NIE POZWÓL MI ODEJŚĆ ROZDZIAŁ VII

KACPER/

- Kacper, gliny! - wpadł nagle spanikowany Jurek i zaczął wrzucać cały nasz zapas broni do torby podróżnej. Nie było czasu na wyjaśnienia, tylko pomogłem mu pakować. Zająłem się też naszą forsą, bo nigdy nie wiadomo czego chcą i co będą przeszukiwać. - Przez okno - kazał i je przede mną otworzył. Wypchnąłem wszystko, a zaraz rozległo się rytmiczne pukanie. - No ruszaj. - Wypchnął mnie, a ja upadłem plecami na trawnik, czekając aż Jurek zamknie okno. Teraz już nastała cisza. Mam nadzieję że sobie tam poradzi.
Przeszedłem pod oknami i musiałem jakoś dostać się do samochodu który stoi na podjeździe. Spojrzałem ostrożne w okno które miało wgląd do pokoju. Kręciło się dwóch gliniarzy w mundurach, a ja byłem pewien że na tym się nie skończy. Przeszedłem wolno i ostrożnie do swojego samochodu wepchałem torbę na boczne siedzenie, po czym sam wsiadłem i od razu odpalając, wycofałem i przybierając szybkość, zmyłem się stąd. Na pewno mnie usłyszeli, ale też jak ruszyli, nie są w stanie mnie dogonić.
Po dwudziestu minutach zatrzymałem się gdzieś na obrzeżach miasta, bo zawrócić nie mogę, nie mam pojęcia co tam się dzieje. Może zastawili pułapkę z nadzieją że wrócę? Wyłączyłem komórkę, bo tak mogą mnie namierzyć, a z tym też byłem zmuszony wyjąć kartę, po czym złamałem ją na pół, bo tylko tak traci wszelką łączność. Póki jestem jeszcze sam, postanowiłem jakoś zabezpieczyć swój towar przed niechcianymi sytuacjami. - Wysiadłem, wziąłem forsę z dwoma dodatkowymi pistoletami, po czym otworzyłem bagażnik. - Nie jest łatwo się do niego dostać, bo w nim wożę różne rzeczy przydatne do obrony własnej. Mam wbudowane trzy ścianki które trzeba umieć otworzyć. Z pozoru bagażnik jak każdy inny, ale jak się odegnie blaszkę, przesuwa dno i mam drugą półkę bagażnika. A trzecia? Trzecia ciągnie się bardziej do przodu za siedzenie mojego pasażera. Z racji tego że to nie jest samochód osobowy, tylko wyścigowy, zbędne są te siedzenia tylne, więc mam tylko dwa na przodzie. - Forsa była bezpieczna, zablokowana, teraz broń. Jeden mam przy sobie, to zawsze, i tym razem napełniłem magazynek na w razie czego, bo czeka mnie tu noc i nie wiadomo kto się nadarzy. Broń poszła na drugą półkę, a kiedy wszystko pozamykałem, i jak ktoś otworzy mój bagażnik, widzi tylko parę śmieci, apteczkę we wszystko wyposażoną i... O, moja koszulka. Szukałem jej w domu. - Włożyłem broń za pasek i zamknąłem bagażnik, z powrotem wsiadając do samochodu. Zapowiada się długi czas samotności...

Nastał późny wieczór, a właściwie to chyba już noc. Przysnąłem oparty głową o kierownicę, a przebudził mnie jakiś warkot samochodu. Rzeczywiście jak podniosłem wzrok, oślepiało mnie jakieś światło, ale zaraz przyszło wyjaśnienie. To nie jakieś światło, tylko światło przeciwnego samochodu które stoi na wprost mnie. Koleś za kierownicą nie był sam, miał kolegę, a potem jeszcze zawarczał inny wóz i oślepił mnie po skosie. No świetnie... Byłoby za spokojnie zostać tu zupełnie sam. - Obserwowałem ich, a zaraz wyszli z wozów i obeszli mój, oglądając go dookoła. Kiedy przeszli na tyły, sięgnąłem ręką blokując swoje drzwi, by nie dali rady otworzyć ich z tamtej strony. Nie mam pojęcia co to za typy, a ich wozy to tak samo fury to wyścigów ulicznych. Byłem nawet prawie gotowy do przekręcenia kluczyka w stacyjce, by zwiać w razie czego, bo nie chcę teraz żadnej zadymy.
- Ej - jęknął jeden z nich pojawiając się przy mojej bocznej szybie. - Coś ty za jeden? - Milczałem, a zaraz drugi, słyszałem że dobiera się do otwarcia bagażnika. Musiałem coś zrobić i byłem gotów, a wtedy ten przy mnie wyjął broń. - Wysiadaj. - Wahałem się, trochę bałem bo ich jest trzech, więc może być problem.
Otworzyłem swoje drzwi, a gość cały czas trzymał mnie na muszce.
- Otwórz bagażnik – kazał.
- Nie.
- Otwieraj.
- Nie - upierałem się, a zaraz ten przy bagażniku wyjął zza siebie kij do bejsbola, po czym przywalił nim w mój bagażnik. - No co ty robisz?! - wydarłem się, dopadają do niego, ale gestem zagroził ciosem na mnie.
- Otwieraj, bo nie przeżyjesz - docisnął mi pistolet do skroni, po czym nacisnął spust, ale jeszcze nie strzelił. Kątem oka zauważyłem że tamten trzeci pcha mi się do auta, więc migiem sięgnąłem po swoją broń zza paska spodni i też nie byłem miło nastawiony. Nie mieli wątpliwości że działam sam jako krętacz podobny do nich, więc zaczęła się walka.
Wykonał na mnie ruch kijem i oberwałem w brzuch, ale potrafiłem się wybronić, a jednemu przestrzeliłem bark, więc opadł i już się na mnie nie rzucał. Został ten z pistoletem, tak samo do mnie strzelał, ale pudłował, bo chowałam się za samochodem. Dostałem się do środka, waląc przy tym tego trzeciego że wypadł z mojego wozu i wtedy z piskiem opon ruszyłem przed siebie. Jednemu z nich udało mi się strzałem przebić oponę, ale był jeszcze drugi, który nie darował, tylko mnie gonił używając przy tym swojej broni. Moja wyścigówka przybrała dużą prędkość, ale jego też była spora. Za wszelką cenę chciał mnie zniszczyć i robił to od tyłu uderzając bokiem w moją furę. No super. Znowu będę musiał remontować i lakierować...
Przeważał, do czasu aż nie pojawiliśmy się na żwirowni. Tu nie było mu tak łatwo, bo suwał się kołami na boki, ja też, ale przynajmniej nie dał rady ocierać się o mnie. W końcu coś się z nim stało że zniknął z pola mojego widzenia. Nie dość że noc, nic nie widzę tylko to co przede mną oświetlają światła wozu, to jeszcze on coś kombinuje. Sam ucichłem, wyłączając światła i starałem się słuchać. Gdzieś tam za mną osypywał się piasek, aż w końcu góra zaczęła opadać, a najgorsze jest to że na mnie i jak się nie ruszę, nigdy stąd nie wyjdę. Osypujący się żwir zdążył nakurzyć mi na pojazd, ale mknąłem i w końcu ustał, ale też pojawił się rywal. W coś przywaliłem bo poczułem zgrzyt swoich bocznych drzwi, a przede mną urwisko przed którym drewniane ogrodzenie.
Przeciwnik tuż za mną, więc miałem mały plan. Rozpędzony prułem w kierunku przepaści, aż kiedy było naprawdę blisko skręciłem w bok, zrobiłem kółeczko tym samym pojawiając się za swoim rywalem i choć zatrzymał się przed ogrodzeniem, miałem go w garści.
- Wybacz wóz - jęknąłem żałośnie i całą siłą samochodu, walnąłem maską w tył przeciwnika, pchając go do przepaści. Poszedł trzask i się stoczył. Nie przeżyje tego, bo urwisko jest zbyt duże, ale przynajmniej mam go z głowy. Opuściłem to miejsce znajdując inny postój. Nie życzę sobie więcej takich niespodzianek.

Nastał świt. Byłem głodny, ale jak tylko ludzie zaczęli otwierać knajpy, podszedłem do najbliższej budki z jedzeniem i wziąłem na wynos hot-doga, podwójne frytki i dwie puszki coli, po czym wróciłem do samochodu, zajmując się swoim szybkim śniadaniem. Po tym musiałem zatankować i w końcu skontaktować się z Jurkiem. Rozmieniłem pieniądze tak by były złotówki, bo jak inaczej skorzystać z budki telefonicznej? Wystukałem numer kumpla i czekałem aż odbierze.
Przy okazji zerkałem czy nikt podejrzany nie kręci się wokół mojego wozu.
- Słucham.
- Jurek? Co tam się dzieje?
- Kacper? Gdzie ty jesteś? - ściszył ton. - Ani mi się wasz pokazywać w domu.
- Co jest?
- Namierzyli nas.
- A co z tobą?
- Jestem u kumpla. Mamy przerąbane.
- Puścili cię?
- Kazali stawić się dzisiaj na komisariacie, ale się ukrywam. Co zrobiłeś z telefonem? Dzwoniłem.
- Złamałem kartę.
- Całe szczęście. Mieli twój numer.
- Okej, ale co teraz?
- Wynajmij sobie coś.
- Jak? Mam wóz pełen forsy i broni. Ktoś mnie w końcu zechce przeszukać.
- Gdzie jesteś?
- A bo ja wiem... Chyba po drugiej stronie miasta. Czekaj. Znowu ktoś się kręci - jęknąłem patrząc jak ktoś węszy przy moim samochodzie. - Kupię kartę i zadzwonię do ciebie z nowego numeru. Na razie - rozłączyłem się i ruszyłem w obserwowanym kierunku.
Nic dziwnego że samochód przyciąga uwagę, bo ma czym. Przez nocny pościg trochę zmienił swój wygląd, bo teraz jest pognieciony z każdej stronę, zarysowany, przednia szyba u góry pęknięta i cały wóz okrywa kurz ze żwiru.
- Coś nie tak? - spytałem patrząc na gościa, po czym otworzyłem drzwi wsiadając do środka. Tylko zmierzył mnie wzrokiem, ale odjechałem. Zawsze to samo dlatego nie cierpię zapuszczać się w takie miejsca miasta. Każdy ciekawy i najchętniej by wypytał co się takiego stało, jeszcze tylko brakuje bym natrafił na policję.

Udało mi się spokojnie ogarnąć z nowym numerem i oddzwonić do Jurka by kontynuować przerwaną wcześniejszą rozmowę.
- Ustalmy fakty - uznał. - Nasze mieszkanie na stówę przejęła policja, więc żadne z nas wrócić tam nie może. - Przerwał na chwilę. - Słuchasz?
- Tak. Myślę. Dlaczego się nami interesują? Ktoś coś powiedział?
- A mało tych gości co chcą nas sprzątnąć?
- Dobra, to ja zostaję tutaj, tak?
- Tak. Być może tam nikt cię nie znajdzie. Trzymaj się z dala od ulicznych kamer i tym podobnych radarów i wiesz.
- Wiem. Tylko mam mały problem z samochodem. W nocy się mną zainteresowali i musiałem się bronić.
- Coś ci zrobili?
- Oprócz siniaków, to nic, ale Sheryl ucierpiała mocno.
- Dobra. Dam ci adres warsztatu kumpla, tam się zgłosisz. Może tak być?
- Może.


LAURA/

Byłam w drodze do domu moich rodziców. Uznałam iść za radą Kacpra i w końcu powiedzieć prawdę. Nie mam pojęcia jak to przyjmą, chociaż mogę się domyślać, ale nie mogę dłużej tego ciągnąć. Chciałam się do niego rano dodzwonić, ale jego komórka od wczoraj milczy. Jeśli się nie odezwie, zawitam u niego sama. W końcu sam kazał do siebie dzwonić jak bym potrzebowała jego pomocy.
Dotarłam na miejsce i wysiadłam z taksówki płacąc mężczyźnie za przejazd. Stanęłam przed drzwiami i wahałam się by zapukać, ale po pewnym czasie musiałam to zrobić. Otworzyła mi mama, lekko się zdziwiła, ale też ucieszyła na mój widok. Przeszłam przez próg, a zaraz kobieta wstawiła wodę.
- Mamuś, ja tylko na chwilę.
- No nie wygłupiaj się. I tak rzadko wpadasz. Jak tam samopoczucie?
- W miarę. Tata w domu?
- No niestety nie. Pilna sprawa i musiał jechać. Coś się stało? Masz taką minę.
- Muszę ci coś powiedzieć - wyznałam poważne choć z nutą zawahania, ale to dlatego że się okropnie bałam.
- Co takiego? - mówiła krzątając się przy szafkach, a mnie to wkurzało. Herbata może poczekać, a zwłaszcza że na koniec pewnie zechce wyrzucić mnie z tego mieszkania i więcej nie pokazywać, bo puszczalskich raczej tu nie chcą oglądać.
- Usiądziesz? - spytałam w końcu. Spoważniała, wbiła we mnie wzrok, a kiedy puściłam łzy z pod powiek, wtedy się mną przejęła i podeszła by do siebie przytulić.
- Co się dzieje? - zaczęła czułym głosem. - Córuś, co się stało?
- Ja... - zaczęłam szlochając. - Zrobiłam coś bardzo strasznego.
- Co? - spojrzała na mnie. - Co takiego? O czym ty mówisz?
- Powiedziałaś żebym była w życiu szczęśliwa, prawda?
- To najważniejsze. Nie jesteś?
- Nie. Nie kocham Olafa. Nie chcę z nim być, mamo przepraszam.
- Ale co ty mówisz, dziecko?
- Wiem co czuję. Nie kocham go.
- Laura, ty jesteś zagubiona. Musisz się odnaleźć. Coś cię przerasta. Ciąża, prawda?
- Nie. Ciąża to jest akurat najpiękniejsze co mnie spotkało - mówiłam żałośnie, przecierając przy tym łzy. Kobieta po chwili podała mi pudełko chusteczek i zanim kontynuowałam, musiałam się uspokoić.
- Już dobrze. Nie płacz. To powiedz, dlaczego tak myślisz? Jak już będziecie mieli dziecko, trzeba wziąć ten ślub.
- Mamo, ale nie z Olafem. Błagam cię, zrozum.
- No chyba żartujesz. Będzie chciał je widywać. Musisz mu powiedzieć.
- Wcale nie.
- Dlaczego?
- Bo to nie jego dziecko - wyznałam popadając w ryk. Mamę wyraźnie to zaskoczyło, nie spodziewała się, i aż usiadła na krześle obok mnie.
- Coś ty narobiła? - pytała, niechętnie kręcąc głową. - Chociaż wiesz kim jest ojciec?
- Tak. Ma na imię Kacper. Mamo, ja nie będę szczęśliwa z Olafem. Błagam, pomóż mi.
- Ale jak? To nie jest takie proste. Załamie się.
- Przecież wiem, zawiodłam was wszystkich, ale to się stało tak nagle, sama nie wiem kiedy - mówiąc to z myślą o Kacprze, zaczęłam się rozpogadzać i to było zauważalne. - Kacper nie jest kimś przypadkowym, on szczerze mnie kocha. Olaf tak nie potrafi. Nie mogę z nim być.
- Teraz rozumiem skąd ta niechęć do ślubu - przyznała. - A zaręczyny? Co z tym zrobisz?
- Odwołam. Musiałam ci powiedzieć prawdę, bo nie umiałam być z tym sama.
- A ten chłopak - przytoczyła. - Jest chociaż odpowiedzialny? Ma jakąś pracę? Ile ma lat?
- Jest w moim wieku. Pracuje w warsztacie samochodowym, a przy okazji jeszcze dorabia. Jest bardzo odpowiedzialny. Nie wyrzekł się dziecka, nie namawia mnie do niczego, to był mój wybór, a ja nie mam wątpliwości że to właśnie jego wolę.
- W porządku - pogładziła mnie po ramieniu. - Będzie dobrze. Jakoś sobie poradzimy.
- To ty nie jesteś wściekła? Nie wyrzucisz mnie za drzwi?
- Ale kochanie, jesteś dorosła i na pewno wiesz co robisz. Widzę że jest dla ciebie bardzo ważny i mam nadzieję że to nie chwilowe zauroczenie.
- Nie - zapewniłam. - To jest to. Tylko w nim potrafię się odnaleźć. Tylko sytuacja wszystko komplikuje. Jak ja mogę to przerwać?
- Po pierwsze musisz porozmawiać z Olafem na spokojnie. To porządny chłopak, myślę że postara się cię zrozumieć. - Przytaknęłam, a zaraz kobieta zaparzyła nam tej herbaty.

Rozmowa z mamą to był trudny krok, a teraz będzie jeszcze trudniejszy. Muszę powiedzieć Olafowi. Zasługuje na prawdę i powiem mu to jeszcze dzisiaj. Zadzwoniłam do niego i poprosiłam żeby przyjechał jak najszybciej do mieszkania moich rodziców. Wykręcał się, bo ma pracę, ale zastrzegłam że to nie może czekać. Zjawił się, był trochę zdyszany i lekko zaniepokojony moim zachowaniem.
- To ja was zostawię - uznała mama i wyszła do pokoju. Bałam się, nawet nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy. To nie ma sensu. Nawet jak tu wszedł, nie przywitał się jakoś z uczuciem, nie pocałował. Gdyby to był Kacper, już dawno bym w nim tonęła.
- Laura, ty płakałaś? - zauważył. Zdjęłam z palca pierścionek i odłożyłam go na stół.
- Olaf, nie wyjdę za ciebie.
- Co? - zaśmiał się panicznie. - To żart?
- Nie. To jest moja decyzja. Ja wiem, powinnam od razu ci powiedzieć, ale nie potrafiłam.
- Dlaczego? Już mnie nie kochasz?
- Przykro mi. Jesteś naprawdę fajnym facetem i na pewno zawsze będziesz mi bliski, ale to koniec.
- Laura, to nie jest wyjaśnienie. Wytłumacz mi chociaż, dlaczego? Co się ostatnio zmieniło?
- Wszystko - podniosłam się wolno. - Nie pasujemy do siebie. Ty potrzebujesz takiej która będzie uwielbiała teatr, muzykę spokojną, poukładanego chłopaka... To nie jestem ja. Odnalazłam swoją drogę w życiu i chcę iść nią dalej.
- Masz kogoś - przyznał. - Kogo?
- Nie znasz. Proszę cię, rozstańmy się jak normalni ludzie. Wiem że to dla ciebie trudne, dla mnie też, ale pozwól mi odejść.
- Nie, Laura - nacisnął. - Nie zgadzam się.
- Olaf, nie utrudniaj nam tego.
- Nie tak łatwo. Zgodziłaś się za mnie wyjść i wyjdziesz.
- Nie możesz mnie zmusić.
- A ty nie możesz mnie zostawić! - wydarł się, po raz pierwszy na mnie krzyknął.
- Nie będę z tobą. Nie kocham cię. - Zdenerwował się i o mało mnie nie uderzył. Pierwszy raz widzę go takiego rozdrażnionego i nie mam pojęcia czego jeszcze się spodziewać. Walnął pięścią w krzesło przede mną i pośpiesznie wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi z impetem. No i mam za swoje. Czego ja się spodziewałam? Że jeszcze mi pogratuluje? Przynajmniej teraz czuję ulgę że nie muszę udawać, ale jeśli on sobie coś zrobi? Wiem jak mocno mnie kochał. Chyba... W sumie to nie za wiele okazywał swoje uczucia, ale skoro nie da mi odejść, to pewnie kochał. Teraz się to zmieni, bo mnie przez to znienawidzi, ale mu przejdzie. Kiedyś będzie musiał zapomnieć. Dobrze że nie wspomniałam mu o ciąży. Chyba by mnie tu rozszarpał, i tak chciał uderzyć. No właśnie, chciał mnie uderzyć i ja miałabym być z kimś takim kto by mnie bił? Może tylko udawał takiego spokojnego, a tak naprawdę to drań. Już zgłupiałam z tego wszystkiego.
Nowe łzy przetarłam chusteczką, a zaraz dołączyła do mnie mama i objęła dla większego poczucia bezpieczeństwa.
- Chciał mnie uderzyć - zawyłam. - Rozumiesz?
- Spokojnie. Nie denerwuj się, nie powinnaś.
- Mamo, a jak on będzie mnie dręczył?
- Co ty mówisz? Jestem pewna że nie.
- I tak się go boję. Mogę zostać u was na noc?
- No pewnie że możesz. Twój pokój wciąż czeka otworem. Tata się ucieszy.
- Mam prośbę - odchyliłam się. - Nie mów mu jeszcze o tym co się stało, dobrze?
- Dobrze. Zrobię ci coś do jedzenia.
- Okej. Pójdę zadzwonić do Kacpra - podniosłam się bezsilnie i przeszłam do pokoju wybierając numer chłopaka. W czasie przechodzących sygnałów panowałam nad łzami żeby już się nie wznawiały. Nagle w słuchawce coś takiego:
- "Nie ma takiego numeru. Nie ma takiego numeru. Nie ma ta... - rozłączyłam się.
- Jak to, nie ma? - jęknęłam próbując jeszcze raz i znowu to samo. Wczoraj jeszcze że niby jest poza zasięgiem, albo że ma wyłączony telefon, a dzisiaj że już nie ma takiego numeru? Co on wymyślił? A może mnie zostawił? To możliwe żeby tak rozkochał i porzucił? Chyba pod ziemię się zapadnę jeśli to okaże się prawdą. Nie zrobiłby mi tego, a może on wcale mnie nie kocha i przez cały ten czas udawał. O nie. Nie wywinie się, będzie płacił alimenty jeśli spanikował i tak mnie oszukał. Nie znam go tak dobrze jak bym chciała. Znam tylko dobre strony, a tych złych mi nie pokazał, ale na pewno je ma. Czego można się spodziewać po chłopaku który żyje od wyścigu do wyścigu? A może coś mu się stało? No ale z tego powodu numeru by nie zmienił. Na szczęście wiem gdzie mieszka i chyba jutro się tam pofatyguję, dzisiaj już nie mam na to sił.
Wróciłam do kuchni. Mama przygotowała mi kanapki bogate w warzywa które od teraz są mi niezbędne. Dużo przy tym rozmawiałyśmy. Pytała jaki jest Kacper i co razem zamierzamy. Lepiej mi było jak mogłam się komuś wyżalić z tych wszystkich trudnych spraw. Oczywiście te o wyścigach zostawiłam dla siebie. Chociaż jak bym powiedziała, czuję że by zrozumiała, ale to by było za dużo jak na jeden dzień.
W końcu był wieczór i tata wrócił z pracy. Ucieszył się na mój widok, po czym objął, ale też zauważył że coś jest nie tak.
- Płakałaś?
- To... Nie.
- No przecież widzę. Masz czerwone oczy.
- Ostatnio się przeziębiłam i jeszcze jakaś alergia - skłamałam. - Nie przejmuj się. - Odpuścił, ale nie wiem czy tak łatwo uwierzył. Jeszcze jak zobaczy że nocuję tutaj, całkiem nabierze podejrzeń.

Po wspólnie zjedzonej kolacji zaczęła dzwonić moja komórka. Numer nieznany, więc mogłam spodziewać się tylko jednej osoby, więc odeszłam od stołu z przekonaniem że to Karlo. Nie chciałam by rodzice coś usłyszeli.
- Halo.
- Laura, to ja - kiedy to usłyszałam wśród jakiegoś gwaru, o mało mnie z nóg nie zwaliło i od razu przeszłam do swojego dawnego pokoju.
- Kacper? Co się z tobą dzieje...
- Nie mam dużo czasu - mówił przez szybko oddech. - Chcę ci powiedzieć to co najważniejsze. Kocham Cię. Nie mam pojęcia co się jeszcze wydarzy, ale postaraj się być silna i nie zapomnij zawsze będę przy tobie.
- Ale co ty gadasz? - przerwałam lekko panikując. - Gdzie ty jesteś? Nie mogłam się do ciebie dodzwonić.
- Tamten numer jest nieaktywny. Mam kłopoty. Jak przeżyję, zabiorę cię ze sobą.
- Ale co się dzieje? - słyszałam tylko piski opon, jakieś strzały i chłopak co jakiś czas zaklął w panice. - Kacper, co tam się dzieje? Ty masz jakiś wyścig?!
- Skarbie, nie teraz. Odezwę się. Kocham cię - rozłączył się. Co to miało być? Mówił tak jakbyśmy mieli się nigdy nie zobaczyć. W co on się wpakował? Co to za kłopoty o których wspomniał? Nie chcę żeby coś mu się stało. Teraz przynajmniej wiem że nie zostawił mnie specjalnie, tylko miał jakiś powód, ale ja wierzę że wróci.

--------------------------------
Na długo się rozstali? Dowiecie się tego w następnym rozdziale :)
Dodał/a: Żan w dniu 8-01-2017 - czytano 855 razy.
Słowa kluczowe: Laura Kacper kryminał ciąża rozstanie Żan

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "NIE POZWÓL MI ODEJŚĆ ROZDZIAŁ VII"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)