Niepoprawny książę VI

Wulkan

Sophie:
Siedziała podczas przyjemnego wieczoru. Skwar upału z dzisiejszego dnia opadał stopniowo zadając nutę orzeźwienia. Czytała czasopismo, pijąc herbatę. Nie spodziewała się żadnego gościa, a beztroski moment zakłócił Liam Jeffey, który radośnie wbiegał na podwórko.
- Cześć, Sophie - usłyszała.
- Cześć, kolego - uśmiechnęła się na jego widok - Tata wie, że tu jesteś?. - zapytała.
- Nie sądzę - mruknął.
- Hmm…. Myślę, że powinieneś mówić, gdzie idziesz, by nie martwił się - poradziła mu.
- Następnym razem tak zrobię - kiwnął głowa, na co roześmiała się - Coś mam dla ciebie - powiedział.
- Dla mnie?. - niemal pisnęła, zza pleców wyciągnął eleganckie opakowanie czekoladek. Rozszerzyła oczy z zaskoczenia.
- Mój tata wybrał dla ciebie - pochwalił się. Zaniemówiła, a nawet po chwili uśmiała się z wrażenia. Tak akurat, Logan kupił jej czekoladki?. Po ostatniej kłótni, tym bardziej. Wzięła głęboki wdech.
- Doceniam to Liam, bardzo milo to z twojej strony, ale sądzę, że to nie twój tato mi to daje, prawda?. - przyjrzała się mu uważnie.
- Skąd wiesz?. - zaskoczony zapytał.
- Ponieważ wątpię, że twój tato zdobył się na ten gest - uśmiechnęła się - Ale dziękuję ci, chciałeś dobrze - szturchnęła go lekko w ramię.
- Mój tato po prostu się wstydzi - jęknął.
- Tak uważasz?. - zapytała rozbawiona.
- Jestem pewien.
- Ja myślę, kolego, że tu chodzi, o wiele więcej niż wstydzenie się, wiesz?. - powiedziała.
- Tak?. - podniósł głowę, patrząc na nią.
- Mhm - skinęła głową - Proszę - zadowolona podarowała mu czekoladkę.
- To twoje - zaprotestował.
- I mogę zrobić z tym, co chcę, a chcę podarować tobie jedną - uśmiechnęła się - A jedną przekażesz dla taty, okay?. - poprosiła, wręczając drugą pralinkę. Miała nadzieję, że ta czekoladka sprawi, że Logan Jeffey już nie będzie gniewał się za wcześniejszą sprzeczkę w biurze.
- Okay - zgodził się z uśmiechem - A, czy mogę trochę pobawić się z Piratem?. - zapytał onieśmielony.
- Jasne, zaraz dołączę nawet do was - uśmiechnęła się.
-Super!. - zawołał wesoło i pobiegł do psa. Tamtego dnia dobrze bawiła się z tym chłopcem. Nie dało się nie lubić tego pięciolatka. Ganiali się szczęśliwi wraz z czworonogiem, rzucając mu patyki, albo piłkę, a pupil popisując się przed nimi, pokazywał, co potrafił.
***
Szybkim tempem znalazła się na swoim podwórku udając, że właśnie czeka na nadjeżdżający samochód. Wysiadł z niego mężczyzna, którego nie cierpiała.
- Moja Sophie - podleciał do niej, jak skowronek. Złapał ją w pasie i pocałował namiętnie.
- Jak podróż?. - zapytała, odrywając się.
- Długa, ale dobrze - kiwnął głowa - Jak u ciebie?. - poprowadził ją do domu, zerknęła w bok. Logan Jeffey, wciąż tu wpatrywał się. Przełknęła ślinę, zrządzony przypadek losu. Może i nie potrzebnie mu to powiedziała. Może nabrał teraz nadziei, ale nie mógł.
- Proszę Boże, niech Logan Jeffey, nic nie robi - prosiła w duchu. Niech nie walczy, o nią jeśli istnienie cień szansy na to. Spojrzała w niebo, a po chwili była w swoim domu, gdzie czuła się, jak w klatce. Nie najgorzej tamta noc jej zleciała, Cole, dość szybko zasnął na szczęście. Zazwyczaj w soboty zanosiło się na katorgi.
Byli w centrum na pewnym spotkaniu z rodziną Andersonów. Bardzo wpływowi ludzie, jedni z rady miasteczka. Pan Nicholas, był burmistrzem miasta. Ich przodkowie byli również jednymi z założycieli miasta. Gdy tylko rozmawiała dłużej z panem Nicholasem, Cole, od razu przystępował do ataku. Złapał i ścisnął ją za kolano zaznaczając swoje terytorium, może i zauważył to drugi mężczyzna, ale tylko uśmiechnął się i nie zdawał sobie sprawy, że jest coś nie tak. Swobodniej było, gdy rozmawiała z żoną Nicholasa Andersona, Caroline. Później w domu została oskarżona, że podrywała na jego oczach tamtego mężczyznę. Gniew zalał ją całą.
- Ty, chyba sobie żartujesz?!. - oburzyła się, będąc w domu.
- Jaa?!. To ja, widziałem, jak pożerał cię wzrokiem!. - warknął.
- Cole, opowiadałam mu o swoim nowym planie!. - krzyknęła bezsilnie.
- Upokorzyłaś mnie!. Więcej z nim rozmawiałaś niż ze mną!. - podszedł do niej.
- Ja upokorzyłam?!. Po prostu porozmawiałam ze znajomym, otwórz oczy do cholery?!.
- Nie wyrażaj się tak do mnie!. - huknął na nią, a ona poczuła się taka maleńka. Odsunęła się pod ścianę z przerażeniem, ale i tak podszedł do niej na tyle blisko, by czuć jego ciężar na sobie.
- Ja tylko rozmawiałam - załkała. Poczuła, jak jego ręka błądziła po jej ciele, drżała ze strachu. Jej oddech przyśpieszył, a Jego dłoń zacisnęła się na szyi.
- Cole... - wykrztusiła mając obawy, co on, chce zrobić. Żałowała, że dzisiaj nie wzięła do siebie Mylesa. Poczuła ściśniecie mocniejsze na szyi, a zaraz brak tchu - Cole!!.- z trudem wydusiła stukając go w ramie.
- Sophie!!. - usłyszała wołanie, a do domu wszedł, jak zwykle rozweselony Liam. To co dostrzegł musiało być potworne dla jego małych ślepek.
- Liam, idź do domu - poprosiła z trudem, mężczyzna natychmiast puścił kobietę i ruszył w stronę chłopca.
- Cole!. - zawołała, a młodzieniec szybko uciekł z bojaźliwym krzykiem.
- Taatooo!!.
Słyszała z podwórka jego oddalający się glos. Łapała powietrza łapczywie.
- Spójrz do czego doprowadziłaś?!. - burknął zamykając drzwi na klucz.
- Jaa ?!. To ty, na mnie wyżywasz się Cole!. - wrzasnęła. Na ten widok najwyraźniej uspokoił się. Podszedł do niej i przytulił ją do siebie. Najpierw próbowała wyrwać się, ale mężczyzna tylko silnie przyciągnął ją do siebie. Trzęsła się, a on głaskał ją po włosach.
- Masz zapewnić, że te dziecko, co widziało będzie bujdą - szepnął jej do ucha, a po chwili rozległo się pukanie. Najwyraźniej malec pobiegł na skargę do swojego rodzica. Przymknęła oczy, a gdy otworzyła była sama. Cole, poszedł schodami na górę. Wzięła kilka wdechów i podeszła do drzwi. W nich stał zdyszany i wstrząśnięty Logan.
- Sophie, co się dzieje?. Wszystko w porządku?!. - zapytał w szoku. Wyglądał na zmartwionego, pocieszyła się tą myślą, pomimo, że czuła się fatalnie.
- tak, Logan, wszystko w porządku - wypowiedziała z lekka chrypką.
- Liam, przybiegł do mnie mówiąc, że ten Cole cię...
- Źle to musiał zinterpretować - wybroniła się, choć wydawał się nie ugięty w swoich przekonaniach.
- Wierzę swojemu synowi - chrząknął.
- Nic się nie dzieje, Logan - mówiła, jak przez mgle, bez żadnych emocji. Prosiła, by już odszedł, chciała pójść spać. Chciała już niedziele gdzie, wszystko, by powróciło do normy.
- Nie wygląda mi na to - pokręcił głową.
- Na prawdę. Proszę idź już - poprosiła - Nie chcę niepotrzebnych zmartwień - dodała, a następnie zamknęła szybko drzwi. Odwróciła się i od razu zauważyła na schodach mężczyznę ze szklanka w ręku. Strzelała, że to był męski alkohol.
- Grzeczna Sophie - mruknął kiwając głową z aprobatą i odszedł na górę - Mam nadzieje, Sophie, że ten mężczyzna nie żywi do ciebie żadnych uczuć?. - usłyszała, gdy przechodziła przez pokój, by udać się do łazienki.
- Zapewniam cię, że nie - westchnęła boleśnie.
- To dobrze - mlasną ustami, usatysfakcjonowany taką odpowiedzią.
Przez resztę wieczoru Cole, do niej nie zbliżał się, nawet położyła się w pokoju u brata spoglądając prosto w okno Logana Jeffeya. Nie widziała go, ale wyobrażała go właśnie, jak leży w tym swoim wielkim łóżku. Z jej kącika oka uleciała mała łezka. Ostatnio zauważyła, że łzy u niej występowały coraz częściej.
Zamknęła oczy wyobrażając Logana właśnie przy sobie. Wiedziała, że w nim drzemie czuły i wrażliwy mężczyzna, który wiele przeszedł, założyła by się, że umie zadbać o kobietę, a ona gdyby mogła w jego ramionach czuła by się, jak prawdziwy skarb.
Logan:
Co miał teraz myśleć?. Jego syn przybiega do niego i mówi, jak jakiś facet dusi Sophie. Jego Sophie?. Jego?!.. Chodził z miejsca na miejsce nerwowo, zastanawiając się o, co chodzi. Postanowił przejść się do syna i zapytać się jeszcze raz o tą sytuacje, ale chłopiec spał. Przestraszył się, wątpił, że jego dziecko, by okłamywało, dość przerażony przybiegł, chociaż może po prostu to tak wyglądało, a ten cały Cole, jego sąsiadkę tylko przetrzymywał za szyje. Sam ile razy miał ochotę odsłonić tę część ciała z włosów i delikatnie przycisnąć do siebie, a następnie wtopić się w jej usta. Złapał się za głowę, adrenaliny mu nie brakowało i wyczuwał, że to będzie ciężka noc.
Ledwo przytomny chodził w pracy. Sophie, nie było. Zadzwoniła na recepcje mówiąc, że dziś nie może przyjść. Dość często w niedziele jej właśnie nie było. Nie zamierzał ją skarcić za to, ale miał poważne obawy, co do tego.
Widział ją dopiero w poniedziałek zwykle zadowoloną i piękną. Tym razem w szarym, eleganckim kombinezonie,. Dekolt w kształcie litery V, który od razu rzucił mu się w oczy. Więc, w tygodniu była szczęśliwa, a w weekendy nerwowa. Ponownie dostał swoją kawę, polubił to.
- Dziękuję.
- Proszę - uśmiechnęła się.
- Wszystko w porządku?. - zapytał.
- Tak - skinęła głowa. Westchnął nie wiedząc, co mógł dalej zrobić. Wysiedli z windy
- Logan - zawołała tuż przed wejściem do swojego biura. Stanął w miejscu spoglądając na nią - Zapomnijmy o tym, co mówiłam u ciebie pod domem, dobrze?. - poprosiła nieśmiało..
- Okay - mruknął zgadzając się, choć nie chciał. Pragnął z nią, o tym porozmawiać, pragnął porozmawiać o tym, co się z nią dzieje i działo. Zawsze unikała opowieści, jeśli chodziło o jej związek, jakby nie istniał. Widocznie nie gniewała się na niego za ostatnią kłótnię. Dzień w którym dostał od niej czekoladkę, które kupił Liam był najlepszym dniem w życiu, ponieważ to oznaczało, że on, potrafi wkraść się w jej myśli. Skarcił pierw za to wszystko syna delikatnie, ale właściwie był wdzięczny. Widocznie lepiej znał się na kobietach niż on sam. Nie miał żadnego poważnego związku w swoim życiu wszystko to były bezsensowne romanse. W końcu przestał z przygodami, gdy dostał w zamian za to syna. Od tamtej pory jest w zasadzie sam, w tych czasach bezinteresownie żadna kobieta nie zwróciłaby uwagi na niego z dzieckiem, ale Sophie… Sophie, była inna, wyjątkowa, oryginalna. Uśmiechnął się na wspomnienie, gdy przyniósł mu czekoladową kuleczkę mówiąc, że to od Sophie. nie tylko to od niej dostał. Od Sophie, również dostał całkiem nowe życie. Budowa ruszyła. Oboje co, jakiś czas nadzorowali wszelkich prac. Codziennie sprawdzali postępy zadowoleni. Nie mógł się doczekać w prawdzie, jak prace dobiegną końca. Specjalnie nie wtajemniczali za bardzo nikogo, że będą partnerami. Poprosił, by to na razie było w tajemnicy pomiędzy nimi. Już widział pogłoski ,,Morderca stawia hotel Siostra zmarłego wchodzi w spółkę z jego morderca. Westchnął na sama myśl, że w końcu coś będzie jego.
Sophie:
Wraz ze środą dostała telefon od matki. Obawiała się, o co może chodzić i nie myliła się.
- Sophie Cassandro Hetfield, co ty narobiłaś?!. - wrzasnęła do słuchawki jej matka. Ciekawe kto jej powiedział. Obstawiała na narzeczonego. Pokręciła głową niedorzecznie.
- O co chodzi mamo?. - zapytała udając głupią.
- Ty, już wiesz, o co mi chodzi, dziewczyno!?. Jak śmiałaś zatrudnić w naszym hotelu tego mordercę?! - krzyczała. Już wyobrażała, jak cala się trzęsła, ręce jej pewnie telepały się od złości. Dziewczyna westchnęła i obróciła się na krześle w stronę okna. Miała nadzieje, że widok na miasto jakoś ją trochę zrelaksuje.
- Mamo, zrobiłam to, bo uważam za słuszne - odpowiedziała całkiem spokojnie.
- Słuszne?. Dziecko wpadłaś prosto w paszcze lwa?!. To morderca!.
- Logan, nigdy nie był morderca, matko - upomniała - To był wypadek.
- Masz go zwolnić, natychmiast!.- zarządziła.
- Nie mamo. Przepraszam. Odebraliśmy mu wszystko, ty odebrałaś. Ja zwróciłam chociaż część.
- Nie wiesz, co mówisz. Wpuściłaś go rodzinnego biznesu, on zemści się zobaczysz?!.
- Logan, nigdy nie był złym człowiekiem, matko - wtrąciła się - Nie robi tego dla zemsty, robi to bo to jego miejsce, a nie moje.
- Ojciec, powierzył tobie, a nie jemu!. - krzyczała ,a ona przewracała oczami obojętnie.
- No właśnie mi, a nie tobie - uśmiechnęła się tryumfalnie.
- Co ty?!. Sophie?.
- Do widzenia mamo - powiedziała i rozłączyła się. Na pewno jej rodzicielka jeszcze bardziej wściekła się, ale ją teraz to nie obchodziło. Chciała już wyjść z pracy. Więc spakowała rzeczy i wyszła z biura. Podsłuchała pod drzwiami Logana czy jeszcze jest. Najwyraźniej był, ponieważ usłyszała kroki. Szybkim tempem pobiegła do windy, od razu wsiadając w nią, gdzie odetchnęła z ulgą, zdążyła zjechać w dół. Pierw zajechała jeszcze do miejsca, gdzie zaprowadził ją Logan. Zobaczyła jak burzliwie szybko idą prace wykonawcze. Potem wróciła do domu, mając ochotę na relaks.
20.Logan:
Obiecany czwartek nadszedł. Dziś miał spotkać się właśnie z Niallem. Założył karmelowe spodnie i białą koszulę.
- Emily - zwrócił się do niej przed wyjściem
- Co tam?. - zapytała siedząc wraz z siostrzeńcem w salonie przy stoliku, gdzie grali w grę planszową, w chińczyka.
- Czy Sophie, mówiła coś ci na temat tego Cola?. - zapytał, uśmiechnęła się najpierw, a potem posmutniała. Przełknęła ślinę przecież nie mogła nawet jemu.
- Niee. Sophie, to Sophie, to co w pracy zajmuje się pracą - odpowiedziała.
- Ahh.. No tak, ale myślałem?. - spojrzał na nią pytająco. Zauważył też, że w pracy relacje dziewczyn uległy zmianie. Plotkowały w czasie lunchu, chodziły gdzieś na spacery. Raz były nawet na zakupach tak, jak kiedyś.
- Nie, nic nie mówiła - pokręciła głową przecząco. Może właśnie powinna powiedzieć?. Najpierw porozmawia z przyjaciółką, a potem zdecyduje, co powiedzieć.
Wyszedł z domu, umówili się w pubie o nazwie Catalina typowy bar z hiszpańska, energiczna muzyką na żywo. Dawno go tu nie było. Będąc kiedyś młodsi z trudem tu wchodzili cała paczką. Teraz bez problemu siedział z jednym kumplem i jego małżonką. Na wstępie na jego widok przyznała, że i ona sama by próbowała zdobyć dzisiaj Logana Jeffeya, była sympatyczną i miłą osobą.
- Więc, ty z Sophie, planujecie własny biznes?. - odezwał się zdumiony Niall.
- Tak, właściwie już rozpoczęliśmy budowę - popił piwa z zimnego alkoholu.
- To brzmi nieźle - kiwnął głową.
- Chcemy pierwszy pokój do wynajęcia - zgłosiła się na ochotnika Evelyn Fletcher.
- Myślę, że nie będzie problemu - uśmiechnął się łobuzersko, wiedząc po co im ten pokój.
- Więc, ty jesteś jej szefem, czy ona twoim?. - zaciekawił się cwaniacko.
- Ona moim, ja jej...W sumie nie wiem... Na razie chyba ona moim - był zakłopotany - Czy to ważne?.
- Cóż, ważne, gdy z nią prześpisz się - powiedział rozbawiony, a do niego dołączyła z cichym chichotem dziewczyna, o anielskiej urodzie.
- Co?!. - zareagował gwałtownie mało, co nie oblewając się piwem. Niall, prychnął śmiechem - My nie jesteśmy razem, ani nie zamierzamy - sprostował oburzony.
- Taaa… Dwa zwaśnione rody co?. - zapytał.
- Otóż to - poparł go, znów biorąc łyka zimnego alkoholu ugaszając swoje zakłopotanie - Co ci do łba strzeliło, by tak pomyśleć?. - zaśmiał się - To siostra naszego zmarłego kumpla.
- Tak myślałem, skoro tak często pewnie widujecie się - wzruszył ramionami - Czy to ona?. - zapytał, mrużąc oczy blondyn, wpatrując się w kobietę.
Faktycznie tam stała, Sophie Hetfield w czerwonej, zwiewnej sukience. Nie za krótkiej, nie za długiej. Śmiało odkrywała swoje, cudne nogi. Bawiła się raczej dobrze, ponieważ śmiała się beztrosko z jakimiś dziewczynami. Przełknął ślinę na jej widok. Cholera!.
- Seksownie wyglądała - przyznał w duszy, oblizując wargi ze smakiem.
- Sophie!. - krzyknął odważnie Niall, gdy on próbował zapaść się pod ziemię. Dziewczyna odwróciła się i uśmiechnęła się życzliwie. Machnęła ręka, a po chwili podeszła.
- Cześć Niall, Evelyn i Logan - miał wrażenie, że jego imię wypowiedziała z ogóle innym natężeniem, może nawet z lekką chrypką - Jesteście tu razem?. - zapytała.
- Tak, a ty?. - rozmawiała z nią tym razem Evelyn.
- Z dziewczynami. Koleżanka Sary ma wieczór panieński - wskazała na obce młode kobiety..
- Oo, ostatnia noc bycia wolnym - zareagował entuzjastycznie Niall.
- Dokładnie - zaśmiała się słodko.
- Właśnie rozmawialiśmy, o tobie - przyznał się wspólny kolega.
- O mnie?. - spojrzała na dwóch mężczyzn.
- Podobno pracujecie razem, uważam że super - przyznał.
- Taak, Logan, zawsze miał do tego rękę, chyba - odpowiedziała mu całkiem szczerze.
- Dosiądziesz się?. - zaproponowała zachęcająco Evelyn.
- Z chęcią, ale powinnam chyba wracać - mówiła z coraz większym zakłopotaniem, gdy nie widziała już swoich znajomych - Albo wiecie co, zostanę jeszcze trochę - uśmiechnęła się szeroko. Nie umiał wydusić słowa odkąd usiadła wraz z nimi. Głównie rozmawiała z jego przyjaciółmi popijając swojego drinka.
- Nie sądziłem, że lubisz takie miejsca - odezwał się do niej podczas, gdy świeże małżeństwo miało swoja chwile namiętności.
- Bo księżniczki do takich nie należą?. - parsknęła, a on zaśmiał się. Popiła swojego alkoholu znowu przez słomkę patrząc się na niego. Miała takie piękne oczy, że mógł wpatrywać się w nie non stop. Były takie marzycielskie i tajemnicze, teraz wypełnione radością.
- To możesz teraz przekonać się, jak tańczą księżniczki - puściła oczko i wstała. Po chwili była na parkiecie.
- To było zaproszenie - chrząknęła pozostała kobieta do mężczyzny, a ten spojrzał na nią.
- No leć, że!. - krzyknął na niego kumpel rozbawiony, a sam porwał swoja żonę do tańca. Poruszała się rytmicznie. Zauważył kilku innych mężczyzn, którzy obserwowali ją z uwagą. Poczuł lekka zazdrość, bo to był taniec dla niego. To znaczy nie wiedział, że to był taniec dla niego, ale tak właśnie sobie wyobrażał. Wstał z miejsca i ruszył w jej kierunku i nie mógł doczekać się w skrycie, aż będzie blisko niej. Chyba nie spodziewała się, ponieważ, nawet przestała się poruszać i przystanęła. Wpatrywała sie w niego zachwycona.
- Nadążysz kroki?. - zapytał.
- No wiesz - burknęła, zarechotał, a po chwili zaczęli rytmicznie i zgrani tańczyć.
Nie tańczyli, jak zawodowcy, ale byli z pewnością wyróżniającą się parą. Miedzy nimi wybuchał żar i namiętność. Dotykał jej przyjemnej skóry, która paliła go, bezboleśnie. Otaczał ich ogień, naelektryzowani pobudzającą energią wymieniali się szczerymi uśmiechami. Intensywne uczucie przepływało przez jego ciało, dzięki temu tańcu mogli być w końcu tak blisko siebie. Nie wiedziała, jaką euforię sprawiało mu móc trzymać ją za rękę. Czuć jej zapach, mieć jej ciało, przy swoim ciele na wyłączność. Okrzyki jej koleżanek utwierdzały go w przekonaniu, że nigdzie nie wyszły i chyba ją też, bo zaśmiała się, gdy usłyszeli podchmielona Sarę Livaine.
- Dawaj dyrektorze!.
Okręcał ją bez żadnego kłopotu, ich kroki współpracowały ze sobą perfekcyjnie, uzupełniali się ze sobą, jak odpowiedni puzzel.
- Sophie!!. - tym razem usłyszał, a następnie gwizdy dopingujące. Zachichotała słodko ponownie.
- Chyba mamy publiczność - wdusiła rozbawiona.
- Najwidoczniej cały personel hotelu nam kibicuje - potwierdził. Zaśmiali się jeszcze raz. Wyglądała szczerze na szczęśliwą i podobała mu się w takim wydaniu. Sam sobie w sumie dziwił się, że potrafi, tak ruszać się. Dawno nie tańczył, tym bardziej do takich rytmów.
Kompletna cisza zapowiedziała koniec tańców. Odetchnęli z ulgą. Zdyszani wgłębiali swój wzrok w siebie, a zaraz zaczął się następny rytmiczny utwór. Twarze mieli niebezpiecznie blisko siebie. Jego lewa ręka wciąż przetrzymywała ją w pasie, a ona przyciśnięta do jego ciała pobudzała wszelkie zmysły. Właśnie rozplotła ich prawe ręce, które pasowały do siebie i przetransportowała na tors, układając obok drugiej dłoni.
- Dobrze ruszasz się, panie dyrektorze - wykrztusiła, Miał wrażenie, że czuje jej oddech na swoich wargach. Nie, nie może...
- Ty również, księżniczko - mruknął, odgarnął jej włosy z twarzy. Uśmiechnęła się pięknie i przekrzywiła głowę, jak mały szczeniaczek.
- Na prawdę jesteś seksowny - wypowiedziała z lekko niższym głosem. Tym razem nie żałowała, jutro pewnie będzie. Jedynie mógł ją teraz wyśmiać. Spuściła wzrok zarumieniona i zawstydzona, a po chwili znów spojrzała na niego tajemniczo. Skinęła głową i nim zorientował się uwolniła się z jego objęć, by nie pogrążać się jeszcze bardziej, odeszła. Zniknęła w tłumie, jak bańka mydlana.
Sophie:
Co z nią działo się podczas tego tańca?. Endorfiny, ekscytacja, nawet pożądanie, to wszystko czuła. W dodatku ten hiszpański temperament na scenie, który buchał prosto w ich stronę, a oni odpowiadali tym samym. Czuła wtedy, że są najpiękniejszą parą na parkiecie i nic ich, wtedy nie rozdzieliłoby.
Był innym mężczyzną. Do tej pory miała rumieńce i niesamowite wibracje, które przepływały przez jej ciało. Masowała sobie stopy na łóżku, patrząc się na okno sąsiada. O dziwo również stał na tarasie z papierosem w ręku. Przyglądał się jej, momentalnie ciepło zrobiło się na jej sercu. Pokój oświetlała jedynie pełnia księżyca, ale wiedziała, że ją widział. Wiedziała, że to nie pierwszy raz, gdy ją obserwuje, tamte razy, co miała przeczucia, już nie były przypadkami. Pokręcił głową z niedowierzeniem do niej, a ona wzruszyła ramionami niewinnie. Była w piżamie, która składała się z krótkich spodenek w koronkę i bluzki na ramiączkach również z akcentem koronkowym, o kolorze lawendowym. Nie wstydziła się. Miała nadzieje tylko, że mu podoba się. Wypuszczając, co chwile magiczny dym z ust nie spuszczał jej z oku. Chciała być jego dymem, chciała otulić swoimi małymi dłońmi jego twarz, ramionami jego ciało. Nigdy nie sądziła, że zwróci uwagę na swojego sąsiada, w dodatku na ostatniego mężczyznę na tym świecie, do któregokolwiek mogłaby coś poczuć. Schował się w swoim pokoju, na pewno był również zmęczony po wspólnym tańcu. Tak na prawdę już tańczyli drugi raz razem. Zaśmiała się sama do siebie. Najwyraźniej taniec swoją magiczną i niepowtarzalną mocą rozbudzał w nich uczucia i pragnienia. Bujała w obłokach, jak mała dziewczynka, ale przecież musiała być twarda, a co najważniejsze posłuszna.
***
Od tamtego incydentu minęły kilka dni. Widziała się jedynie z nim w pracy. Wymieniali się wzajemnie nie zrozumiałymi dla nich uśmiechami. Lubiła z nim pracować, lubiła gdy był przy niej. Miała wrażenie, że jest bezpieczna i nic jej nie grozi. Była przekonana, że nie dopuściłby, aby stała się, jakakolwiek krzywda, co mogło i jego pogrążyć, a tego by nie chciała.
Leżała na swojej ławce na werandzie popijała herbatę. Zapadał powoli zmierzch.
- Sophie!. Sophie!. - wyrwał ją z zamyśleni glos Liama - Mój tata!. Jest zły. Coś złego z nim dzieje się!. - mówił przejęty. Zerwała się na nogi, wylewając na siebie herbatę, na szczęście ostygnięta. Bez wahania ruszyła za chłopcem. Nie musiała długo szukać mężczyzny. Słyszała brzdęk tłuczonych naczyń w kuchni oraz jego wściekły krzyk.
- Liam, pójdź na razie do swojego pokoju - poprosiła kładąc dłoń na ramieniu. Pięciolatek skinął głowa, po czym pobiegł na schody. Weszła do kuchni zobaczyła prawdziwy harmider. Zmiażdżone naczynia, szkło leżały na ziemi, a on wściekle rzucał następnymi
- Logan!. - krzyknęła w szoku, gdy jeszcze jeden spadł u jej stóp.
- Czego chcesz?!. - warknął.
- Co się dzieje?!. - podeszła do niego, łapiąc jego za dłoń.
- Po co tu przyszłaś?!. Znów wziąć mnie na litość!?.
- Nie, Logan!. Co się stało?.... Heeej!!. - chwyciła jego twarz w dłonie i popatrzyła mu się w oczy. Dyszał okropnie, wyczuwała od niego alkohol. Nie odstraszyłby nawet tym ją od niego.
- Will, Adam, ja, Niall, Twoja matka!... Jestem morderca - mówił w dziwnym transie.
- Heej wiesz, że to nie prawda - powiedziała - Co się stało?. - dopytywała się zmartwiona.
- Spotkałem twoja matkę - odpowiedział, znów zbulwersowany. Kopnął szafkę przed sobą, na co drzwiczki wypadły z zawiasów.
- Logan!. - krzyknęła - Uspokój się, proszę - poprosiła przytulając się do jego wielkiego ciała. Nie puszczała go, dopóki złość nie ulatniała się. Opadł z braku sił na podłogę, a ona wraz z nim. Domyśliła się, jak musiało wyglądać ich spotkanie. jej rodzicielka znów go oskarżyła o wszystko. Zrównała go z błotem, kryminalistą i wszystkim, co najgorsze. Przełknęła ślinę rozglądając się po kuchni, wciąż chroniąc w jego ramionach.
Logan:
Próbował wyrównać oddech. Dopiero zrozumiał, że ona wtulała się w niego. Magiczną, swoją mocą zabijała w nim złość i agresję. Dawała mu ulgę i spokój.
- Co się stało?. - powtórzyła spokojnie gładząc go po policzku. Chwycił jej dłoń lekko ścisnął, na co spojrzała na ich ręce.
- Miałem sen - wydusił.
- Jaki?.- zaciekawiła się. Był trochę podchmielony, na pewno zauważyła, mimo nie bała się go. Odważnie tu przyszła, z pewnością Liam, ją zawołał, musiał nieźle przestraszyć się i będzie musiał bardzo go przeprosić.
- Ja, Will, Niall i Adam, tamta noc.. - wymieniał, spuszczając wzrok.
- Opowiesz mi?. - zapytała łagodnie, unosząc jego twarz za podbródek. Wpatrywał się chwile w nią. Westchnął boleśnie
- Oni, zdążyli już się upić, zjarać i wszystko ze sobą zmieszać. Adam, nawet porzygał się, Do dziś czuję smród wymiotów jego i ten zaduch od papierosów i alkoholu. - zaczął, na co ona, skrzywiła się - Powierzchnia ulicy była już wilgotna od deszczu. Will… Will, zawsze był trochę irytujący i uparty, gdy był pijany. Chcieli bym ich zawiózł na imprezę, bez wahania zgodziłem się. Dojeżdżaliśmy na miejsce, wściekły już byłem. Will, chciał zapalić, poprosiłem go, by poczekał, bo nie było już czym oddychać. On, uparcie dążył do celu, wtedy już żałowałem, że ich wiozę. Szarpnął mocno kierownica nim zdążyłem jakkolwiek zareagować, byliśmy już na sąsiednim pasie, a potem... Twoja mama miała racje - spojrzał na nią, miała łzy w oczach. Jemu leciały po policzkach. Otworzył się przed nią całkowicie - Zabiłem ich - dokończył. Pokręciła głową, robiąc bolesny grymas.
- Nikogo nie zabiłeś - załkała, a on jeszcze bardziej wgłębił swój wzrok w nią. Wiedziała, że w nim wiele emocji siedzi - To był wypadek. Nikogo nie zabiłeś - jeszcze raz powtórzyła. Bez wahania wzięła go w objęcia, a on płakał.
Może i komicznie to wyglądało, jak dorosły większy mężczyzna pocieszał się w jej drobnych ramionach. Im nie było do śmiechu. Głaskała go po głowie, jak bezbronne dziecko.
- Jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego tu znam - szepnęła nad uchem, a on tulił się do jej ciała, delektując zapachem, który był oazą. Za dużo działo się ostatnio ona, jej matka, ten sen, wszystko w nim kumulowało się i chyba go to złamało. Przez ten cały czas, to wszystko dusił w sobie w końcu eksplodował.
- Byłeś dzieckiem, wtedy - dodała, gdy już odsunął się od niej.
- I chyba nadal nim jestem - przetarł kciukiem i palcem swoje oczy.
- Czasami - kiwnęła głową z lekkim uśmiechem, co go trochę rozbawiło.
- Jestem winny przeprosiny... Że musiałaś to widzieć - chrząknął.
- Cieszę się, że mogłam tu być, ale teraz idź się wykąp, ponieważ śmierdzisz wódką - burknęła. Nie chciał już z nią kłócić się, mógł również teraz rzucić się na nią i wpić się jej wargi. Jedynie skinął głową i wstał ociężale. Bez słowa wyszedł z kuchni słysząc, jak westchnęła ciężko. Biorąc dłuższy prysznic zastanawiał się nad tym, co właśnie zaszło. Była jego spokojem, muzą, motywacją. Zachował się idiotycznie, w dodatku przy dziecku. To był tylko sen, a on dał się ponieść mrokowi.
Sophie:
Podniosła się również z podłogi i ruszyła od razu na górę. To co widziała teraz i usłyszała rozbudzało jej wszystkie zmysły. Cieszyła się, że przy niej jakoś opanował się, a tym bardziej otworzył. W końcu poznała prawdę. To nie on był winny temu wypadkowi, tylko jej brat. Był całkowicie niewinny, zresztą nie obwiniała swojego świętej pamięci brata. Był tylko dzieckiem tak, jak Logan, który popełnił błąd i zapłacił, z tym, że Logan nie powinien, aż taką karą. Dziś miał gorszy dzień, rozumiała go, ponieważ nie raz sama tłukła u siebie szklanki, no może o wiele gorszy widok dziś zastała, ale każdemu to mogło się przydarzyć. Zapukała do drzwi.
- Cześć kolego, mogę?. - zapytała.
- Tak, czy z tatą wszystko okay?. - zaciekawił się od razu, odkładając kolorowa książkę.
- Tak. Myślę, że tak - odrzekła. Usiadła obok niego na łóżku - Pewnie nieźle wystraszyłeś się, co?.
- Nigdy taki tato nie był - pokręcił głową.
- Domyślam się.
- Co mu było?. - spytał.
- Widzisz... - zaczęła myśleć, jak sprawnie wytłumaczyć - Niektórzy ludzie czasem duszą w sobie bardzo wiele emocji złość, szczęście, smutek, żal, ale po pewnym momencie przychodzi taki moment, że jednak nie wytrzymują i wybuchają - tłumaczyła spokojnie.
- Jak wulkan?. - zapytał.
- Jak wulkan - przytaknęła mu z uśmiechem.
- Więc, tata był zły?.
- Zły, ale na siebie i to nie potrzebne. Twój tato, przeżył bardzo dużo, choć nie powinien - wytłumaczyła.
- Dlaczego?. - zdziwił się.
- Sama zadaje sobie to pytanie - mruknęła - Ale sądzę, że teraz po tym wybuchnięciu już z twoim tatą będzie okay - zapewniła - I na pewno przeprosi cię za swoje zachowanie - dodała. Chwile milczał, a ona go obserwowała.
- Sophie, znasz Romeo i Julie?. - zapytał.
- Chodzi ci, o historie ich?. - zmarszczyła brwi.
- Mhm - kiwnął głową.
- Pewnie, że znam - uśmiechnęła się z kolejnego pomysłu malca.
- Opowiesz mi trochę?.
- Jasne - zgodziła się. Objęła go czule, a on położył głowę na jej ramieniu. Pierw to rozczuliło ją, ale po chwili skupiła się na opowiadaniu. - Więc, dawno, dawno temu w odległym dla nas miejscu żyły dwie rodziny, niestety skłócone - zaczęła. Nie sądziła, że tak dobrze pamięta tą historię, przecież miała ją w liceum. Ciekawiło ją to, skąd ta ciekawość u tak małego człowieczka.
- Więc, Romeo i Julia nie żyją?. - zapytał.
- Niestety, ale są razem w niebie - wskazała palcem na sufit.
- Nie chcę, żebyś ty z tatą odeszła - przytulił się mocno, a ona otworzyła oczy z zaskoczenia. Więc, to temu ta ciekawość. Cholera!. Przeklęła samą siebie w myślach.
- Zapewniam cię, że nigdzie nie odejdziemy - pogłaskała go pogłowie.
- Czy Parys to ten mężczyzna, co wtedy cię z nim widziałem?. - zapytał. Nie sądziła, że on tak łączył wszystkie fakty i przekładał je na realia.
- Czy tato ci mówił, jak bardzo mądry jesteś?. - zmrużyła oczy.
- Codziennie - uśmiechnął się.
- Mój narzeczony ma na imię Cole - odpowiedziała mu w końcu.
- Romeo Julia i tak skończyli razem - stwierdził
- Tak, trochę inaczej, ale tak, bo ich miłość była bardzo silna - odrzekła. Nie chciała, by dalej tym zadręczał się. Miło było jej, że powiązywał ze sobą fakty, ale co za dużo to nie zdrowo - Jesteś głodny?. - zapytała, przytaknął głową wesoło.
- Zaraz coś zrobię.
- Sophie!. - zawołał jeszcze przed jej wyjściem. Akurat odpalał telewizor w lepszym humorze.
- Tak?. - odwróciła się do niego.
- Lubię, jak jesteś przy nas - wyznał.
- Ja też lubię - odrzekła z uśmiechem czując w sercu wielki smutek. Wyszła z pokoju przecierając swoją twarz. Zaskakiwał ją ten młodzieniec za każdym razem. To, co teraz doświadczyła utwierdziło ją w przekonaniu, że pragnęła być matką, ale nie mogła mieć dziecka z Colem. Była pewna, że jej historia też nie będzie szczęśliwa, jak w sztuce Williama Szekspira.
Logan
Sprzątał kuchnie, gdy ona zajmowała się jego synem. Słyszał, jak opowiadała mu słynną historię nieszczęśliwych kochanków. Zamurowało go, gdy Liam. porównał ich do Romea i Julii, mało, co nie udusił się z wrażenia. Gdy podniósł się ona, już stała przy progu oparta o framugę. Nawet nie miał, jak dziś przyjrzeć się jej ubiorowi, a zawsze to robił, ponieważ w skrycie to lubił. Miała na sobie białe legginsy, oraz czarny t-shirt, który przykrywał szary, długi kardigan, jednym słowem i tak - bosko. Oboje zmieszani nie wiedzieli, co teraz począć. Niezrozumiałe emocje wciąż im towarzyszyły. Przy niej wydawało się wszystko takie proste, opieka nad Liamem wydawała się prosta, wszystkie problemy, jakie miał wydawały się łatwizną. Podeszła bez słów, a on wziął ją w ramiona, chyba oboje teraz tego potrzebowali. Westchnął czując się, o wiele lepiej. Bał się ją przytulać, miał obawę, że nie będzie mógł kiedyś powstrzymać się, a potem będzie tylko za późno. Przyjemne uczucie go ogarnęło, gdy wtulała się w niego. Twarz zatopiła w jego koszule wyczuwając świeży zapach prania. Miał wrażenie, że czas zatrzymał się, a nawet musiał nieźle się skupić, by usłyszeć jej oddech. W końcu usłyszała prawdę, o tym, jak umarło jej rodzeństwo. Stali lękając się, wykonać jakiś, drobny ruch. Wyczuwając odpowiedni moment musieli oderwać od siebie z wielkim trudem i spojrzeli sobie w oczy, które lśniły wzajemnie.
- Chyba powinieneś uspokoić Liama - wykrztusiła zakładając włosy za uszy - Trochę przestraszył się - dodała.
- Zaraz wrócę - oznajmił, na co skinęła głową. Zastanawiała się, co przyrządzić. Nie miała głowy do gotowania, ale w sumie patrząc, że już wieczór, to kanapki brzmiały chyba też bardzo dobrze. Zajrzała do lodówki i wyjęła wszystko, co nadawało się. Wyjęła francuskie pieczywo i najpierw włożyła do tostera, by trochę podpiec. Sama lubiła, jak pieczywo było odświeżone, lekko chrupiące.
Logan.
Gdy ona szykowała kolacje on zaszedł do pokoju syna.
- Liam - odezwał się. Jego syn leżał oglądając jakąś kreskówkę w telewizorze.
- Jestem winny ci przeprosiny i to wielkie - zwrócił się do niego.
- Tak, to prawda - skinął głową - Ale już wszystko wiem - powiedział.
- Tak?. To znaczy, co takiego?. - usiadł obok niego.
- Byłeś bardzo długo smutny i samotny. Masz szczęście, że w końcu masz mnie - uśmiechnął się i wtulił się w niego. Starszy mężczyzna uśmiechnął się. Objął syna i poczochrał po czuprynce
- Co oglądasz?. - zapytał.
- Jakiś Spider-Man idzie - wzruszył ramionami.
- Kiedyś uwielbiałem Spider-Mana - wyznał wzdychając.
- Myślałem, że Tarzana - spojrzał na niego podejrzanie. Logan zaśmiał się.
- O Tarzanie wiedzą, tylko nie liczni - odparł mu.
- Gotowe!. - usłyszeli z dołu.
- Suuper!. - zawołał wesoło chłopiec i od razu rzucił się do drzwi. Chyba powinien podziękować tej dziewczynie i to ogromnie. Gdy zszedł na dół, talerz ze stosem kolorowych od warzyw kanapek leżał na stole. Zasiadł do stołu i popatrzył na nią z wrażeniem i chyba to ją zmieszało. Sama pila herbatę.
- Co?. Zakłóciliście mi wieczorna herbatę, to chyba mi należy się?. - zapytała. Uśmiechnął się pogodnie i kiwnął głową.
- Nie, o to chodzi - zaprzeczył kręcąc głową.
- A o co?. - zapytała zdumiona.
- Chyba cieszę się, że tu jesteś - wyznał z gulą w gardle, na co dziewczyna rozczuliła się.
- Super miny!. - wytrącił z ich równowagi pięciolatek, który przyglądał się kanapkom. Specjalnie jakoś śmiesznie udekorowała ogórkami i pomidorami, by jeszcze bardziej zachęcić malca. Sama pamiętała, że jak nie chciała jeść to rodzice specjalnie ją zachęcali pierw wyglądem. Zajadał się ze smakiem, bynajmniej tak wydawało się, nawet Logan zjadł dwie. Ona w sumie skusiła się na jedną.
- Dobra panowie, pozostało mi życzyć wam spokojnej nocy - odezwała się, wstając.
- Już idziesz?. - posmutniał Liam.
- Tak, ale może pobawisz się z Piratem jutro?. - zaproponowała wesoło.
- Super!. - podskoczył z radości i zawiesił się na jej szyi, gdy ta pochyliła się. Objęła chłopca zadowolona
- Dobranoc, Liam - szepnęła mu na ucho.
- Dobranoc, Sophie - odszeptał jej. Zdenerwował się, że mają przed nim jakieś sekrety, ale, gdy ona puściła do niego oczko złość szybko mu przeszła. Wyszli przed dom, czując już orzeźwiające nocne powietrze. Świerszcze dawały koncert na żywo, a gwiazdy i księżyc im pełne oświetlenie.
- Dziękuję ci, Sophie - powiedział z trudem.
- Możesz na mnie liczyć, Logan - skinęła głową. Miała zejść ze schodów, jednak złapał ją za dłoń. Spojrzała na niego pytająco, a brunet bez słów pocałował ją w ciepłą, drżącą dłoń. Przełknęła ogromną gulę w gardle.
- Dobranoc, księżniczko - szepnął nieśmiało.
- Dobranoc, Logan - uśmiechnęła się zdumiona. Prosił, by zabrała w końcu ta rękę, ponieważ dalej nie wytrzymałby i rzuciłby się na nią. Jej skóra smakowała wybornie i pragnął jej jeszcze więcej. Cofnęła dłoń, wyczuwając, że to dobry moment na to, aby odejść. Obserwował ją, jak oddala się, aż nie skryła się w swoim pałacu, który dzielił ich jedynie płot, a w rzeczywistości wszystko.
***CDN***
Dodał/a: An Caroline w dniu 8-06-2019 - czytano 33 razy.
Słowa kluczowe: An Caroline

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Niepoprawny książę VI"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)