Niepoprawny książę V

Wspólnicy.

17. Logan
Czując się coraz bardziej niezręcznie odsunęła się od niego. Wciąż czuł się, jakby skrył w swoich ramionach najcenniejszy skarb, martwił się, że ona może rozsypać się w drobny piasek.
- Nie ma za co - wykrztusił w końcu z wielkim trudem. Była taka drobna w jego ramionach. Atmosfera znacznie ostygła i nie wiedzieli, jakich odpowiednich słów użyć. Wracał do domu już z synem.
- Możemy zajechać do sklepu?. - zapytał Liam Jeffey.
- A, co chcesz kupić?. - zaintrygowała go ta propozycja, bo rzadko, kiedy jego dziecko chciało coś ze sklepu, co u dzieci jest rzadkie.
- Zobaczę jeszcze - odpowiedział dość tajemniczo. Mężczyzna zgodził się i zaparkowali pod pierwszym lepszym sklepem
- Czego szukasz?. - zaciekawił się jego ojciec, widząc, jak mały chłopiec biega po sklepie czegoś szukając.
- Co byś kupił dziewczynie?. - zapytał
- Dziewczynie?.- zdziwił się - Masz dziewczynę?. Co ty, kombinujesz?. - wypytywał chłopca, który wzruszył ramionami naturalnie.
- Może i mam - powiedział. Mężczyzna westchnął i pokręcił głową.
- Nie wiem, czekoladki?. - podpowiedział mu. Pięciolatek skinął wesoło główką i pobiegł przed siebie. Nie nadążał za nim i nie rozumiał, ale przystanął na jego pomysł. Może kogoś tu poznał, jak był na spacerze z Emily, albo chciał może wysłać do kogoś Portland.
- Które będą dobre?. - poprosił o poradę
- Nie wiem w sumie - wzruszył ramionami Logan, drapiąc się po głowie - Może te?. - pokazał dla chłopca ładne pudełeczko. Dość znanej firmy na całym świecie.
Ferrero Rocher był prezentem, które ostatecznie wybrali. Malec wydawał się na zachwyconego, z czego cieszył się dorosły. Byli już w domu, gdzie dostał telefon od Nialla, który zaproponował mu wyjście. zapewniając, że będzie tylko z jego żona. Mieli w planach pójść do baru, jak za dawnych czasów, trochę rozerwać się. W końcu zgodził się. Zastanawiał się, czy też kogoś zaprosić, jego myśli powędrowały do Sophie. Od razu pokręcił głową policzkując się w myślach.
- Emily, czy zajęłabyś się w czwartek Liamem?. - zapytał gdy przechodził obok jej pokoju.
- Nie ma problemu, a gdzie wychodzisz?. - zapytała z zaciekawieniem. Właśnie kremowała ręce siedząc po turecku na swoim łóżku.
- Z Niallem i jego żoną - odparł.
- I z Sophie?. - dopytała śpiewająco z uśmiechem. Spojrzał na nią gniewnie, na co uniosła ręce na gest pojednania
- Nie - odpowiedział krótko i ruszył do siebie.
Dni mijały, a oni realizowali swój plan. Widział, jak bardzo jest zdeterminowana i dążyła do celu. Dbała, o wszystko i pytała się o jego opinie. Również dawał swoje pomysły, na co z uśmiechem przyjmowała. Była taka radosna i beztroska nie rozumiał jej słów na temat więzienia, wydawała się na szczęśliwą i spełnioną. Czuł, że między nimi zachodzi jakaś więź. Gdy dostała już wykończone swoje biuro, jego było takie opustoszałe. Czuł się tak obco, a zarazem samotnie, a przecież była kilka drzwi dalej. Sam nie wiedział, co z nim dzieje się, czym był zaniepokojony.
Któregoś dnia wyciągnęła go na lunch, oczywiście nie ominęło się od małej sprzeczki. Wybrali się do bistro za rogiem, kłócili się o wybór pizzy. Uparcie walczyła o hawajską, gdy on nie znosił ananasa na pizzy.
- Więc, zróbmy tak, ja wyjem ci ananasa, a ty dokończysz za mnie brzegi?. - próbowała wynegocjować.
- No chyba żartujesz, że będę zapychał się samym ciastem!. - oburzył się, na co roześmiała się.
- Dżentelmen od siedmiu boleści!. - zawołała niedowierzając. Mimo to bawili się dobrze, ale raczej nie nazywali tego randką, po prostu wypadem kolegów z pracy, po za tym wspólników.
- Nie lubię pepperoni… - zamarudziła.
- Dobra, niech będzie hawajaska - westchnął ciężko, na co uśmiechnęła się tryumfalnie. Ładnie dziś wyglądała, zresztą jak zwykle, zwiewna biała sukienka w kolorowe kwiaty z gracją podwiewała w wietrze. Dziś przyłapał ją, jak suszyła włosy w pokoju Willa, lubił te momenty. Nie lubił, gdy za nią zjawiał się jej narzeczony, wtedy wszystko psuł nie wiadomo, czemu.
Tak, jak obiecała wyjadła mu kawałki ananasa ze smakiem, czym potwierdziła, że to był jej ulubiony owoc. Z grymasem ją obserwował, za to on, nie kończył za nią kawałków, ale nic z tego nie zrobiła już. Następnie zapragnęła deseru, zastanawiał się, gdzie to mieści w tym drobnym ciele.
Szli spacerem po lesie, gdzie budowano ich hotel, specjalnie tu zajechali sprawdzić postępy fachowców. Z pięknymi uśmiechami rozmawiali, jakby nigdy nic wcześniej nie wydarzyło się. Czuł się znakomicie w jej towarzystwie i tylko idiota nie zwróciłby na nią uwagi. Nie jeden z robotników podlizywał się i nie dlatego, że była ich szefową. Była niezwykle, piękną kobietą, a w tym tle, gdzie za nią występowały iglaste i pachnące sosny i świerki wyglądała, jak anioł z prawdziwego snu. Zajadała się ze smakiem lodami jogurtowymi z kubeczka. Radośnie pochłaniała każdą kolejną łyżeczkę.
- Musisz spróbować - powiedziała zbliżając się do niego. Delikatne jej perfumy już wyczuł, co pobudziło jego wszystkie zmysły.
- Mamy kłopot, Logan - zaalarmował w swoich myślach - Nie lubię słodyczy - zaprotestował, odchylając głowę, gdy ona na siłę prawie wciskała mu łyżeczkę plastikową do buzi.
- Ohh, no proszę!. Każdy lubi - nalegała.
- Ale nie ja - pokręcił głową, na co westchnęła poddając się i sama zjadła. Odeszła szeleszczącymi krokami po spróchniałych szyszkach, a on podążył za nią z uśmiechem.
- No tak, zapominam, że jesteś taki wyjątkowy - parsknęła zadowolona.
- Co?. - zapytał od razu, jak wyryty, na co spięła się i odwróciła się do niego. Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się cwaniacko.
- Nic - odparła i ruszyła dalej.
- Co?. - powtórzył, łapiąc ją tuż przy wielkim drzewie.
- Nic, Logan - zaśmiała się słodko. Mógł przysiąc, że to właśnie ta magiczna chwila, w której całują się, ale tak nie stanie się, bo to było zakazane. Ona była zakazana. Była kogoś narzeczoną.
- Jestem jaki?. - przyjrzał się jej uważnie rozbawiony, gdy ona, już zarumieniona stała.
- Powiem, jeśli spróbujesz - zaszantażowała go niewinnie, znów podsuwając mu następną łyżkę do góry. Popatrzył na to skrzywiony, na co znów zachichotała. Tak, jak złapał ją za dłoń wcześniej automatycznie, tak wciąż ich ręce były splecione ze sobą. Był szczęśliwy i nigdy tego nie czuł przy innej kobiecie. Nigdy nie miał ochoty, jak najwięcej dowiedzieć się, o jakiejkolwiek dziewczynie, oraz o tym, o czym myśli i co myśli o nim. Westchnął i wykonał jej polecenie. Wykonał próbę delektowania się tym smakiem i nie miał pojęcia, jak to możliwe, ale nawet mu smakowało. Za pewne to było za jej sprawą, niestety.
- I jak?. - wciąż wpatrywała się w niego zadowolona.
- Może być - chrząknął - Twoja kolej - dodał podziwiając jej idealną twarz.
- Mówiłam, że jesteś wyjątkowy - powtórzyła swoje słowa, przełykając ślinę. Szlak... Jej oczy przekonywały go, tak bardzo. Może, nawet zbliżali się do siebie i byli na prawdę blisko, ale ona jakby nigdy nic przyłożyła rękę do jego ust.
- Nie mów nic - poprosiła ciepłym głosem. Może przeczuwała, że coś chciał powiedzieć. Jednak w planie miał, co innego - Zostawmy to tak, jak jest - puściła oczko i wyswobodziła się z jego pułapki, którą nieświadomie wykonał, a były to jego ręce. Odetchnął z ulgą i uśmiechnął się na to uczucie jednak... Nie potrafił go opisać. Dogonił ją zaraz i przechytrzył sprawnie kubeczek z jej ochładzającym deserem.
- Heej!. - pisnęła w szoku.
- Może, jednak polubię... Chociaż lody - powiedział w dobrym humorze.
- To zabrzmiało...- mruknęła rumieniąc się.
- Sophie, ma zbereźne myśli?. - zapytał drwiąc
- Ohhh… Gbur!. - burknęła oburzona, krzyżując ramiona na piersiach, jak mała dziewczynka, na co zaśmiał się. Uderzyła go w ramię z lekkim uśmiechem - Serio, gbur!. - dodała.
- A ty zbok?!. - nabijał się z niej, nie sądził, że w tej mądrej głowie mogą być takie myśli. Sophie Hetfield, zaskakiwała go z dnia na dzień i był przekonany, że ma wiele jeszcze do pokazania.
- Oddaj mi mojego.... Mój deser!. - od razu poprawiła się, tak, żeby źle nic nie zabrzmiało, na co spojrzał na nią rozbawiony. Zjadł kilka łyżek i w zasadzie nie zagłębiał się w jego esencję smaku, tak był pochłonięty jej reakcją i tą rozmową. Wychodzili już powoli z tego głębokiego lasu, zmierzali do jego samochodu i mieli wrócić do hotelu. Żarciki i drwiny ustąpiły, a na jej twarzy zagościła powaga.
- Czasem nie mogę uwierzyć, że my zachowujemy się, jak dobrzy znajomi - wyznała wycierając usta chusteczką.
- Uwierz mi też nie łatwo.
- I choć czasem dalej jesteś gburem, jakim byłeś...- zaczęła.
- Wypraszam sobie - chrząknął, na co zaśmiali się.
- Chcę powiedzieć, że lubię bardzo twoje towarzystwo, choć nie przypuszczałam, że może to nastąpić - przyznała nieśmiało przegryzając dolną wargę. Przełknął ślinę na te wyznanie, nie miał pojęcia, co odpowiedzieć i co o nim myśleć.
- Ku mojemu zaskoczeniu twoje towarzystwo też nie jest takie złe - odparł, choć to nie było prawdą, mógłby tak jeszcze wiele godzin z nią chodzić po tym lesie.
- Takie złe?. - spiorunowała go wzrokiem, na co uśmiał się ponownie - No tak, bo ty pewnie wolisz wysokie blondyny, z długimi nogami i wielkimi balonami!. - burknęła, choć uśmiechała się rozbawiona. Zarechotał z jej pomysłu, opisał idealny typ urody dziewczyn jej brata.
- To akurat był typ Willa - odparł podchodząc do niej, gdy sięgała już po klamkę od samochodu. Specjalnie nie odblokowywał zamków, na co odwróciła się z podejrzanym wzrokiem. Wyczuła osaczenie spowodowane jego bliskością. Rozszerzyła oczy zaskoczona i przyjrzała mu się.
- A twój to, jaki? - odważnie spytała się. Uśmiechnął się łobuzersko, na co przełknęła ślinę.
- Kto wie, czy nie stoi przede mną?. - odpowiedział. Przełknęła ślinę, a on czule odgarnął kosmyk włosów jej za ucho. Miał silną potrzebę to powiedzieć. Im dłużej, by to w sobie dusił, to mógłby nie potrafić już powstrzymywać się. Nazywał się wariatem, ale jej reakcja na to była warta. Zdecydowanie nie była blondynką, a na pewno nie była już wysoka, musiała unieść głowę, by spojrzeć na niego, co do biustu stwierdzał, że jest w sam raz proporcjonalny do jej ciała, czyli idealny, jak cała ona. Nogi nie były jakieś najdłuższe, jak u gazeli, zgrabne, szczupłe, które sprytnie na pewno nie raz mogły obejmować seksownie mężczyznę. Szlak!.
- Logan, otwórz drzwi, proszę- wydusiła spuszczając wzrok. Nie chciał, ale zgodził się. Po chwili spełnił jej prośbę, a dziewczyna mknęła do środka. Był pewien, że tego nigdy nie zapomni, nawet jeśli chciałby.
****
Siedział wieczorem na schodach u siebie przed domem. Odpalił papierosa i zaczął oddychać.
- Dalej pozostało ci palenie - usłyszał, a przed nim stała Sophie w białej luźnej sukience. Zjawiskowo wyglądała, zmrużył oczy, jakby chciał jeszcze bardziej jej przyjrzeć się i zapamiętać ten przyjemny widok. Nie potrafił odwrócić wzroku.
- Najwidoczniej - powiedział wypuszczając dym. Tylko ona, tak potrafiła mu przyglądać się, jakby chciała wyłapać każdą myśl, ruch i emocje, natomiast jego to nie raz krępowało.
- Poczęstujesz?. - zaskoczyła go tym pytaniem.
- Ty, raczej nie palisz - pokręcił głową.
- Ale teraz chcę - dosiadła się do niego.
- Denerwujesz się czymś?. - zapytał. Ludzie, którzy nie palą, a chcą zapalić zwykle wykazują się tym, że czymś się stresują, albo denerwują, takie myśli właśnie teraz miał.
- Dzisiaj jest piątek - wzruszyła ramionami - Cole, przyjeżdża - odpowiedziała mu w końcu na pytanie.
- Ohh - spojrzał na nią. Skinął głową i wyciągnął paczkę. Wzięła jednego do ust, po czym podał jej zapalniczkę. Odpaliła i zaciągnęła się sprawnie. Był pewien, że nigdy wcześniej nie widział czegoś tak seksownego, a to zwykłe palenie było.
- Marcel, czasami wyciągał mnie na papierosa w pracy, gdy denerwowałam się wszystkim - opowiedziała mu, a on zaśmiał się z niedowierzenia.
- Czemu tak się dziwisz?.
- Sophie Hetfield, nie powinna palić - pokręcił głową przecząco, na co zachichotała. Stuknęła go w ramię parskając.
- Baran - burknęła. Śmiali się jeszcze chwile - Chyba powinnam cię przeprosić za tamtą kawę na twojej koszuli - powiedziała z namysłem.
- Co do wtedy sądzę, że jesteśmy kwita zważając na tamtą twoją białą sukienkę - odrzekł, uśmiechnęła się kiwając głową.
- Pamiętasz, jaką miałam sukienkę - powiedziała zdumiona.
- Dużo rzeczy pamiętam - przytaknął głową. Pamiętał, jak za każdym razem jego serce przyspieszało swoje obroty, gdy tylko podchodziła do niego bliżej pod jakimkolwiek pretekstem, nachylała się nad nim coś opowiadając o pracy, jak oddech jego przyspieszył, gdy przytuliła się tak mocno do niego wtedy nad jeziorem i pamiętał, że chciał, aby tamta chwila trwała wiecznie - Nie jesteś chyba szczęśliwa z Colem - powiedział w końcu - Po prostu mówię to, bo nie każdy ucieka do sąsiada, by zapalić przed przyjazdem narzeczonego - wyjaśnił spokojnie. Popadła w lekką zadumę, jakby miała dylemat, co mu odpowiedzieć, spuściła wzrok w ziemie przy tym przygaszając końcówkę fajki.
- Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, a mam wrażenie, że w średniowieczu - odrzekła.
- To znaczy, że twoi rodzice?. - próbował sam odgadnąć, co ma na myśli.
- Tak, moi rodzice mnie sprzedali - zaśmiała się ironicznie, choć jemu nie było do śmiechu.
- Nie dosłownie oczywiście - sprostowała - Ale tak czuję się - dodała po chwili - Moja matka, uważa Cola za ideał - westchnęła.
- Czemu nie powiesz jej, co czujesz?. - zapytał. objęła własne ramiona
- Nie wierzę, Logan Jeffey, rozmawia ze mną o uczuciach - prychnęła rozbawiona, na co pokręcił głową - Bo mi nie uwierzy. Powie, że ja nie wiem, czego chce, że jestem rozpieszczona księżniczką tak, jak ty - mówiła, a on spojrzał na nią.
- Ja...
- Nie udawaj, że zmieniłeś zdanie - uśmiechnęła się, na co odwzajemnił ten miły gest.
- Co z nami dzieje się, Sophie?. - zapytał przełykając ślinę. Czy ona, w ogóle też odczuwała tę zmianę, co on?. Znów chwile zastanowiła się, a on cierpliwy, dał jej czas do namysłu. najpierw westchnęła i wzruszyła ramionami.
- Twierdzisz, że jestem księżniczką, ale chyba nim zdążysz się obejrzeć będę twoją księżniczką - wypowiedziała całkiem poważnie i smutno. Rozszerzył oczy w szoku, nie wierzy, że to słyszy od niej. Nie wierzył, że ona zdobyła się na odwagę - A ty moim... Może i niepoprawnym, ale - przełknęła ślinę i z trudem dokończyła - Księciem - dodała, wzdychając jeszcze raz - Z tym, że nasz finał raczej nie będzie z happy endem - skończyła z drżącym głosem.
- Sophie... -zaczął mówić i przysuwać się do niej.
- Muszę iść, Logan - wstała w pośpiechu i ruszyła przed siebie. Miał ją złapać, zatrzymać, ale zauważył również chyba, co brunetka, samochód zbliżający się do jej domu. Przetarł swoją twarz w dłońmi bijąc się z własnymi myślami.
18 Sophie:
Późnym wieczorem stała w kuchni krojąc sobie plaster sera. Nie była specjalnie głodna, ale chciała zająć czymś swoje myśli. Po co tak mówiła swojemu sąsiadowi?. Westchnęła ciężko, teraz będzie czuła się przy nim niezręcznie, pewnie zabrzmiała żałośnie. Nasłuchiwała, co chwilę rozmowę telefoniczną swojego narzeczonego, którą był pochłonięty z ekscytacją.
- Sophie!. - zawołał wesoło podchodząc od tyłu do niej, na co drgnęła - Wygraliśmy przetarg - powiedział.
- Ohh…To dobrze, Cole - mruknęła, spięła się czując, gdy jego ręce pełzały, jak węże po jej brzuchu.
- To świetnie, bardzo długo do tego przygotowywaliśmy - mówił, obsypując jej szyję pocałunkami. Jak tego nienawidziła, miała do niego wstręt, tym bardziej po ostatnim incydencie.
- Cole... Nie chcę - przeszkodziła mu odsuwając się, nalewając sobie wody do szklanki - Jestem zmęczona - dodała na swoje usprawiedliwienie słyszała w jego głośnie zawód.
- Dlatego, zrelaksuje cię - próbował ją zachęcić łapczywie ją obmacując. Zaśmiała się żałośnie w swoich myślach. Jeśli to nazywało się relaksem, co on z nią robił, to dziękowała bardzo.
- Cole proszę... Chcę iść tylko położyć się - znów próbowała odsunąć się, jednak przyparł ją do blatu bardziej swoim ciałem.
- Proszę, bądź posłuszna - szepnął niej do ucha spragniony jej. Całował ją po nim. Przełknęła ślinę. Była przekonana, że nie potrwa to długo, że wytrzyma tą chwilę. Kiwnęła głową.
- Jak wolisz?. - zaśmiał się krótko - Od tyłu, czy z przodu?. - zapytał. Czuła w tym momencie upokorzenie i zażenowanie. Spojrzała na chwile w ciemne okno, gdzie odbijały się ich ciała od światła. W ogóle nie pasowali do siebie, czemu na to wszystko pozwoliła?.
- Od przodu - wykrztusiła w końcu. Odwrócił ją do siebie z uśmiechem. Pogładził ją po twarzy.
- Nawet z wyczuciem - pomyślała, spoglądając na niego. Czuła, jak wplątał palce w jej włosy i w końcu przycisnął ją do siebie całując.
- Oddaj mi pocałunek, Sophie - poprosił, najwyraźniej wyczul, że ona nic nie robi, tylko stoi jak słup. Serio, dziwił się jej?, czemu w niej nie można było wydobyć jakiegokolwiek zaangażowania?. Zmusiła się do odwzajemnienia tego miłego gestu, który bynajmniej powinien taki być. Mruknął z przyjemności chwytając ją za pośladki, na co stęknęła z nieprzyjemności. Uniósł ją do góry i przetransportował ich na stół, który stał w tym samym pomieszczeniu. Podwinął jej sukienkę do góry i położył ją, nawet wygodnie. Całował ją zachłannie po szyi i biuście. Mogła już odliczać sekundy. Wydobyła z siebie krótki dźwięk, gdy wdarł się w nią brutalnie. Dusiła się od jego pieszczot, ale powiedziała, że nie będzie płakać. Sama zgotowała sobie ten los. Starała się myśleć, o czymś miłym tylko to jej pomagało. Przez jej myśl przemknął Logan Jeffey, gdyby jego teraz wyobraziła.
- Zaraz, stop! - krzyknęła na siebie w myślach. Właśnie współżyje ze swoim narzeczonym, a myśli o drugim to nie dopuszczalne, nie dla niej. Nawet po miłych chwilach spędzonych z Loganem, nie miała prawa, o nim myśleć.
- Pięć... Cztery - szepnęła bardzo cicho do siebie - Jeden - dokończyła w myślach, słysząc ostatnie stękniecie mężczyzny. Wysłuchiwała w jego dyszenie, a w końcu podniósł się z niej. Odetchnęła z ulgą, że już po wszystkim i sama podniosła się poprawiając ubranie.
- Kocham cię, Sophie - przetrzymał ją przytulając do siebie. Nic nie odpowiedziała tylko położyła głowę na jego ramieniu kompletnie pozbawiona życia. Patrzyła przed siebie smutno - I jeśli ci zależy moglibyśmy spróbować... Starać się o dziecko - powiedział dość miękko.
- Że co?. - pisnęła z wrażenia odsuwając się od niego. Miała nadzieję, że właśnie przesłyszała się.
- Wiem, że chcesz Sophie, jeśli to cię uszczęśliwi, to dam ci je - wyjaśnił łagodnie i wesoło gładząc ją po policzku.
- Co?!. - powtórzyła.
- Sophie - popatrzył na nią zirytowany.
- Nie, Cole... Nie chcę dziecka - powiedziała w końcu oburzona. Jak mógł jej to proponować wiedząc, jakim jest człowiekiem. Całe szczęście, że pamiętała o tabletkach to dla niej było być, albo nie być. Nie mogła z nim mieć potomka.
- Ohh… Myślałem.
- Nie, Cole... I nie wracajmy do tego - powiedziała pochmurna, schodząc ze stołu.
- Na co tak gniewasz się?. - zawołał za nią - Dobrze... Nie to nie - złapał ją przy schodach i spojrzał na nią poważnie - W sumie dla mnie i lepiej. Nie będę musiał z nikim tobą dzielić się - powiedział zadowolony. Pokręciła głową z niedowierzeniem.
- Samolub i egoista - burknęła zła.
- Być może, ale to temu, bo zależy mi na tobie - wyjaśnił jej zdecydowanie.
- Właśnie widzę - parsknęła.
- Chodź zaniosę cię - zaproponował.
- Cole, sama dojdę!. - zaprotestowała, gdy on już ją chwytał. Wbiegła po schodach w pośpiechu, by przestał ją dotykać.
- Wątpię, że sama - zaśmiał się, mając zbereźne myśli obserwując jej pośladki, na co pokręciła głową przecząco. Gdyby on, wiedział, że żadnej satysfakcji i przyjemności nie ma z nim uprawiając seks. Wolała do tego nie przyznawać się. Wszedł za nią do ich sypialni.
- Idę kąpać się - oznajmiła - Sama - uprzedziła, gdy zauważyła, że coś chce powiedzieć. Uniósł ręce na gest poddania.
- Dobra, dobra - westchnął, kładąc się łóżko.
W wannie mogła w końcu zrelaksować się. Jak mógł jej proponować dziecko?. Wciąż tym była oburzona. Już wolała mieć dziecko z Loganem, który jest potencjalnie jej wrogiem niż z tym człowiekiem. Znów myśli o nim. Nazywała się żałosną w tym momencie i bardzo głupią. Logan Jeffey, nigdy na nią nie zwróci uwagi, ponieważ nienawidzi jej rodziny, może i wciąż i samej jej, a po za tym była przekonana, że nie jest w jego typie. Pamiętała go za czasów młodzieńczych, był atrakcyjnym, napalonym podrywaczem wraz z jej bratem i resztą przyjaciół. Teraz był bardzo przystojnym mężczyzną, z którym każda chyba kobieta poszła do łóżka, aż po części im zazdrościła. Westchnęła smutno i spojrzała na znikającą się już pianę.
- Tobie księżniczko, nie będzie happy endu - mruknęła po cichu do siebie zamykając oczy pragnąc, by jakimś cudem utopiła się w tej wannie.
Niedzielny poranek już dodawał jej otuchy i motywacji. Dziś Cole Cervantes, wyjeżdżał w końcu na Florydę. Bała się, że w końcu będzie i ją chciał tam sprowadzić, co może być nie uniknione, ale będzie walczyła o to by, zostać tutaj. Stała na werandzie z kubkiem w rękach, jej narzeczony akurat zanosił walizkę do samochodu. Nie mogła doczekać się aż do pięciodniowej wolności, cieszyła się, jak dziecko na gwiazdkę zimową nocą. Co chwilę ukrytkiem zerkała na podwórku Jeffeyów. Przełknęła ślinę, widząc akurat Logana palącego papierosa na schodach. Wołał Liama, widocznie czekał na swojego syna i gdzieś jechali. Pragnęła być teraz z nimi. W końcu dostrzegł ją i ich spojrzenia spotkały się razem. Uśmiechnęła się smutno, odwzajemnił tym samym, nie spuszczając z niej wzroku, co ją trochę speszyło, więc odwróciła wzrok. Jej wierny przyjaciel biegał, co chwile wokół jej kolan, po chwili usłyszała wołanie Cola, więc zmusiła się do uśmiechu aż, w końcu pojawił się w drzwiach.
- Będę tęsknił - powiedział przysuwając się do niej. Skinęła głową, chwycił ją za dłoń, a ona podeszła do niego bliżej. Pocałował ją mocno w policzek i zaciągnął do domu.
Logan.
Poczuł niezwykłe uczucie zazdrości, gdy stała wraz z narzeczonym pod jej domem. Wydawała się smutna, a może to jemu tylko wydawało się. Z ostatniej rozmowy mógł odczytać, że nie jest zadowolona ze związku z Colem, to dlaczego z nim, była?. Może lepiej byłoby, gdyby to z nim... Przerwał tą myśl. To było ostatnie, czego chciał, ona była zakazanym owocem. Nawet, jeśli zakazane owoce smakują najlepiej, on jej nie spróbuje. Szkoda, że nie mówił tego tak ostatnim razem... Wszedł do swojego biura, gdzie ona już była pochłonięta klikaniem w laptopie.
- Dość wcześnie - mruknął.
-Tak... Nie chciało mi się już siedzieć w domu - powiedziała neutralnie, nie odrywając wzroku od ekranu - Znów zawiesił się internet - burknęła zirytowana odkładając laptop i podniosła się.
- Coś się stało?. - zapytał, zatrzymując ją przy drzwiach.
- Nie... Niby, co miało się stać? - zapytała z ironicznym uśmiechem.
- Wydajesz się zdenerwowana - zauważył.
- Wydaje ci się - powiedziała, odwracając wzrok znów pokonując krok do drzwi - Idę zapalić z Marcelem, idziesz?. - zapytała.
- Dopiero...
- Jak chcesz - machnęła ręką i wyszła.
- Poczekaj!. - zawołał, zdziwiony jej zachowaniem, ale też zaintrygowany. Tak, jak mówiła skradała się ze starszym mężczyzną przy tylnym wejściu do hotelu. Był pochodzenia Australijczykiem, złoty blondyn, ciemniejsza, słodka karnacja i niebieskie oczęta. W młodości pewnie łamacz serc, ale z tego, co wiedział był szczęśliwym mężem i ojcem, a nawet zaraz miał być i dziadkiem po raz pierwszy.
- Marcel, Logan dziś dołączy do nas - oznajmiła mu z lekkim uśmiechem.
- Panie dyrektorze - kiwnął głową z uprzejmością. Paliła papierosa zwyczajnie przed nim. Wychodziły mu marne próby rozgryzienia jej.
- Jesteś niezastąpiona - odezwał się radośnie Marcel wypuszczając dym, a zaraz popił z kubka kawy, którą pewnie nie dawno dostał.
- Taaa... - chrząknęła.
- Co się dzieje, dziecino?. - zapytał kobietę zmartwiony.
- Szkoda słów, Marcel - odparła beznamiętnie.
- Zły weekend?. - domyślił się.
- Taki, jak zawsze, do dupy - burknęła i znów zaciągnęła się.
- Sophie i takie słownictwo?. - wtrącił się dyrektor hotelu.
- Bo to takie nie pasujące do Sophie, co?. - fuknęła do niego i zagasiła fajkę wracając do środka. Popatrzył z pozostałym towarzyszem, który pokręcił głową.
- Nawet nie wie, pan, jak myli się o naszej szefowej - powiedział z uśmiechem.
- Najwidoczniej - przyznał mu racje i zaraz również wrócił do środka.
- Mógłbyś sprawdzić, co z tym Internetem?. Muszę odpisać na kilka meili - zapytała.
- Może idź do domu?. Odpocznij. Ja wszystkim zajmę się - próbował jakoś jej pomóc.
- Nie mam ochoty siedzieć w domu!. - krzyknęła na niego, na co rozszerzył oczy. Przecież nic nie zrobił, a ona tak po prostu rzuciła się na niego.
- Nie musisz krzyczeć - odparł z chłodem w głosie.
- Baran - burknęła.
- Słuchaj to, że nie masz humoru, nie masz prawa na mnie wyżywać się!. - uniósł na nią głos, na co wzdrygnęła się. Przez chwilę dostrzegł strach w jej oczach, na co przełknął ślinę. Odwróciła wzrok i znów stała się tą Sophie z dnia pierwszego gdy spotkali się.
- Tylko poprosiłam, żebyś zobaczył ten przeklęty serwer!. - warknęła idąc do drzwi.
- Jesteś zdenerwowana na Cola i przekładasz to na mnie?. Na pracę?!. - oskarżył, chwytając za zgięcie w łokciu.
- Nie wtrącaj się nie w swoje sprawy, Jeffey!. - upomniała groźnie. Mając blokadę nigdzie nie mogła uciec. Nie zamierzał jej puścić, dopóki nie dowie się całej prawdy, o ile to możliwe było.
- To znów przechodzimy na nazwiska?!. - parsknął - Jeszcze nie dawno mówiłaś coś, o happy endzie!. - przypomniał jej. Nie powinien tego wypominać widział w niej zmieszanie na jej twarzy. Pokręciła głową z niedowierzeniem.
- Którego nigdy nie będzie!. - wykrzyczała rozłoszczona. Jej lice robiły się różowe - Oh… Puść mnie!. - zażądała, wyrywając się. Stali twarzą na przeciw siebie, wyczuwając elektryzujące spięcie. Wpatrywał się w jej cudną twarz i pokręcił głową.
- Jesteś, taka sama, jak matka, jak ci coś nie podoba się jedziesz po tym, jak szmata! - wycedził przez zęby. Oczy otworzyła szerzej z zaskoczenia. Ze złości, jaką w sobie miała uderzyć, jednak przechwycił jej dłoń zaciśniętą w pięść i
przyciągnął ją jeszcze bliżej siebie.
- Uważaj na słowa, Jeffey - zastrzegła go surowo, próbując się wyswobodzić, jednak był silniejszy, na co zmarszczyła brwi gniewnie patrząc się na niego. Złość się w niej ulatniała, aż miała wrażenie, że w końcu wytrzeźwiała. Miał racje, nie potrzebnie na niego wyładowywała się, ale teraz to, co on o niej powiedział, zranił ją. Próbowała powstrzymać łzę, którą wypuściła na wolność i chyba to dostrzegł, ponieważ rozluźnił chwyt
- Bo?. - wymamrotał zdziwiony i nie nadążający za obrotem tej akcji.
- Będziesz żałował do końca swojego życia - odparła mu cofając się.
- Sophie...- zaczął zdając sprawę co powiedział.
- Daruj sobie - powiedziała chwytając za torebkę.
- Nie umiem hamować się przy tobie!. - krzyknął.
- Twój problem - chrząknęła idąc do drzwi.
- Sophie!. - powtórzył widząc, jak ignoruje go.
- Nie naprawiaj tego, Logan - westchnęła zatrzymując się przed otwarciem i odwróciła do niego głowę - To tylko jeszcze bardziej skomplikuje. Ja mam swoje życie, ty masz swoje i tak to zostawmy - mówiła stanowczo, a co jeżeli on może nie chciał tak tego zostawiać?.
- Jesteśmy wspólnikami - przypomniał jej.
- I na tym niech to się skończy - dopowiedziała i natychmiast wyszła zostawiając go bezczynnego. Opadł z wrażenia na biurko, jakby stracił wszelkie siły nie wiedząc, że ona na kuckach zsunęła się za drzwiami bezsilnie. Pociągnęła nosem przygnębiona i otarła jeszcze następne łzy. Nie płakała, tak szczerze od pogrzebu ojca. Co z nią działo się?. Co z nim działo się?. Założyła swoje włosy za uszy i próbowała wyrównać oddech. Osuszyła swoje lice i z trudem podniosła się próbując najciszej, jak się da odejść w końcu od tych drzwi.
***CDN***
Dodał/a: An Caroline w dniu 8-06-2019 - czytano 32 razy.
Słowa kluczowe: An Caroline

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Niepoprawny książę V"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)