z dołu.
- Yy… Yym - Mruknęła młoda kobieta protestując, nie mogąc się oderwać od swojego chłopaka. Rozbawiony pozwalał jej na te słodkie pieszczoty.
- Alice, daj im trochę czasu - rzekła głośno Jennifer Jeffey. Wtedy zastygli wsłuchani w kolejne słowa zmieszani.
- Oczywiście, że dam i to bardzo dużo na robienie mi wnuków, ale po ślubie - wyburczała zawzięcie. Prychnęli śmiechem, nie spuszczając wzroku z siebie. Westchnęli ciężko.
- Są niemożliwe - zipnęła młoda dziewczyna.. Onieśmielony, ale wesoły poparł ją poprzez ciche mruknięcie.
- Znowu dźwiganie - powiedział stłumionym głosem, gdy miał wtopioną twarz w jej dekolt.. Rozszerzyła oczy w szoku, nim zareagowała chwytał ją już pod plecami i pod kolanami.
- Logan!. - zapiszczała radośnie - Dam radę sama - mówiła, gdy on niósł ją.
- Zamknij się księżniczko, bo znów wylądujemy na schodach - burknął, na co roześmiała się ponownie wspominając ich pierwszy, wspólny upadek.

***
Inną niespodzianką były odwiedziny w jej domu pani Jennifer Jeffey. Pierwsza, jaka myśl przez nią przeszła było udawanie, że nie ma jej, ale za późno było, gdy otworzyła drzwi.
- Pani Jeffey - spuściła wzrok.
- Sophie - chrząknęła.
- Logana, nie ma - pokręciła głową.
- Tak wiem, ja... Do ciebie - wyjaśniła wzdychając.
- Proszę - otworzyła drzwi szerzej i zaprosiła do środka.
- Jak się czujesz?. - zapytała. Dziewczynę ogarnęło prawdziwe zaskoczenie i zmieszanie.
- Już lepiej, dziękuję. Chce pani kawy?. Herbaty?.
- Niee.. Ja na chwile - zapewniła siadając na kanapę w salonie.
- Pani Jeffey, jeżeli, pani, zamierza kłócić się, to na próżno, ponieważ mam tego dość i nie zamierzam wymienić Logana na żadne pieniądze, ani skarby - mówiła zdeterminowana młoda dziewczyna chodząc z miejsca na miejsce delikatnie kulejąc.
- Usiądź, na litość boską - spojrzała na nią surowo, na co brunetka usiadła od razu czując lekką panikę - Przyszłam, by to właśnie usłyszeć - powiedziała cicho starsza kobieta.
- Ohh... - Brunetka odetchnęła i założyła włosy za uszy poważniejąc.
- Logan, jest dzięki tobie szczęśliwy - przyznała - I powinnam ci chyba podziękować - dodała przegryzając dolna wargę, jakby wstydziła się - Więc, dziękuję - dokończyła z trudem.
- Więc?.
- Więc, nie będę już wchodzić między was i na prawdę cieszę się, że tobie nic nie jest - wyjaśniła.
- Dziękuję, wiele to nie tylko dla mnie znaczy, ale i dla Logana - uśmiechnęła się łagodnie.
- Ale masz o niego dbać i o Liama - zagroziła palcem.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by byli szczęśliwi oboje - zapewniła rozpogodzona.
- Dobrze - mruknęła podnosząc się z kanapy - W takim razie możesz już zwracać się do mnie po imieniu - poleciła.
- Dobrza P... To znaczy Jennifer - odparła jeszcze bardziej zdezorientowana.
- A miałam przekazać... - jeszcze odwróciła się przed wyjściem - Na weekend jadę z twoja mama do SPA więc, nie czekaj na nią - powiedziała dość oficjalnym tonem.
- Do SPA?. - niemal pisnęła z wrażenia.
- Co?. Takie dziwne?. - zmarszczyła brwi podejrzliwa.
- Niee… Cieszę się.
- Następnym razem pojedziecie może z nami - pomyślała na głos.
- Z przyjemnością - zgodziła się. Już wyobrażała sobie ich dwójkę dorosłych i ich mamy w jednym pomieszczeniu. Oczywiście Logan za nic, by nie zrobił sobie żadnej maseczki, ani zabiegu na twarz, ale widziała ich w rozgrzanej jacuzzi i ich krzywo wpatrujące się w nich rodzicielki upominające, by tak nie obcowali swoim uczuciem. Widziała przed oczami również wspólne śniadanie z rana w końcu w pogodnej atmosferze, nawet i dostrzegała uśmiech przepełniony zadowoleniem u swojego ukochanego.
Kobieta z rodziny Jeffeyów skinęła głowa i wyszła, a Sophie Hetfield zastanawiała się, co właściwie tu wydarzyło się. Zaśmiała się sama do siebie oszołomiona i od razu sięgnęła po telefon wybierając numer pod hasłem: Logan.
60.
Kilka miesięcy później:
Wiosną hotel SoLo był całkowicie gotowy i oficjalnie otwarty ze wszystkimi atrakcjami. Stała w tym miejscu, co kiedyś z Loganem, gdzie nic nie było. Miłe chwile stąd od razu wkradały się do jej umysłu, gdy przymknęła oczy. Czuła, że ktoś do niej podszedł, a właściwie dwie osoby.
- Noo, siostrzyczko, stworzyłaś prawdziwe imperium - uśmiechnęła się na głos Kimberly, która podziwiała wszystko zafascynowana.
- Taak. To prawda - przegryzła dolna wargę pochłaniając widok wzrokiem. .
- Od którego skrzydła zacząć testować pokoje z Cameronem?. - zapytała druga dziewczyna, jaką była Emily Jeffey, na co wszystkie wybuchły gromkim śmiechem.
- Już wszystkie przetestowane - puściła do niej oczko, na co znów roześmiały się - Miałam dobrego wspólnika - przyznała spokojniejsza Sophie Hetfield, wzdychając dumnie.
- A ja wspólniczkę - usłyszała za sobą męski, surowy głos, a następnie poczuła ręce w swojej talii, które zadały jej mnóstwo przyjemnych wibracji.
- Tata, byłby z ciebie dumny, Logan - zwróciła się do niego siostra.
- Prawda - poparła przyjaciółkę, jego dziewczyna odwracając się do najprzystojniejszego mężczyzny, jakiegokolwiek widziała. Miał te same okulary, co w nich kiedyś nie rozpoznała. Od razu uśmiechnęła się na samo wspomnienie, opuszkami palców muskała jego twarz nie mogąc się powstrzymać.
- Udało się nam - zwróciła się do niego.
- Udało się tobie - poprawił ją odsłaniając swoje oczy, w których utonęła - I nam - dodał uśmiechnięty łagodnie. Ułożyła wygodnie swoje ręce na jego torsie i złączyli się czułym pocałunkiem, a pozostałe dziewczyny ulotniły się, jakby wyczuły, że tu są zbędne.
61. Logan.
Stał w kolejnym sklepie jubilerskim pośród klejnotów i innych błyskotek. Wiedział, że będzie trudno mu wybrać odpowiedni pierścionek, ale nie sądził, że aż tak. Patrzył każdy dokładnie zastanawiając, ponieważ chciał, żeby rzeczywiście jej podobał się.
- To może ten?. - zapytał Cameron pokazując złoty klasyczny pierścionek. Logan od razu pokręcił głową przecząco.
- Więc może ten?. Podobny ma Evelyn - zaproponował Niall Fletcher, na dość bogaty w sobie złoty pierścionek ozdobiony różowymi szafirami po bokach, a w samym środku biały duży szafir.
- Taak… Zdecydowanie w stylu Evelyn, ale nie w Sophie - zamarudził.
- Logan, to Sophie, wszystko będzie podobać się jej - jęknął bezsilnie mulat.
- No właśnie, Sophie, jest jedyna w swoim rodzaju i lubi piękne rzeczy - powiedział stanowczo.
- To może ten?. - pokazał na masywny zloty pierścionek z prawdziwym brylantem, który należał chyba do najdroższego. Był piękny, ale znów pokręcił głową przecząco, a pozostali warknęli strudzeni. Był to już trzeci jubiler, a on nie potrafił wybrać pierścionka.
- Piękne, nie znaczy najdroższe, Cam. Sophie, lubi małe, ale piękne rzeczy. Wydała kiedyś kilka tysięcy na figurkę wartą maksymalnie dwadzieścia dolarów w zwykłym markecie, a walczyła o nią, jak lwica, bo jej po prostu podobała się... No i też miała inne znaczenie, ale nie ważne - wyjaśnił.
- Mi to mówisz?. Evelyn, ostatnio kupiła trzy pary butów na wiosnę, z wyglądu prawie takie same. Zaczęła twierdzić, że pierwszych nie chce, bo ktoś tam ma, drugich nie, bo nie wygodne...
- A trzecie?. - dopytał rozbawiony mulat.
- Myśli nad czwartymi, bo w trzecich kolor już nie modny - burknął. Mężczyźni zaśmiali się.
- I tak Emily, jest bardziej skomplikowana niż wasze - powiedział pewny siebie Cameron obserwując biżuterię.
- Uwierz mi, stary. Każda jest skomplikowana - zapewnił go w dobrym humorze blondyn.
- Nie no... Sophie, wydaje się łatwa - popatrzył na Logana.
- Łatwa?. - oburzył się, na co znów padł męski śmiech po pomieszczeniu, w którym byli praktycznie sami - Uwierz mi, Sophie, potrafi być skomplikowana bardziej niż Emily, a Emily znam całe życie - powiedział mu dość poważnie.
- Rany - podrapał się po głowie.
- Sophie, w sumie też - wtrącił się im Niall.
- Racja - przyznał wzdychając wspominając dawne dzieje, na które uśmiechnął sie.
- To może ten?. - zapytał w końcu Cameron wskazując, na jeszcze jeden pierścionek. Był inny niż inne, choć podobny do wszystkich. Wykonany z różowego złota, obrączka była dość wąska, więc, zdecydowanie, by pasował do jej delikatnych dłoni, sercem pierścionka był nieco większy biały szafir. Nie znał się w sumie na tym i gdyby nie przeczytał notki obok, by pomyślał, że to jest prawdziwy brylant pięknie miejący się w świetle, który był otoczony drobnymi śnieżnymi diamencikami.
- Dzięki, Cam - w końcu uśmiechnął się do idealnego wyboru.
- Nareszcie idziemy jeść - zawołał radośnie trzeci mężczyzna, łapiący się za brzuch.
Wracali już we dwóch do domu słońce chowało się, gdzieś za horyzont. Na werandzie u niego zauważył swoją wybrankę życia, która nie wykazywała radości.
- Gdzie wy byliście do cholery?!. - wrzasnęła wściekła, gdy używała takiego słownictwa, wtedy na prawdę była zła. Westchnął ciężko przeczuwając, że właśnie będzie ciężko ją teraz udobruchać.
- Na wypadzie męskim - odparł niewinnie.
- Od czego masz telefon?. Chcesz żebym na zawal zeszła?!. - krzyczała.
- To ja idę - cicho mruknął ich wspólny kolega.
- Stój!. - zawołała i podeszła do niego, na co przełknął ślinę - Gdzie byliście?. - zapytała.
- Na wypadzie męskim?. - powtórzył słowa Logana zmieszany.
- Wszyscy troje?!. - dopytała.
- Aha - skinął głową.
- Jeśli nie powiesz mi prawdy, powiem dla Emily, o twoim sekrecie - zagroziła przypierając go do muru. Mężczyzna, o ciemniejszej karnacji rozszerzył oczy z wrażenia. Cameron Burton, miał również oświadczyć się dla siostry przyjaciela, ale prosił, by zostało to w tajemnicy nawet przed samym Loganem.
- Sorry, stary - spojrzał krótką chwile na druha - Logan, wybierał ci pierścionek zaręczynowy - wypalił czując, jak powietrze z niego schodzi.
- Co?!. - pisnęła tracąc różowe kolory z policzków. Odwróciła się do swojego mężczyzny, który patrzył niezadowolony i zrezygnowany - Na prawdę?. - zapytała łkającym głosem, na co skinął głową. Ta dziewczyna miała na prawdę w sobie wiele emocji.
- Mhm - mruknął. Podeszła do niego bliżej ze wzruszonymi oczami wpatrywała się w niego. Po chwili z całą złością, jaką miała jeszcze w sobie nastąpiła butem na jego stopę, na co ryknął.
- O rany... - usłyszała glos za plecami.
- I co Sophie łatwa?. - zwrócił się do drugiego mężczyzny, któremu szczęka opadła.
- Obiecuje ci, że z tobą rozprawi się Emily!. - krzyknęła brunetka, na przyjaciela i ruszyła zła przed siebie.
- Sophie?!. - zawołał kuśtykając Jeffey - Sophie - powtórzył doganiając ją. Stali na przeciw siebie na jego podwórku, co kiedyś myśleli, że nie możliwe.
- Przepraszam, ale chciałem zrobić ci niespodziankę - chwycił ją za rękę.
- Mogłeś to inaczej rozegrać. Nawet nie wiesz, jak martwiłam się!. - uniosła głos - Miałam najgorsze scenariusze już - burknęła. Zataczał kółka kciukiem na jej śródręczu ugaszając w niej gniew.
- Masz racje - westchnął - Teraz i tak niespodzianka już do dupy - chrząknął. Momentalnie rozczuliła się, a gdy złość z niej wyparowała w końcu uśmiechnęła łagodnie. Pokręciła głową przecząco.
- Wcale nie - powiedziała ciepło, na co rozszerzył oczy zaskoczony - Jeszcze nie widziałam pierścionka - wzruszyła ramionami.
- Że teraz?. - wykrztusił w szoku.
- Mhm - mruknęła.
- Jesteś pewna?. Żadnej kolacji?, kwiatów?, muzyki?. - wypytywał romantyczną marzycielkę.
- Jak nigdy w życiu - podeszła jeszcze bliżej. Westchnął łagodnie i wyjął z kieszeni małe pakunek.
- Sophie...- na prawdę denerwował się, chociaż nie widział opcji, w której mu odmawia - Zostaniesz moją żoną?. - szepnął, jakby bał się odpowiedzi. Zachichotała słodko, a on otworzył zamszowe eleganckie pudełeczko, na które zamarła, a następnie przełknęła ślinę.
- O , Boże... Logan - wykrztusiła na widok pięknego pierścionka.
- To bardziej pasuje w łóżku - podpowiedział cicho, na co roześmiała się. Po krótkiej ciszy zawołała - Tak!. - podskoczyła, jak mała dziewczynka - Tak!. Tak!. - powtórzyła ciesząc się podekscytowana. Rozluźniony i uradowany przyjął ją w swoje ramiona, w które rzuciła się rozweselona. Gdy stali blisko siebie podziwiała swoją dłoń ozdobioną tym podarunkiem, która spoczywała na jego umięśnionym ramieniu.
- Piękny - przegryzła dolna wargę, a następnie spojrzała na niego.
- Uwielbiam, gdy złościsz się - mruknął, na co roześmiali się wspólnie. Ogniste, pomarańczowe światło oblało jej cudną twarz, magiczną mocą podkoloryzowały właśnie jej włosy złotym blaskiem.
- Bardzo boli?. - spytała nieśmiało, spoglądając na nogę. Zacisnął usta, po czym wypuścił powietrze czując ulgę.
- Przeżyję - zapewnił - Jak wszystko inne, byle z tobą - dodał, na co rozpromieniła się. Pokochał ją od pierwszego wejrzenia, choć wtedy nie wiedział. Miał wrażenie, że ich pierwsze spotkanie przeleciało przed oczami, na co uśmiechnął się. Była taka piękna, wciąż jest. Odgarnął delikatnie kosmyki włosów z policzka czule, a następnie przytulił się do jej ciepłych ust. Mógł przysiądź, że nigdy nie kochał nikogo tak, jak jej, oraz, że ten pocałunek był najbardziej romantyczny w jego życiu i z pewnością jej.
***
Sycylia, Corleone, wodospad Cascata delle Due Rocche
W malowniczym i pięknym miejscu z nią nic mu nie brakowało. Dość niespodziewanie wyjechali na tą wycieczkę, by odreagować smutki i gorsze przeżycia. Wybrali się w szczególne miejsce na piknik, gdzie delektowali się ich wspólną chwilą, tylko dla siebie. Nie martwili się, o Liama, dość sporo rąk było chętnych do opieki, jednak nie było dnia, by nie usłyszał z jej ust.
- Tęsknie za Liamem.
Rozczulał się na te słowa i pięknie już opaloną przygarniał do siebie wtulając swój nos w jej włosy. Codziennie potrafiła go zaskoczyć, tak jak był pewien, wszystko się potwierdzało Sophie Hetfield była pełen niespodzianek.
Siedzieli na kocu w pół cieniu, w pół słońcu, wsłuchiwali się w szum, srebrzystego wodospadu. Gdy już nacieszył się tymi niecodziennymi widokami, pozwalał wodzić wzrokiem po swojej narzeczonej. Nie mógł doczekać się, aż będzie nosić swoje nazwisko, a ten dzień był coraz bliżej. W krótkich spodenkach, które nogawki miały subtelnie postrzępione, właśnie zdjęła z siebie koszulkę, ukazując mu na sobie brzoskwiniowe bikini, było gorąco, rozumiał ją, sam leżał na plecach bez koszulki, ale teraz duchota go uderzyła w twarz jeszcze bardziej.
Zabrali ze sobą wszystko co niezbędne, na czworakach poczłapała przez niego do brązowego kosza, z którego wyjęła kawałek arbuza, zdecydowanie wolał takie widoki. Przy tym wypięła się zgrabnie swoimi idealnymi pośladkami. Nie potrafił się oprzeć, by nie dotknąć nagrzanego, jej uda, wsuwając na pośladek. Nawet nie spięła się, jednak popatrzyła na niego karcącym wzrokiem, trzymając w buzi kawałek, a przy tym odkładała telefon na miejsce.
- Wiesz, że sama kusisz?. - wybronił się na swoje usprawiedliwienie. Z łagodnym wyrazem twarzy uśmiechnęła się lekko, wyjmując owoc z ust, a następnie wzruszyła ramionami gestem ,,nie moja wina - A zważywszy na to, że jesteśmy w miejscu publicznym, to wcale nie fajne - dodał z lekkim naburmuszeniem. Zaśmiała się słodko, po czym zrezygnowała powrotu na swoje miejsce, tylko obrała za swój cel jego. Pochyliła się nad nim, przysuwając kokieteryjnie czerwony arbuz do jego ust, którego skosztował.
- Sądziłam, że wielkiego macha nic nie rusza - odrzekła w końcu z pewnym uśmiechem.
- Dobrze, wiesz, że ty mnie ruszasz najbardziej - przyznał. To była prawda, potrafiła wzbudzić takie pożądanie za każdym razem, jakiego nigdy nie odczuwał, w dodatku za każdym razem siła rządzy była zawsze inna.
- Sophie, tu mogą chodzić ludzie - mruknął, gdy nosem wodziła po jego szyi, a następnie składała nie winne pocałunki.
- No i?. - burknęła, będąc już na swoimi ustami na torsie. Jedną ręką podpierała się o koc, przy jego żebrze, w drugiej wciąż trzymała arbuza.
- Sophie Hetfield - pokręcił głową z niedowierzeniem, na co oburzyła się i wsadziła mu arbuza w usta.
- Cicho bądź - delikatnie speszona upomniała. Powróciła do swojej czynności, na co zaśmiał się. Tak właśnie Sophie, go kolejny raz zaskoczyła. Złożyła gorący pocałunek na jego klatce piersiowej, a następnie wyścielała dalszą ścieżkę w dół. Soki z arbuza wyciekały mu z kącików ust. Bez problemu dobrała się do jego spodenek, wyjął słodycz z buzi, a po chwili ogarnęło go ciepło i przyjemność, gdy właśnie odczuł jej wargi na jego żołędziu.
- Sophie!. - zawołał pod wrażeniem. Spojrzała na niego surowym wzrokiem, na co zamilkł. Wróciła do niego, siadając na niego okrakiem - Masz kłopoty, księżniczko - burknął, gdy schyliła się nad nim. Członek jego opinał się o jej kobiecość i domagał się uwolnienia, domagał się jej. Dyszał okropnie i wiedział, że już jest na granicy nie wytrzymania. Wyrzucił zza siebie ogryzek, co zauważyła.
- Hej!. Był ostatni - zawołała rozbawiona.
- Kupię ci potem dziesięć takich - wychrypiał wpijając się w jej usta. Mimo zaskoczenia, odwzajemniła pocałunek. Poderwał się do niej, ogarniając ją swoim całym ciałem. Z uśmiechem zwycięskim pozwalała na pieszczoty po swojej szyi.
- I zgrywał niby takiego świętoszka - zadrwiła, na co roześmiali się. Bez skrupułów i z diabełkami w oczach sięgnął do jej pleców, a konkretnie do jej sznureczka od stanika. Rozwiązał kokardkę, na co góra stroju kąpielowego poluzowała się. Za trzęsła się delikatnie, a nie długo po tym doświadczali coś magicznego, w niezwykłym miejscu, czując się, jak boskie stworzenia. Nie mógł sobie wymarzyć czegoś lepszego, mieć ją rozgrzaną, na sobie, pod sobą i w wodzie, gdzie myśleli, że ostudzą swoje pragnienia było najlepsze. Była jego, Sophie Hetfield była jego, a wkrótce będzie żoną.

***CDN***
Dodał/a: An Caroline w dniu 20-06-2019 - czytano 88 razy.
Słowa kluczowe: An Caroline

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Niepoprawny książę XXV"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)