NIE POZWÓL MI ODEJŚĆ. Sezon 3. ROZDZIAŁ SZESNASTY

KACPER/

- Gotowy?
- Nie, ale zróbmy to.
- Jeszcze możesz się wycofać.
- Nie. On chce mnie, no to dostanie.
- Zastanów się.
- Zastanowiłem. Zajmij pozycję.
Byłem gotowy. Karlo łatwo mówić, nie ma nic do stracenia, a ja tak. Wolę jeśli zginę ja, a nie Laura, czy dzieci. Jeśli trzeba, oddam za nich życie.
Ruszyłem w kierunku starej fabryki, tak jak ustalił Karlo, że Ivo właśnie tam teraz ma siedzibę. Jak już tam wejdę, to wiem że nie wyjdę. Chyba że w częściach i na swój pogrzeb. Wszedłem tyłem. Słyszałem hałasy, rozmowy i nawet udało mi się wejść niezauważalnie, no ale i tak mnie znajdą, więc z czym ja walczę? Ivo rozmawiał z kimś. Miałem ochotę mu przywalić, ale w ostatniej chwili zostałem obezwładniony przez jego ludzi. Złapało mnie dwóch, odchylając ręce do tyłu, jeden z nich do tego podciął mi kolana, tak że momentalnie na nie opadłem i jeszcze za włosy, odchylił mi głowę w tył.
- We własnej osobie, szefie - przedstawił, niczym skazańca i tak się czułem. Jak skazaniec.
- Cóż za odwaga - przyznał sam gangster. - Przysporzyłeś mi wiele kłopotów. Ostatnie życzenie?
- Nie trudź się - odparłem oschle.
- W porządku - wyciągnął broń, przystawiając mi ją prosto do czoła.
Tak sprawdzał czy się przestraszę. Było mi naprawdę wszystko jedno co ze mną zrobi.
- Twardy jesteś. Ale jeszcze tak szybko cię nie zabiję.
Kiwnął głową do wspólnika. Jeszcze nie zdążyłem zorientować się co chce zrobić, a oberwałem w kark. Zabolało mnie okropnie, sprawiając że to pozbyło mnie przytomności.

Kiedy budziłem się, kark mnie bolał. Czułem że trochę mi zimno, no i kiedy otworzyłem wolno oczy, już wiedziałem co mi przeszkadza. Leżę twarzą do betonowej podłogi, w czterech ścianach, na dodatek ciemno tu. Uniosłem głowę, masując szyję i wolno podnosiłem się na kolana. Zabolała mnie też prawa noga w kostce, a jak dotknąłem tego miejsca, byłem przykuty. Teraz już wiem że nawet łańcuchem do ściany. Myślałem że Ivo zabije mnie szybko i bezboleśnie, a ten zamierza więzić. Chyba że mam umrzeć z głodu, to też jakaś forma tortur. Wolałem jednak kulka w głowie, niż odczucie głodu. Póki co, o jedzeniu nie myślę.
Przeszedłem na czterech pod ścianę, siadając oparty o jedną plecami. Nogi rozłożyłem prosto przed siebie, no i będę czekał. Siedząc tak w jednym miejscu miałem dostać. Zacząłem nudzić się i bawić się kamykami tymi drobnymi na podłodze. Sięgając coraz dalej, natrafiłem dłonią na coś ostrego. Wróciłem wolno palcami do tego czegoś, i tak na wyczucie całkiem podobne do gwoździa, starego i zardzewiałego. Był płaską końcówką wysunięty jakby pod spód ściany. Te cegły niemal sypią się, więc jak tak szarpnąłem, gwóźdź wyszedł z pod muru. Nie miałem pojęcia, co ja mam z nim właściwie zrobić?
Przesunąłem prawą nogę bliżej siebie i wymacałem zamek tej obręczy którą mam wokół nogi nad kostką. Tak na moje oko gwóźdź jest trochę za gruby, by wszedł, więc to odpada. Tak z drugiej strony, drzwi też mają swój zamek, więc gdyby tak...
Podciągnąłem się przed wejście. Całkowicie wstać nie mogę, bo trzyma mnie ten łańcuch, więc nie dosięgam do drzwi. Wzdłuż łańcucha jednak wróciłem pod ścianę, do której jest przykuty. Wszystko muszę na wyczucie, bo jest tu ciemno. Równie dobrze mógłbym zamknąć oczy, albo czymś zasłonić. Czułem końcówkę łańcucha. Mocno trzyma się ściany, więc z szarpania nici. W sumie pierścienie mają przedziałki, są nacięte. Jakby tak odgiąć któryś? Łatwo nie będzie, bo łańcuch jest gruby niczym mały palec u ręki, ale to moja nadzieja. Jeszcze wcześniej byłem gotów tu umrzeć, ale teraz jednak chcę stąd wyjść.
Przez sporo czasu próbowałem z tym swoim pomysłem, ale musiałem przerwać. Za drzwiami usłyszałem jakiś szelest. Rzuciłem się na twarz tak jak leżałem wcześniej i drzwi puściły. Do środka ktoś wszedł. Wiele widniej nie było, więc możliwe że to jakieś hole w tej fabryce. Mężczyzna był sam. Podszedł do mnie i sprawdził tętno. Jakoś myślałem szybko. Co będzie, to będzie. Złapałem faceta za rękę. Coś krzyknął, ale nie pozwoliłem by krzyczał głośniej. Gwałtownie pchnąłem go na ścianę, dłoń dociskałem mu do ust. Kiedy łańcuchem podciąłem mu nogi, upadając, przyłożył głową o podłogę. Chyba coś sobie przetrącił, ale to mało istotne. Od razu sprawdzałem mu kieszenie. Wygrzebałem broń i klucze, nie mam pojęcia od czego, ale mogą się przydać. Szybko sprawdzałem czy to czasem nie od bransolety na mojej nodze. Były trzy klucze, wybrałem ten środkowy, niezbyt wielki. Przekręciłem. Brzdęk i zamek puścił. Aż nie wierzyłem że tak szybko. Za łatwo mi to przychodzi, stanowczo za łatwo.
Uwalniając swoją nogę, zatrzasnąłem bransoletę na mojej ofierze. Bardziej wysunąłem go na środek, by wyglądał jak ja i wyszedłem z tych czterech ścian, blokując drzwi z powrotem. Widziałem schody jako jedyne prowadzące na górę. Chciałem nimi ruszyć, ale ktoś właśnie zaczął schodzić.
Tym razem dwóch facetów, bo rozmawiali. Cofnąłem się w ciemność, jak najbardziej wbijając się w ścianę i postanowiłem zaatakować z zaskoczenia. Jednego kopnąłem w plecy, drugi spostrzegł się, ale oberwał w twarz. Wykręciłem nimi kilka razy, a na końcu obaj osunęli się niewładni po ścianach. Ruszyłem stąd jak najszybciej, a wyżej też schody. Musiałem wykonać okrążenie, bo tak prowadziły, aż do drzwi. Cicho je najpierw uchyliłem, było pusto, więc wyszedłem. Tutaj całkiem widno, bo są ona, ale wciąż jestem w tej samej fabryce.
Przeszedłem za skrzynki stojące w rzędzie. Trochę mnie osłaniały, po czym odruchowo spojrzałem za szybę. Jestem jakby na drugim piętrze, bo na dole widzę wspólników Iva, stojących przy samochodzie. Coś pakowali do bagażnika, ale co, to nie wiem, bo jestem zbyt wysoko.
- Jeszcze kilka paczek - rozszedł się głos gdzieś z tyłu, więc ostrożnie kucnąłem za skrzynkami.
Kolejnych dwóch wspólników minęło mnie i przeszli w inny korytarz. Moją uwagę przykuło coś co wystaje z jednej ze skrzynek. Pociągnąłem za papierek i z tym ukazała mi się nie zniszczona, jeszcze pachnąca, zielona stówa w banknocie.
A więc to tak. Wiedziałem że Ivo nie próżnuje na wolności.
Wsunąłem ten pieniądz sobie do kieszonki. Będę musiał sprawdzić, czy to prawdziwe, a może podróbki.
Ci wrócili, niosąc podobne skrzynki, tylko nieco mniejsze.
- Może sprawdzę co z psem - uznał.
Rozdzielili się. Jeden odszedł z łupem, a drugi odstawiając na bok pakunek, przeszedł do piwnicy. Jakoś tak mało myśląc podszedłem do drzwi. Mają wmontowaną zasuwę od zewnątrz, więc dociskając je do włazu, przesunąłem zamknięcie. No to teraz będzie miał okazję siedzieć tam razem z resztą. Otworzyłem małą skrzyneczkę. Ukazały mi się folie z białym proszkiem, ale nie tylko, bo trawkę też tu mają. Całkiem nieźle, no ale czego tu spodziewać się po gangu?
W tym momencie usłyszałem charakterystyczny szelest broni gdzieś za mną. Zamarłem chwilowo. Bałem się ruszyć.
- Ani drgnij - zaczął wolno głos gangstera.
Uniosłem spokojnie ręce za głowę, a ten podchodził. Po chwili gdy był już tuż za mną, broń docisnął do mojego karku.
- Nie obchodzi mnie, jak się wydostałeś, ale tam wrócisz. Pod ścianę.
Zrobiłem dwa kroki w przód, brzuch dociskając do muru. Mężczyzna sięgnął do drzwi, bo zza nich słychać było krzyki tego którego przed chwilą zamknąłem. Wciąż celując we mnie, przesunął zasuwę. Wykorzystałem sekundę jego nieuwagi, łapiąc go w nadgarstku. Z tym migiem wcisnął spust, poczynając strzelać, ale wykręcałem jego rękę w tył i kręcąc się, strzały wirowały wszędzie. Kopnął mnie w to czułe miejsce, a to dało mi jeszcze większego kopa. Kiedy z krzykiem zgiąłem się, łapiąc chłopaka w pół, pchałem całą siłą w przód. Dotarliśmy do okien. Nie zatrzymałem się, tylko plecami wypchnął kruchą szybę. Drugie piętro, nie pomyślałem wcześniej, ale czułem że spadamy. Lot zajął trzy sekundy, a upadek był bolesny. Przeciwnik spadł w sam środek dachu samochodu, wgniatając się plecami w blachę, a ja pod sobą czułem przednią szybę auta, która pękła, ale ochronna powłoczka zdołała jeszcze utrzymać całość na miejscu, dzięki czemu szkła nie przebiły mi bluzy.
Obaj syczeliśmy z bólu, podnosząc się, ale facet był szybszy. Przyciągnął broń i znowu mierzył we mnie. Mógłbym poderwać się, ale nie dałem rady. Za mocne uderzenie miałem, by funkcjonować normalnie. Gdzieś tam od drugiej strony podbiegł jeszcze ktoś. Dostałem w głowę, kolejny raz tracąc przytomność...


LAURA/

Za pozwoleniem lekarzy weszłam do mamy leżącej w szpitalu. Sytuacja ją przerosła.
Podeszłam cicho przed łóżko. Chyba spała. Na nadgarstkach ma wyraźne ślady po węzłach. Po wywołało u mnie łzy, które wolno spływały po policzkach. Usiadłam na krześle, przecierając oczy.
Kobieta ocknęła się. Spojrzała na mnie i posłała lekki uśmiech.
- Laura - szepnęła słabo.
Zawyłam. Chwyciła mnie wolno za rękę.
- Cii...
- Mamo, przepraszam. Tak bardzo przepraszam.
- Nie twoja wina...
- Moja. Zostawiliśmy cię - płakałam.
- Już dobrze. Nic mi nie jest. Co z wami?
- Dzieci są pod opieką psycholog na komendzie. Kacper zajął się sprawcą.
Westchnęła.
- Będzie dobrze. Nie płacz, kochanie. Nie płacz.
Przylgnęłam twarzą w bok mamy. Nie mogłam powstrzymać łez.
Tak na ogół mamie poważnego nic nie jest, parę siniaków, ale gorzej z psychiką. Ten szok wywołał u niej lekki atak serca, ale to minie. Jest starszą osobą, stąd ten stan.

Zostałam z kobietą pół godziny, potem miała wizytę lekarza prowadzącego, poza tym, musiała odpoczywać. Wyszłam z pokoju szpitalnego, idąc korytarzem. Przecierałam też oczy, bo zmazywał mi się wzrok. Wstąpiłam do łazienki. Tak samo przez ten ciągły stres mam dziwne objawy. W nocy koszmary, za dnia strach, cały czas uciekam, jakieś lęki... Nigdy wcześniej moje życie nie było przepełnione takim stresem i niepewnością. Przez to boli mnie brzuch, mam mdłości czasami... Wykończyć się można.
Opłukałam dłonie chłodną wodą. Patrząc w lusterko ogarnęłam też oczy, bo przez płacz mam je całe czerwone, z wyrytymi smugami na policzkach. Odetchnęłam uspokajając brzuch. Nie jestem w ciąży, na pewno nie. Coś mi się od wczoraj spóźnia, ale to z pewnością stres. A może bym zrobiła badania tak na wszelki wypadek?
Nagle do środka wszedł facet, w czarnej skórzanej kamizelce. Zmierzył mnie wzrokiem. Przecież to damska, wszedł tak sobie? Mimo wszystko, boję się go i słusznie, wziął mnie za łokieć.
- Idziemy.
- Co?! - szarpnęłam się. - Nigdzie nie idę. Ratunku! Pomocy! Pomo...!
Poradził sobie ze mną i zakrył mi usta ręką, dociskając moje plecy do ściany. Przez nos oddychałam bardzo szybko. Przedstawiła mi się scenka z samolotu kiedy napalony wspólnik Ivo, chciał mieć mnie dla siebie. Byłam bezsilna, już nawet nie mam sił walczyć o ucieczkę. Mężczyzna silnej budowy nie szarpał mnie, widocznie czekał aż się uspokoję.
- Już? - spytał. - Nie będziesz piszczeć?
Wbiłam w niego wzrok, wolno zaprzeczając. Rozluźniał rękę, aż wziął dłoń z moich ust, dzięki temu ciężko wypuściłam powietrze którego było mi mało.
- Kacper ostrzegał żebyś nie chodziła sama ulicami - przypomniał poważnie. Teraz dopiero uprzytomniłam sobie, że to człowiek od Karlo.
- Możesz mnie puścić? - zaczęłam oschle.
- Nie jest tu bezpiecznie. Ściągnęłaś za sobą ogon.
Sama się wyrwałam, doprowadzając do porządku.
- Dobrze, już wracam.
- Nie możesz tak normalnie. Czekają na parkingu. Zgarną cię.
Westchnęłam, a ten znowu złapał mnie za łokieć.
- Ej! - szarpnęłam się ponownie. - Nie umiesz obchodzić się z kobietami?
Tym razem on westchnął i grzecznie otworzył przede mną drzwi. Minęłam go wzrokiem, wychodząc na korytarz. Zaraz wyszedł za mną.
- To gdzie mamy iść? Tylko mnie nie ciągnij, mam nogi.
Ruszył pierwszy. Szłam za nim w lekkiej odległości. Postaram się zaufać, bo wolę nie narażać się innym.
Mężczyzna zatrzymał się przy windzie i wcisnął guzik pozycji zero. Zmarszczyłam brwi.
- Co jest na samym dole?
- Magazyny.
Winda rozstąpiła drzwi. Paker zaczekał aż przejdę pierwsza i zaraz kiedy dołączył do mnie, drzwi zasunęły się i poszły wolno w sam dół. Mój osobisty ochroniarz, może tak w wieku trzydziestu lat, dobrze zbudowany, stał prosto i nawet nie zwracał na mnie uwagi. Ci gangsterzy w ogóle nie mają poczucia do czegokolwiek. Zadanie, to zadanie, trzeba je wykonać. Patrzyłam na niego z pod oka, nagle winda siadła i drzwi ponownie uległy otwarciu.
Ujrzałam nieco ciemniejsze i chłodniejsze miejsce, rzeczywiście niczym magazyn. Brak tu ludzi, a on prowadził wzdłuż korytarza. Na końcu tylko otworzył białe drzwi i po tej stronie stały karetki, a więc jakby ich podziemny parking. Teraz był ostrożniejszy, wyprowadził nas na zewnątrz, kierując się chodnikiem.
- Idź pierwsza - kazał, a sam zatrzymał się chwilę.
Nie chciałam odkręcać się za siebie, a po paru krokach patrząc w bok, widziałam w szczelinie, między dwoma budynkami, jakiegoś kolejnego. Przypatrywał się mi zuchwałym uśmieszkiem, w ręku kręcąc dość mocnym kijem do bejsbola. Zawahałam się, ale szłam prosto. Ludzie Karlo nie różnią się niczym od ludzi Ivo, czy całkiem innych przestępców, więc trudno zgadnąć do kogo należy ten koleś.
Znowu spojrzałam w jego stronę. Miejsce było puste. Rozejrzałam się z większą paniką wokół i poczułam jak z zaskoczenia zza pleców łapie mnie, zakrywając usta. Piszczeć mogłam i robiłam to. Ten nie należy z pewnością do Karlo.
- Bądź grzeczna, a z pewnością nie będzie bolało - zdążył wysapać, a nagle wydał z siebie przytłumiony jęk i tak jakby coś szczęknęło. Osunął się. Bałam się odwrócić.
- To z pewnością bolało - uznał męski ton. To ten sam który mnie tu ochrania. Przetrącił kark mojemu napastnikowi, zostawiając go tu tak, bo mnie pośpieszył, przez co przeszliśmy w bieg.
W ostatniej chwili zaciągnął mnie w ciemny kąt starego budynku, bo słychać było wycie wozów policji. Przylegałam znowu plecami do ściany, gangster osłaniał mnie swoim ciałem, a nasze klatki dokładnie się stykają pod wpływem szybkich oddechów. Nawet słyszałam te szybkie rytmy naszych serc, bo ciemny kąt posiada puste ściany. Trwało milczenie, policja przejechała, więc wolno wychylił się, patrząc jak sytuacja.
- Możemy iść - uznał. - Ale na komisariat wrócić nie możesz.


KACPER/

Ocknąłem się. Czułem ścisk. Słyszę jakieś niewyraźne szmery, a z próbą otwierania oczu, nie mogłem sobie poradzić. Oczy mam związane materiałem, ktoś gdzieś tu rozmawia, a zaraz też doszło do mnie że siedzę, związany jakby do... Krzesła? Ręce gdzieś odchylone za oparcie, wokół nadgarstków ciasny sznur. Jeśli chodzi o nogi, wiązane oddzielnie, do nóg krzesła na którym siedzę. Świetnie mnie urządzili, po prostu świetnie. Nie mogę zbytnio ruszyć się, bo plecy mam obite przez upadek z okien.
- Nasz batmam - zauważył w głosie jeden z rozmawiających. Czymś przy tym szurali. - Jak się czujesz, batmanie?
- Już po was - jęknąłem.
- O, czyżby. Ivo od razu powinien cię zabić, byłby mniejszy kłopot.
- To czemu tego nie zrobił?
- Zadałem mu to samo pytanie. Jesteś pieprzonym szczęściarzem.
- Dzięki - burknęłam słabo.
Znowu wrócili do swoich spraw, a mnie przypomniało się, że mam w kieszeni gwóźdź. Palcami zacząłem sięgać do tylnej kieszonki spodni, ale węzły są za ciasne.
- Co tam kombinujesz? - zaczął znowu.
- Ja? Kości mnie bolą.
- Mam sprawdzić?
- Możesz rozwiązać mi oczy.
- Jeszcze czego, psie - zgardził. - Nie umiesz siedząc prosto?
- Drażni cię to?
- I tak stąd nie wyjdziesz.
- To kwestia czasu. Co mi niby zrobiliście? Wiązanie do krzesła, to przeżytek.
- Ale skuteczny.
Zakpiłem, nieustannie wiercąc nadgarstkami. Dzięki temu chociaż trochę rozluźnię supły.
- Sprawdź go, Kudłaty - jęknął w końcu. - Coś kombinuje.
- Dlaczego ja?
- Bo ty! - nakazał groźniej.
Gość westchnął. Przestałem się ruszać i ten podchodził do mnie. Obszedł dookoła mnie, no i cmoknął.
- Ale on nic nie robi - uznał.
- Masz go pilnować.
- Mieliśmy wyliczyć forsę.
- Sam ją wyliczę. Pilnuj go i już.
Zaśmiałem się.
- Nie wierzę. Boicie się mnie?
- Zamknij się - wtrącił dwugi. - Ivo zabronił zabijać, ale przestrzelić możemy.
- Tak? No to dawaj - prowokowałem. - Co ci szkodzi? Zabij mnie.
Chyba się wkurzył, bo czymś trzasnął, podszedł szybko i jednym ruchem zerwał mi z oczu opaskę, po czym przytkał zimny pistolet do mojego kolana.
- Nie wierzysz?! - wydarł się. - Patrz, co mi zrobiłeś!
Wskazywał na swoją rękę. Pewnie wybił w trakcie upadku, ale to nie moja wina.
Zrobiłem obojętną minę.
- Trzeba było mnie nie kopać tam gdzie nie trzeba.
- Taki jesteś? - przesunął pistolet w kierunek mojego krocza. - Bez nich też będziesz żył.
- To ty nie wiesz że z bólu też człowiek umiera?
- Gdyby nie Ivo - przywalił mi bronią w głowę. - Byś już nie żył!
Kolega tego narwańca obserwował z kwaśną miną.
- A ty co się tak gapisz?! Też chcesz coś stracić?!
Pokiwał przecząco głową i odszedł przed stolik. Mieli tam rozłożony cały towar.
- Żadnych sztuczek, rozumiemy się?
Przekręciłem oczami. Też mnie zostawił, no i chyba jak na razie poobserwuję ich, poczekam na odpowiedni moment i wtedy się uwolnię.
Dodał/a: Żan w dniu 8-07-2018 - czytano 73 razy.
Słowa kluczowe: Laura Kacper kryminał miłość rodzina Żan

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "NIE POZWÓL MI ODEJŚĆ. Sezon 3. ROZDZIAŁ SZESNASTY "

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)