NIE POZWÓL MI ODEJŚĆ. Sezon 3. ROZDZIAŁ TRZYNASTY

KACPER/

Widziałem Ją. Stała w białych promieniach i wyciągała do mnie rękę. Jest taka jak na zdjęciach. Podniosłem się, podchodząc do Niej. Uśmiechała się. Sam zacząłem sięgać, by dotknąć tej dłoni. Udało mi się. Była taka delikatna. Wciąż się uśmiechając, objęła mnie ciepło. Czułem się naprawdę szczęśliwy i bezpieczny. Objęcia mamy tuliły mnie cały czas, aż w końcu nawet coś szepnęła.
- Kocham Cię, synku...
Zamknąłem oczy. Czułem że lecą mi łzy. Powiedziała to realnie, lekkim głosem. Takiego jeszcze nie słyszałem.
Puszczała mnie. Odchodziła, a ja smutniałem. Chciałem biec za nią, znowu dotknąć, by została...
- Nie! - wydarłem się, zrywając z poduszki, w pozycję siedzącą. Byłem okropnie zmęczony tym snem. Czułem na sobie pot, a na twarzy rzeczywiście łzy.
- Co ty robisz...? - ocknęła się Laura, patrząc na mnie zdezorientowana.
- Sen - sapałem ciężko. - Tylko sen...
- Koszmar?
- Nie - z powrotem się położyłem. - Mama.
- Co...? Za dużo na noc czytałeś.
- Która godzina?
- Czwarta.
Już nie dałem rady zasnąć ponownie. Sen był taki realny, że jeszcze czuję dreszcze.
O szóstej rano już nie mogłem w łóżku. Wstałem, Laura spała. Włożyłem spodnie, bluzkę i wyszedłem na zewnątrz. Dziadkowie zapewne też jeszcze śpią, ale to nie szkodzi.
Rzeźkie powietrze dobrze mi zrobi. Usiadłem sobie na schodach i spojrzałem przed siebie. Aleja kwiatów. Coś pięknego. Podobno moja mama uwielbiała je zbierać. Wyczytałem to z jej listów. Robiła z nich bukiety i układała do wazonów. Coś mi przyszło do głowy. A gdyby tak...
Zrobiłem bukiet jakiś tam, z kwiatów ogrodowych tych co tutaj są. Taki chłopski bukiet, bo nie znam się na tym, ale zadbałem by był wyględny. Przeszedłem do samochodu i o tej wczesnej godzinie pojechałem na cmentarz. Ten bukiet ułożyłem na środku nagrobka. Drugi raz już odwiedzam to miejsce. Pamiętałem drogę mniej więcej kiedy Karlo mnie tu przywiózł.
- Chciałem Cię przeprosić - zacząłem na głos, kierując słowa do mamy. - Przeprosić za to, że nie potrafiłem docenić, ile dla mnie zrobiłaś. Mam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno i jeszcze dam radę jakoś to wszystko naprawić. Przynajmniej w małym stopniu.
Do domu dziadków wróciłem jakoś po dziesiątej. Wchodząc do domu, Laura z moją babcią, jadły śniadanie.
- Gdzieś ty był? - dziewczyna odetchnęła. - Już myślałam że coś się stało.
- Nic się nie stało - zająłem miejsce przy stole. - Byłem na cmentarzu.
Obie wbiły we mnie wzrok, chociaż babcia uśmiechnęła się.
- To smacznego. Głodny?
- Bardzo.

Po południu postanowiłem zadzwonić do Karlo, spytać jak tam sprawy. Ciekaw jestem czy już coś wymyślił. Wyszedłem na zewnątrz, by może nie przy babci.
- Słucham - odezwał się. - Jak tam, zadomowiony?
- Miałeś rację, tęsknili.
- Wiedziałem. Zadowolony?
- Nie jest źle. A co się dzieje po drugiej stronie?
- Namierzamy Iva.
- Namierzamy? Jacy my?
- Mam znajomości.
- Słuchaj, od dwóch dni z Laurą jesteśmy w tych samych rzeczach. Mógłbyś jakoś to załatwić?
Westchnął.
- Oj, synu, synu...
Miło mi się zrobiło kiedy to powiedział. Nie nazywa mnie tak, ja nie jestem zwyczajny, więc to dla mnie nowość.
- Dobra, ktoś ci podrzuci w postaci paczki.
- Dzięki. Dzisiaj?
- Dzisiaj - zapewnił. - Twój dom jest obstawiony glinami. Mógłbyś stawić się tam u nich, pokazać się, bo w końcu dojdą do prawdy.
- Okej. Pokażę się, ale najpierw ubrania.
Rozłączyliśmy się. Kiedy spojrzałem za sobie, nadeszła Laura, obejmując mnie w pasie, rozkoszując się ciepłym powietrzem.
- Przyjemnie tu, co?
- Tak. Czuję się jak w domu.
Zaśmiała się.
- Jesteś w domu.
- No, może.
- Karlo dzwonił?
- Ja dzwoniłem do niego. Załatwi nam ubrania.
- O... - ulżyło jej. - Jak dobrze. Mam dosyć chodzenia w tym samym.
- Ja też. Chciałbym żeby już tak na dobre był spokój. Żeby cały świat się doczepił.
- Ostatnio narzekałeś że jest nudno.
- Nudno, ale nie marzyłem o aż takim zamieszaniu.
- Ułoży się.
Westchnąłem, a ona z uśmiechem uniosła przed nas swoją dłoń. Przej jej palce przedzierało się słońce. Zaraz zabrała rękę i ucałowała mnie gdzieś w szyję.
- Chodź na obiad - zachęciła. - Twoja babcia zrobiła coś specjalnego.

Jakoś po szesnastej rozbrzmiał dzwonek. Babcia się zdziwiła, ale otworzyła, jednak po pięciu sekundach sama mnie przywołała. Wstałem od zdjęć przeglądanych wraz z Laurą, podchodząc do drzwi. Mężczyzna wyglądający jak kurier, trzymał paczkę z kartonu. Nic nie musiałem mówić, tylko odebrać, no i dla zmyłki podpisać pustą kartę. Tylko że zamiast swojego podpisu, zostawiłem "dzięki". Karlo lubi być drobiazgowy, dba o każdy szczegół. Jego ludzie będą każdym kim od tylko zechce. Równie dobrze mógłby tu przyjechać normalny facet, dać rzeczy w reklamówce i już. Najwyraźniej Karlo nie idzie na skróty.
Z paczką wróciłem do kuchni, kładąc ją na stole.
- Rzeczy? - upewniła się dziewczyna.
- Rzeczy. Podaj nóż.
Rozerwałem nim taśmę, otworzyłem pudełko i zajrzałem. Rzeczywiście nasze ubrania, ładnie w kostkę złożone. Jest nawet bielizna Laury.
- Grzebał nam w regałach? - Chwyciła za to co jej.
- Pewnie tak. No cóż, cieszmy się że jest w czym chodzić.
Z uśmiechem odeszła. Marzyła by się przebrać. Na spodzie pudełka był mój garnitur. Dobrze że Karlo pomyślał w czym pójdę do pracy. Niby jestem zawieszony, ale muszę się pokazać.
Laura wyszła świeżo ubrana i odetchnęła. Sam zdążyłem włożyć koszulę, spodnie i wiązałem krawat.
- Ty wychodzisz?
- Muszę do biura. Nie zajmie mi to dużo czasu.
- No trudno - pomogła mi z krawatem. - Uważaj tam na siebie.
- Zostaniesz tutaj. Podejrzanym nie otwierajcie.
- Przecież wiem.
- To pa - cmoknąłem ją w czoło. - Na kolację może wrócę.
Puściła mnie już i minąłem się z babcią.
- A ty dokąd? - Patrzyła na mój wystrój. - Bardzo elegancko.
- Służba, babciu.
- No tak.
Zostawiłem je już. Szedłem chodnikiem do samochodu, a przechodząc przez jezdnię, widziałem na wycieraczce auta jakąś kartkę. Bym pomyślał że to mandat, ale parking jak każdy. Nie widzę żeby tu był zakaz. Chwyciłem za róg papierku, rozkładając kartkę. Ukazał się napis drukowanymi literami.
- "RESZTA W SCHOWKU"
Ulżyło mi, ale jaka reszta? Otworzyłem pojazd, przechodząc ręką do schowka przed pasażerem.
Broń. No i świetnie.
Ruszyłem drogą prosto do agencji tajnej służby, by nie martwili się już tak o mnie. Niestety po wkroczeniu na schody przed budynek, ochroniarz zagrodził mi przejście.
- Ja tu pracuję.
- Legitymacja.
Westchnąłem bezsilnie. Nie mam odznaki, wszystko zostało w domu, albo w biurze.
- Mogę najpierw wejść i zaraz pokazać legitymację?
- Czy ja wyglądam jak idiota? Legitymację proszę.
- Pracuję tutaj. Jak mam przekonać? Legitymację i resztę mam w środku.
Zamilkł, patrząc na mnie nie koniecznie miło.
- Dobra, moje nazwisko, Niewiadomski. Jestem tu agentem. Muszę wejść.
- Ja muszę widzieć legitymację. Przykro mi.
- A możesz jakoś zadzwonić i sprawdzić moją autentyczność słów?
- Jasne - uznał i sięgnął po sprzęt mówiący. - Wezwać wsparcie. Mamy intruza.
Zmarszczyłem brwi, przerywając mu zawiadomienie.
- Okej, okej! Luz. Już mnie nie ma.
Odłożył łącze, a ja się wycofałem. Jednak nie tak całkowicie. Kiedy zagadł się z kimś kto kolejny wchodził, skręciłem za róg. Rozejrzałem się w górę na okna. No do swojego biura stąd to się nie dostanę, ale do siedziby głównej...
Podszedłem do ogrodzenia, znalazłem odpowiednie miejsce i przerzuciłem ciężar ciała na drugą stronę. W garniturze trochę ciężko, ale za wszelką cenę dostanę się do środka. Choćbym miał nawet latać, wejdę tam.
Z rozbiegu wskoczyłem na zielony duży kontener, i z niego od razu złapałem się drabinki, która pod moim ciężarem opuściła się przy tym dość głośno. Zawisłem chwilę, czekając aż wszystko ucichnie. Chyba ktoś zechce sprawdzić, więc może lepiej jak mnie tu nie będzie. Podciągnąłem się z całej siły, rękoma po szczebelkach, było ciężko, ale jak doszły też nogi, wspiąłem się szybciej, znajdując na dachu. Stąd ruszyłem przed siebie, patrząc po oknach. Dobrze że pracownicy są zbyt zajęci, że nie widzą co ja wyprawiam.
Szedłem po tym dachu niższej dobudówki, a moje okno wciąż wysoko, a już drabinek brak, więc odnalazłem szyby centrali głównej. Miałem szczęście, bo akurat przy najbliższym komputerze pracowała Łucja – moja partnerka. Była zamyślona, ale zapukałem w szybę. Raptownie ocknęła się, łapiąc za klatkę piersiową. Odetchnęła po chwili, no i gestem kazałem jej otworzyć. Podeszła zdziwiona, a ja usłyszałem gdzieś na dole ochroniarzy. Dziewczyna w porę otworzyła jedno skrzydło, więc prześlizgnąłem się do środka, zaskakując z parapetu.
- Cześć.
- Cześć? Co ty tu robisz? Wszyscy cię szukają.
- Wiem - ogarnąłem się. Wszyscy na nas chwilę patrzyli, ale w końcu wrócili do swoich spraw. Łucja spoważniała całkowicie.
- Kacper, co ty wyprawiasz? Co się z tobą działo?
- Musiałem zwiewać.
- Wiesz jakie zamieszanie? Chcieli cię przesłuchać. Twój dom wygląda jak po napadzie.
- Szef u siebie?
- Tak, lepiej idź do niego.
Westchnąłem, ruszając tam od razu. Wciąż byłem lustrowany, ale ja z natury nie zwracam uwagi na tych którzy krzywo na mnie patrzą. Dążę i już.
Korytarzem przeszedłem do szefa gabinetu, ale niestety tylko pocałowałem klamkę, bo go nie było.
- Kurde - jęknąłem puszczając klamkę drzwi drewnianych.
Na korytarzu nikogo nie było, ale tam gdzieś z uchylonego gabinetu było słuchać czyjąś rozmowę. Podszedłem cicho, przysłuchując się, gdyż albo mi się obiło, albo mówią o mnie.
- Nie możemy mu dłużej ufać. Pamiętaj kim był.
- Nie istotne. Przysiągł służyć pomocą, więc damy mu jeszcze szansę.
- Tylko że go nie ma. Przepadł. Jak to wytłumaczysz?
- Nie wiadomo co tam się stało. Znajdziemy go i damy szansę na wyjaśnienia.
- Nie zgadzam się.
- Nie pan tu dowodzi.
- Złożę skargę. Żegnam.
Mój szef nagle otworzył drzwi. Zdążyłem odchylić się trochę, bo by na mnie wpadł. Zawahał się lekko.
- Zguba się znalazła. Gdzie byłeś?
Milczałem. On chce złożyć na mnie skargę? Wiem że za sobą nie przepadamy, ale mógłby traktować pracowników poważnie.
- No, proszę - odwrócił się do dowódcy z którym przed chwilą rozmawiał. - Nic mu pan nie powie?
- Zapraszam, agencie - uznał.
Minąłem mężczyznę, przechodząc przed biurko. Szef nie odszedł, dołączył do nas.
- Dobrze. Kacper, gdzie ty byłeś? Wszyscy cię szukają.
- Przepraszam. Musiałem uciekać. Ktoś zaatakował mi dom. Co miałem robić?
- Zgłosić się od razu.
- Jak? Dla bezpieczeństwa wolałem odczekać.
- Byłeś sam.
- Nie.
- To gdzie się zatrzymałeś?
- U babci. Tam by mnie nie znaleźli.
- To śmieszne - zakpił mój szef, przerywając rozmowę. - Chce mu pan uwierzyć? Na pewno był gdzieś między swoimi. Trzeba to sprawdzić.
Mężczyzna westchnął.
- Chcę porozmawiać z agentem na osobności.
- Słucham?
- Na osobności. Nich pan odwoła poszukiwania agenta N i zaczeka na dalsze informacje.
Facet zmierzył mnie wzrokiem i odszedł trzaskając drzwiami. Nie znoszę go. Wielce się rządzi, a zapomina że nad nim są jeszcze inni.
- Usiądź - prosił, więc zająłem spokojnie miejsce. - Wybacz zachowanie swojego szefa. Chyba wypił za mocną kawę.
- Ta, albo w ogóle.
- Przejdźmy do rzeczy. Na wolności więzień. Sam go puściłeś.
- Tak i chcę go teraz znaleźć. Niech mi pan pozwoli.
- Nie wiem, czy mogę. Złamałeś dużo wykroczeń.
- Dla dobra innych. W tym samolocie było mnóstwo niewinnych ludzi. Nie umiałem inaczej.
- Niech będzie. Tylko to cię trzyma, że działałeś w obronie. Nie chcemy zawieźć się na tobie.
- Przecież przysięgałem. Co jak co, ale jeśli coś obiecam, słowa dotrzymuję.
- Wiem, wierzę. Jesteś bardzo dobrym agentem, wiesz co masz robić, rozwiązałeś dużo spraw, więc jesteśmy wdzięczni.
- Czyli mogę wziąć tą sprawę?
- Weź. Znajdź drania i uziem. Chcesz kogoś do pomocy?
- Mogę sam wybrać skład?
- Kogo masz na myśli?
- Jurka Maślaka. Wszystkie ważne sprawy rozwiązywał ze mną.
- To jakiś agent?
- Nie. Były więzień, ale zaufany.
Westchnął i już dał mi wolną rękę.
- Byle bym dostał potwierdzenie że Iwanowicz jest w pudle.
- Tak będzie - zapewniłem wstając. - Nie zawiodę.
Odetchnąłem. Dobrze że wyjaśniłem to z dowódcą, nie ze swoim szefem, zleceniodawcą. Mógłbym w trakcie nie wytrzymać i kolejny raz przywalić mu w nos, a tego bym nie chciał.

LAURA/

Przerzucałam się z boku na bok. Ciężko tak zasnąć w obcym miejscu, w dodatku jeszcze sama, bo Kacper jak po czwartej pojechał, tak jeszcze go nie ma, a dochodzi północ. Myślałam że się wścieknę. Jest tak cicho, a mnie po głowie chodzą durne myśli. Kacpra mama nie żyje, a ja zasypiam w jej pokoju, na jej łóżku, po ciemku... Boję się trochę i aż mam ciarki na samą myśl. Teraz sama się straszę, ale taka jest prawda. Że też Kacper musiał akurat na noc zostawać. Może zaraz wróci...
Coś mi szelestnęło. Odruchowo wbiłam wzrok w okno, przez które wchodzi jasne światło księżyca w pełni. Tak jakby suchy liść ocierał o drugi liść, ale przecież widzę że nic tam nie ma. Szelest powtórzył się. Momentalnie zarzuciłam kołdrę na całą siebie. Może to głupie, jestem dorosła, ale teraz mam cykora.
Trzeci raz! Tego już za wiele!
Podniosłam się gwałtownie, wychodząc z tego pokoju jak najszybciej. Przeszłam do kuchni, w której odetchnęłam, bo teraz czuję że jestem cała mokra od potu. Nie zaświecałam dużego światła, tylko to niewielkie nad okapem. Biorąc za szklankę, nalałam sobie soku z dzbanka i usiadłam sobie wolno na krześle przed stołem. Mam na sobie bluzkę na ramiączkach i krótkie spodenki za uda, więc teraz dopiero poczułam że pot znika i robi się chłodniej.
Wzięłam łyka. Tutaj mi jakoś lepiej, niż w tamtym pokoju samej. Pewnie te odgłosy, to moja fanaberia, ale wolę być z dala.
Nagle cichy zgrzyt kluczem w zamku. Jak dobrze że już wrócił... Chłopak starał się być cicho by nie budzić reszty. Zrzucił buty, po czym zsuwając marynarkę, zatrzymał się na mój widok. Machnęłam mu ręką na przywitanie, ale i tak podszedł, dając mi całusa w prawą skroń.
- Nie śpisz? - szepnął, po czym też zajął miejsce przy mnie, na drugim krześle.
- Jakoś nie mogę. Co tak długo?
- Trzeba było obgadać kilka spraw. Coś się działo pod moją nieobecność?
- Nie. Kompletnie.
- To dlaczego nie śpisz?
Bez słów spojrzałam na niego. Mam powiedzieć że boję się zmrużyć oczy w pokoju jego zmarłej mamy? Że liście mnie straszą? W zamian tego przybliżyłam się, składając czoło na jego ustach.
- Ej... - rozczulił się nade mną. - Co jest? Co się dzieje?
- Nic...
- Przecież widzę - mówił, wciąż mając wargi przy moim czole. - Co?
Objęłam go jeszcze w pasie, całkiem wchodząc nawet do chłopaka na kolana. Zaśmiał się cicho i przeszedł oddechem do mojej szyi.
- Ty tęskniłaś?
- Bardzo - wtuliłam się w niego mocniej. - Idziemy spać?
- Idziemy.
Pozwoliłam mu iść przodem. Wszedł normalnie, odrzucił marynarkę na boczne krzesło, zdjął krawat przez głowę i zaczynał od guzików koszuli. Wolno usiadłam na łóżko, zerkając niepewnie na okno. Już nie czułam spięcia, bo obecność drugiej osoby dodawała śmiałości, a jeszcze wiedząc że tą osobą jest Kacper, mój mąż, pogromca napastników, to już całkiem byłam pewniejsza tego miejsca.
- Jesteś jakaś inna - poznał, rozpinając też mankiety. - Powiedz.
- Ale co?
- Boisz się czegoś?
- Coś ty - skłamałam. - Czego? Jestem z tobą.
Uśmiechnął się zaraz, rozpiął pasek i zrzucił z siebie spodnie, które tak samo jak reszta powędrowały na krzesło. Dołączył do mnie pod kołdrę i odetchnął. Zapanowała cisza. Znowu też okropny szelest liści. W ciszy jednak wciąż go słychać.
Przełknęłam ślinę, przytulając się bezpiecznie do Kacpra. Kiedy przylgnęłam, on chyba wyczuł na sobie jak szybko bije moje serce. Odchylił trochę głowę.
- Boisz się czegoś - przyznał. - Czego takiego?
Chciałam powiedzieć, ale coś trzasnęło, aż momentalnie drgnęłam, przykuwając twarz do Jego klatki piersiowej.
Zaśmiał się. To były spodnie które zsunęły się, a pasek uderzył o podłogę.
- Skarbie, co jest? - objął mnie czule. - Co jesteś taka przestraszona?
- Nie wiem - oddychałam szybciej, wdychając jego zapach skóry. - Boję się.
- Ale czego?
- Tego. Nie słyszysz?
Wsłuchał się, ale wzruszyła ramionami.
- Niczego nie słyszę.
- To coś za oknem.
- Liście - przyznał. - Straszą cię liście?
- A chcesz zobaczyć jak to jest zostać samemu w tym pokoju?
Prychnął.
- Laura, kochanie. Nie wiedziałem że taki z ciebie tchórz.
- Dobre sobie. Tylko że to ja tu byłam zdana na siebie.
Zaczął się podnosić. Wyszedł z pod moich objęć i ruszył do okna. Odsłonił firankę, otworzył okno i nachylił się, szarpiąc się z czymś. Patrzyłam na to trochę tak jakby coś miałoby go tam zaraz wciągnąć na drugą stronę. Niczym w horrorze, lub gorzej.
Kiedy wyprostował się, był jakiś sztywny i zaczął się cofać. Znowu moje serce przybrało szybszego rytmu i byłam gotowa uciekać.
- Kacper - zaczęłam. - Co ty robisz?
Trzymał się z dystansem od okna, zaraz je szybko zamknął i zasłonił firankę. Wciąż się cofał.
- Laura, tam jest... - zaczął panicznie.
- Co tam jest?
Sytuacja była napięta. Naprawdę jeszcze trochę i ja zacznę zwiewać.
- Tam jest... - wracał do łóżka, zaraz nagle złapał mnie pod biodra. - Słonecznik.
Zamknęłam oczy, kiedy emocje mi opadły. Uderzyłam go w ramię. Prychnął śmiechem.
- Wiesz co? - jęknęłam. - Chcesz żebym zawału dostała?
- Przepraszam, ale miałaś taką minę...
- Śmiej się, śmiej.
Wciąż z tym uśmiechem, w ramach przeprosin zaczął zostawiać na mnie pocałunki.
- Zostaw. Robisz że mnie durną.
- Wcale nie. Miło mi że mogłem dla ciebie zwalczyć te suche liście słonecznika. Już ci lepiej?
Przeszłam srogim spojrzeniem i nakrywając się kołdrą, odwróciłam do niego tyłem.
- Ej... - cmoknął niezadowolenie. - Uratowałem cię. Nie będziesz dziękować?
- Dziękuję.
Zaśmiał się znowu, przylegając do moich pleców.
- O, skarbie. Wrażliwa jesteś strasznie.
- Nie dziw się. W tyle ostatnio się dzieje, że niedługo własny cień będzie mi wrogiem.
- Więc, co będzie jutro?
Nagle odwróciłam się do niego.
- Jutro też jedziesz na noc? Zostawisz mnie tu? - Gasłam. - Samą?
Cmoknął mnie w ramię.
- Kacper... Ja tu sama zawału dostanę.
- Nie dostaniesz - szedł całusami coraz dalej, dążąc do dekoltu.
- Nie ładnie - uznałam, wplatając paznokcie między jego włosy krótko ścięte. - To pokój twojej mamy.
- Co z tego?
- No i widzi jaki synek jest grzeczny. To jest nawet jej łóżko. Nie razi cię to?
Oderwał się na chwilę, patrząc na mnie z zastanowieniem.
- Hm... Nie. Moja mama nie obrazi się z tego powodu.
- Skąd wiesz?
- Wiem to.
Od moich ust, znowu sunął przez brodę, całą szyję, obojczyk, aż kiedy zszedł do mostka, odruchowo wygięłam się w łuk. To go rozśmieszyło i nie przestawał, za to mnie trochę przeszkadzają warunki. Źle się tu czuję. Pokój jego zmarłej mamy, to chyba nie jest dobre miejsce na takie coś.
Miał mnie blisko, aż nagle koniec. Zabroniłam mu, poprzez zgięcie nóg w kolanach.
- Ej... - zawiódł się. - Psujesz mi zabawę.
- A ty się aby nie za bardzo poczułeś jak u siebie?
- Jestem u siebie.
- Czyżby - okryłam się kołdrą. - Dobranoc. Dzięki za pozbycie się liści.
- No wiesz? Tak dobrze mi szło. Padł przy mnie, po czym westchnął. Rozczuliłam się, obejmując go w pasie.
- O... Mój bohaterze, ale nie tutaj.
- Na zewnątrz?
Prychnęłam.
- Nie. Może kiedyś. Nie zapominaj w jakim bagnie siedzimy.
- Na razie to leżymy. W ciepełku. Na łóżku. Aż tak ci przeszkadza?
- Tak. Poza tym dzisiaj nie mogę. Zrozum kobietę.
Westchnął.
- Okej. Rozumiem.
Z uśmiechem dałam mu całusa.
- Dobranoc.

--------------------------------
Co myślicie o rozdziale? podoba się?
Dodał/a: Żan w dniu 5-05-2018 - czytano 254 razy.
Słowa kluczowe: Laura Kacper kryminał miłość rodzina Żan

Komentarze (1)

Lauraaadnia 2018-05-06 12:34:13.

Rozdział jak każdy inny jest super!! Kiedy kolejna część??

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "NIE POZWÓL MI ODEJŚĆ. Sezon 3. ROZDZIAŁ TRZYNASTY"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)