NIE POZWÓL MI ODEJŚĆ. Sezon 3. ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

LAURA/

- Jak ustaliły wstępne informacje zaginęła także żona funkcjonariusza służb specjalnych, Laura Niewiadomska. Z tego co wiadomo, poszła odwiedzić matkę w szpitalu, a od czterech godzin, ślad po niej zaginął. Policja prosi o niezwłoczne powiadomienie jeśli ktoś wie co się działo. Kolejne wydarzenia jutro, o osiemnastej.
Nastąpiła reklama, więc z ciężkim westchnieniem odbiłam się na oparcie kanapy. Wciąż nie wiadomo co się z nim dzieje. Mnie szukają tak samo i ciekawe czy znajdą. Świadków było mnóstwo. Na ulicy na pewno ktoś widział jak jestem w towarzystwie ochroniarza Karlo. Nie było bezpiecznie, więc wylądowałam właśnie u niego samego w apartamencie.
- Może coś zjesz - uznał ten sam który wciąż mi towarzyszyły. Czyści broń, nie obchodzi go nic innego.
- Nie wierzę - parsknęłam. - Znowu jest to samo.
- Znajdziemy go.
- Jasne. Jak sam się nie znajdzie, nikt go nie znajdzie. Po co w ogóle Karlo pozwolił mu iść do tej głupiej fabryki?!
- To był mój błąd - odezwał się nagle Karlo, pojawiając się w progu. - Zrobię wszystko, że wróci.
- To jest twój syn, jak możesz dopuszczać do takich rzeczy?
- Masz rację. Sam nie wiem.
- Więc co tu jeszcze robisz? Powinieneś stawić się za nim, a ty co?
- Laura, on umie więcej niż ja.
- Jasne. A kto jak do tej pory utrzymywał wszystko w ciszy?
- Moi ludzie. Umiem tylko doskonale wydawać rozkazy. Nic więcej. - Spojrzał na chłopaka. - Przynieś jej coś do jedzenia.
Posłusznie przytaknął i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Wciąż siedziałam z założonymi rękami, będąc całkowicie wkurzona.
- Posłuchaj - zaczął znowu. - Kacper wyjdzie z największego błota jakie tylko go otoczy. Życie nauczyło go bardzo dużo. Zobaczysz że sam wróci.
Nabrałam łez.
- Będziesz tak czekał?
- Nie. Węszymy w bezpiecznej odległości. Każdy policjant jest czujny. Ja nie mogę też narażać swoich ludzi.
- Podobno Ivo, to twój kumpel. Nie może darować?
- Ivo nie jest moim kumplem, a wspólnikiem. Nikomu nie można ufać.
- Kacper ci zaufał.
- Tak, ja mu też. Nie spadnie mu włos z głowy.
Zaraz sięgnął do mojej szyi, unosząc lekko krzyżyk który wczoraj założył mi Kacper.
- On wróci - zapewnił. - Całkiem niedługo.
- Skąd ta pewność?
- Jest takim samym łajdakiem jak ja. Poradzi sobie.
- Kacper nie jest taki jak ty.
- Tak. Po swojej mamie odziedziczył dobre serce. Potrafi odróżnić.
Zostawił mnie i wyszedł. Puściłam za nim łzy. To jest straszne, no ale Karlo ma rację. Kacper rzeczywiście jak bardzo by nie był uwięziony, i tak znajdzie wyjście i wróci, bo w końcu obiecał.

W tym miejscu miałam spędzić noc, albo raczej jakiś czas, póki nie znajdzie się szansa na bezpieczne odstawienie mnie z powrotem na komisariat. Najbardziej szkoda mi dzieci. Pod opieką psycholog długo nie wytrzymają. Nie miałam nic na przebranie, więc tak na tej kanapie zasypiałam. Po pewnym czasie ktoś cicho wszedł. W pokoju ciemno, a ten ktoś nie używał światła dużego, tylko boczną lampkę. Zamknęłam oczy, udając że śpię. Ktoś przeszedł przez pokoju, a za chwilę poczułam że jestem okrywana ciepłym miękkim kocem. W wyobrażeniach myślałam sobie że to Kacper. Wszedł, teraz dba o mnie. Zaraz otworzyłam oczy. To ten sam chłopak. Chyba Karlo zlecił jemu mnie pilnować.
- Dzięki - szepnęłam.
Zawahał się.
- Myślałem że śpisz - wyprostował się. - Chciałem... Pomyślałem że może ci chłodno.
- Trochę było. Dzięki.
Przytaknął i cofał się do wyjścia.
- Czekaj.
Zatrzymał się.
- Możesz tu chwilę ze mną posiedzieć?
- Boisz się?
- Trochę.
Cofnął się i usiadł w fotelu, po skosie ode mnie. Broń zza spodni złożył na szklanym stoliku przed sobą i nastała cisza. Tak szczerze miałam kilka pytań do niego i liczyłam że zechce mi odpowiedzieć.
- Mogę wiedzieć, jak masz na imię? - zaczęłam z ciekawości.
Zaśmiał się.
- A co?
- Tak pytam.
- Kosa.
- To ksywa. Ja chcę imię.
- Nie istotne.
- No weź.
Westchnął.
- Paweł.
- Ładnie. A skąd pomysł na ksywę. Kosa, to dość jednoznaczne.
- Wiem. Ze względu na zdarzenie.
Zmarszczyłam brwi.
- To znaczy?
- Idź spać. Na noc lepiej nie opowiadać takich rzeczy.
- No błagam cię. Mam męża który robi pewnie to samo. Jestem odporna.
- Sama chciałaś - przyznał. - Kiedy miałem siedemnaście lat, po raz pierwszy zabiłem człowieka. Kosą.
Wyobrażałam sobie i aż mi się niedobrze zrobiło.
- Coś ci zrobił?
- Groził mojemu ojcu. Mieliśmy długi. Pewnego lata kosiliśmy z ojcem trawę na polu. Gość nie darował nawet wtedy. Przyszedł i go wyzywał. Nie byłem sobą. Mało myśląc zamachnąłem się i...
Nie mogłam z wyobrażeniami. Miałam ochotę rozwyć się. Jestem za bardzo przejmująca na takie coś.
- A jak trafiłeś do Karlo?
- Wybrał mnie parę miesięcy temu. Tak właściwie byłoby po mnie. Tutaj jestem bezpieczny, płaci mi, mam co jeść, gdzie spać...
- Bezpiecznie? - zdziwiłam się. - Masz do czynienia z przestępcami. Jak coś takiego może być bezpieczne?
- Cały czas nie jestem na straży. To skomplikowane, nie zrozumiesz.
- Racja. Pewnie nie.
Paweł, pseudo, Kosa, był ze mną do czasu aż nie zasnęłam. Kiedy nastał świt, zeszłam wolno na dół. Nie zjadłam nic wczoraj, więc z tym teraz jestem głodna. Stanęłam w progu jakby salonu, bo to największy z pomieszczeń. Kręcił się tu jakiś ochroniarz, nie Paweł.
- Gdzie Karlo? - spytałam. Milczał. - Gdzie Karlo?
Dalej milczał. Jakiś nie wychowany tym. Zaraz ojciec Kacpra pojawił się w wejściu.
- O. Mogę coś zjeść?
- Kuchnia jest na drugim końcu korytarza. Czy wolisz by ktoś przyniósł ci jedzenie do pokoju?
- To ja sobie zrobię - uznałam, mijając go.
Przeszłam korytarzem, no i ukazała się kuchnia. Przestronna, wypasiona i wydaje się pusta przez to że spore pomieszczenie. Podeszłam do lodówki. Głównie to gotowe dania, ale nie robione przez kucharza, czy kogoś, kupione od razu gotowe. Jakieś pierogi, kebab, kurczak, i wiele, wiele innych tym podobnych.
Straciłam ochotę. Rzeczywiście jak po chłopsku. Kacper by pewnie nie protestował, tylko brał co jest, ale ja nie zamierzam. Mam wrażenie że ktoś już to jadł.
Zaraz do kuchni wszedł Paweł. Uśmiechnął się słabo, tak samo otworzył lodówkę i wyjął białe pudełeczko pełne kebabu. Wsunął bezpośrednio do mikrofali i czekał. Usiadłam sobie przy stole, tak na sucho, a chłopak zaraz dołączył, z widelcem i swoją porcją która tyle że ładnie pachniała.
- Nie jesz?
- Jakoś... Nie mam ochoty.
- Co jest złego w kebabie?
Wzruszyłam ramionami.
- Nic. Smacznego.
- To może zupka chińska?
Uniosłam brwi. To by było dobrym rozwiązaniem. Kosa podniósł się, otworzył szafkę i przejrzał smaki.
- Rosół, pomidorowa, o smaku spaghetti... Co wybierasz?
- Pomidorową.
Nawet wodę za mnie wstawił, no i wrócił zajmując się swoim jedzeniem. Uśmiechałam się, zaczął marszczyć brwi.
- Co?
- Nic. Pierwsze wrażenie robisz fatalne, drugi niezłe, no a teraz...
- Nie szukam dziewczyny - odparł od razu.
- A ja mam męża, nie myśl sobie.
- To o co ci chodzi?
- O nic. Tylko mówię.
Przytaknął i zajadał. Jednak po chwili coś mu przyszło na myśl.
- Mogę o coś spytać?
- Mhm.
- Ty tak nieświadomie wyszłaś za tego swojego Kacpra, czy wiedziałaś?
Zaśmiałam się trochę.
- Zanim doszło do ślubu, byliśmy razem trzy lata.
- Nie przeszkadzało ci?
- To skomplikowane - uznałam. - Zdarzyło się bardzo dużo.
- Wpadliście?
- No wiesz?
- No co? Domyśliłem się.
- Brawo.
- Laski zwykle uciekają od kryminalistów.
- No popatrz. Poznaj mnie.
- Na jego miejscu też był szalał.
- To znaczy?
- Gadałem z nim jeszcze zanim poszedł do tej fabryki. Karlo chciał go powstrzymać, ale Kacper uznał że dla rodziny, musi.
- Wiesz co tam się stało?
- Nie. Wszedł i tyle.
Woda zaczęła wrzeć, więc podniosłam się, wyłączając czajnik elektryczny.
- Miskę masz nad sobą - pokierował.
Gadając jeszcze, zdążyłam zjeść. Nasyciłam się chociaż trochę, no i teraz nie wiedziałam, czym się zajmę.
Siedząc sobie przed kominkiem, słyszałam odgłosy szarpaniny i krzyków. Ktoś się z kimś kłócił, więc będąc ciekawa, wyjrzałam zza futryny. Dwóch wspólników Karlo ciągnęło jakiegoś chłopaka z workiem na głowie. Ten wydawał tłumione jęki, bo ma jakby zaklejone usta taśmą. Zastanawiałam się, kogo oni upolowali, a zaraz worek zsunął się z jego twarzy. Zamarłam.
- Jurek?!
Podbiegłam od razu.
- Zostawcie go! Jurek, czekaj.
Poznał mnie po głosie, dostrzegł i trochę uspokoił. Ręce miał związane, ale sama je uwolniłam, rzucając się brunetowi na szyję.
- Jak dobrze cię widzieć.
Usta też mu uwolniłam, by mógł coś powiedzieć.
- Laura, co ty tu robisz? Więżą cię?
- Nie. Ukrywam się.
- Ale dlaczego? Media aż huczą.
- No nareszcie - pojawił się Karlo. - Mówiłem im żeby ostrożni byli.
- Czego chcesz? - spoważniał.
- Ja? Niczego. Ale mój syn, bardzo wiele.
- Co? - Tak samo zmarszczyłam brwi. - Chcesz narażać Jurka żeby ratował Kacpra?!
- Jeśli się zgodzi.
- Dla niego wszystko - zapewnił sam Jurek. - Gdzie on jest?
- Jurek, nie rób tego - błagałam, czując łzy. - Nie narażaj się.
- Omówmy szczegóły - uznał Karlo.
Jurek jak zaczarowany. Przeszło mu totalnie i był gotowy iść nawet w ogień. Odeszli sobie, zostawiając mnie. Kacper nie chciał prosić Jurka. Wiedział jak bardzo jest niebezpiecznie, nie chciał go narażać. Karlo nie zastanawia się, dla niego to tylko człowiek, a sam powiedział, że jedyne co mu wychodzi, to rozkazy.


KACPER/

Na tym krześle, związanego mnie, przytrzymują już tak drugi dzień, właściwie to już noc. Specjalnie jedzą na moich oczach, śmieją się, robią wszystko by tylko mnie dobijać. Mam ich serdecznie dosyć, ale śmiać mi się chce, bo już niedługo będę wolny. Moje próby luzowania węzła w nadgarstkach idą dobrze, więc teraz tylko czekam na odpowiedni moment.
- Co psie? - zagadał ten który wcześniej chciał przestrzelić mi kolano. - Coś słabo wyglądasz.
- Nie drażnij psa, bo wstanie i się zemści.
- Śmieszne. Najpierw musi jeszcze pokonać sznury.
- Poczekam aż same odpadną.
- Zanim odpadną, to ty zdechniesz.
- Wieczny nie jestem.
- Ej, koleś, weź stul pysk, bo mam słabe nerwy.
- Właśnie widzę.
Nie wytrzymał. Strzelił bronią w sufit. Na to ten drugi trochę zakpił.
- Pierdzielisz już tak z nim parę godzin.
- Bo mnie wkurza! Tak się cieszy że żyje?!
- Zostaw go, co ci przeszkadza?!
- Przeszkadza! Mam dosyć!
Strzelił drugi raz.
- Marnujesz naboje! Opanuj się!
Korzystałem teraz. Wymieniali ostre zdania między sobą, więc szarpnąłem, udało się i teraz tylko wystarczy dostać się palcami do gwoździa, wciąż tkwiącego w mojej tylnej kieszeni spodni. Musiałem bardzo uważać, bo trochę trzeba przy tym odchylać łopatki. Palcami wysuwałem, jeszcze trochę... Kawałek... I... Mam! Dostałem gwóźdź w pięść. Teraz zacząłem pocierać rępatą stroną o sznurek. Szło, czułem że nie jest źle.
- A ty co tam robisz?! - spojrzał na mnie gwałtownie. Szybko cofnąłem rzecz pod rękaw bluzy.
- Nic. Patrzę na bandę debili.
- Co? - uniósł brwi, celując we mnie znowu. - Coś ty powiedział?
- Uszy się myje.
Podbiegł, z kopa dając mi po twarzy. Wraz z krzesłem, poleciałem na prawy bok. Tym ruchem ułatwił mi zadanie. I to jak...
Swoją krew z nosa widziałem na betonowej podłodze, a to co garnęło się w ustach, wyplułem.
- No powtórz - przyłożył mi broń do uda. - Już nie jesteś taki wygadany? Piesek wreszcie stulił japę?
Odkasłałem. Chętnie bym to powtórzył, ale szykuję się do ataku. Jednym ruchem nóg wykonałem zamach. Facet wylądował na plecach. Jeszcze nie zdążył złapać równowagi z bronią, a kopnąłem ją gdzieś dalej. Tamten drugi nie siedział obojętnie, dopadł do nas, ale zdołałem wydostać ręce zza oparcia. Wciąż były związane, ale i z tym dałem radę się bić. Łapiąc za krzesło, walnąłem ich obu równocześnie. Kiedy łapali równowagę na nogach, jeszcze dobiłem. Na nogach mogę stać swobodnie, ale ręce wciąż złączone. Nie miałem szans na pełną ucieczkę, ale próbowałem. We dwóch pobili mnie dotkliwie, już nawet na oczy ledwo patrzyłem, myślałem że to koniec, ale jeszcze miałem szansę, którą wykorzystałem. Napastnik usiadł mi na brzuchu, waląc po twarzy. Tym ostatnim moim ruchem, było brutalne posunięcie. Wciąż mam gwóźdź, więc trzymając ostrzem do góry, wbiłem przeciwnikowi pod żebro. Wydał z siebie tylko ciężki wdech i opadł na mnie. Zdążyłem odwalić go, po czym został ten drugi facet. Z nim już nie dałem rady, dobył broni i wycelował we mnie.
- Ani drgnij - kazał od razu.
Westchnąłem i moje ręce opadły niczym ta moja ofiara. Chyba trochę zajmie, zanim stąd wyjdę.
Tym razem zdołał sam przywiązać mnie do słupa, sprawdził puls wspólników i zaklął. Za głęboko wbiłem gwóźdź który przebił zapewne jakieś naczynko, uśmiercając człowieka.
- Ivo zajmie się tobą - patrzył na mnie. - Powinien zabić cię od razu, a nie darować.
Wyjął komórkę, wybrał numer i przyłożył telefon do ucha. Szły sygnały, aż w końcu Ivo odebrał.
- Szefie, jest problem. Pies wykończył ludzi. Zostałem tylko ja.
Słuchając, patrzył na mnie.
- Rozumiem. Czekam.
Zdążył rozłączyć się, a zaraz zesztywniał nagle, wydał z siebie jęk jakby zabrakło mu powietrza i miękły mu nogi. Padł.
Zmarszczyłem brwi. Trochę to było dziwne, jednak zaraz ze schodów zbiegł Jurek! Z pistoletem w ręku. Strzał nie był chybiony, bo broń posiada tłumik, czyli jeśli strzelił, to tylko cicho.
Podbiegł do mnie od razu, zaczął rozwiązywać sznur gdzieś z tyłu, a potem z ust zerwał mi plaster. Miałem ochotę wydrzeć się, ale w zamian tego przycisnął mi do ust swoją dłoń.
- Spadamy stąd - szepnął.
- Czekaj - przytrzymałem go, słysząc już jakiś warkot za oknem. - Nie zdążymy. Wezwał wsparcie.
- Ale lepiej żeby nas tu nie było.
Ruszyliśmy schodami jeszcze wyżej, przy okazji zabrałem ze stołu pistolet rabusi i teraz zastanawia mnie, co tu robi Jurek? Nie prosiłem go o pomoc, bo wiem jak ta sprawa jest niebezpieczna, a on nie wiadomo jakim cudem zjawił się sam?
drugi raz.
- Marnujesz naboje! Opanuj się!
Korzystałem teraz. Wymieniali ostre zdania między sobą, więc szarpnąłem, udało się i teraz tylko wystarczy dostać się palcami do gwoździa, wciąż tkwiącego w mojej tylnej kieszeni spodni. Musiałem bardzo uważać, bo trochę trzeba przy tym odchylać łopatki. Palcami wysuwałem, jeszcze trochę... Kawałek... I... Mam! Dostałem gwóźdź w pięść. Teraz zacząłem pocierać rępatą stroną o sznurek. Szło, czułem że nie jest źle.
- A ty co tam robisz?! - spojrzał na mnie gwałtownie. Szybko cofnąłem rzecz pod rękaw bluzy.
- Nic. Patrzę na bandę debili.
- Co? - uniósł brwi, celując we mnie znowu. - Coś ty powiedział?
- Uszy się myje.
Podbiegł, z kopa dając mi po twarzy. Wraz z krzesłem, poleciałem na prawy bok. Tym ruchem ułatwił mi zadanie. I to jak...
Swoją krew z nosa widziałem na betonowej podłodze, a to co garnęło się w ustach, wyplułem.
- No powtórz - przyłożył mi broń do uda. - Już nie jesteś taki wygadany? Piesek wreszcie stulił japę?
Odkasłałem. Chętnie bym to powtórzył, ale szykuję się do ataku. Jednym ruchem nóg wykonałem zamach. Facet wylądował na plecach. Jeszcze nie zdążył złapać równowagi z bronią, a kopnąłem ją gdzieś dalej. Tamten drugi nie siedział obojętnie, dopadł do nas, ale zdołałem wydostać ręce zza oparcia. Wciąż były związane, ale i z tym dałem radę się bić. Łapiąc za krzesło, walnąłem ich obu równocześnie. Kiedy łapali równowagę na nogach, jeszcze dobiłem. Na nogach mogę stać swobodnie, ale ręce wciąż złączone. Nie miałem szans na pełną ucieczkę, ale próbowałem. We dwóch pobili mnie dotkliwie, już nawet na oczy ledwo patrzyłem, myślałem że to koniec, ale jeszcze miałem szansę, którą wykorzystałem. Napastnik usiadł mi na brzuchu, waląc po twarzy. Tym ostatnim moim ruchem, było brutalne posunięcie. Wciąż mam gwóźdź, więc trzymając ostrzem do góry, wbiłem przeciwnikowi pod żebro. Wydał z siebie tylko ciężki wdech i opadł na mnie. Zdążyłem odwalić go, po czym został ten drugi facet. Z nim już nie dałem rady, dobył broni i wycelował we mnie.
- Ani drgnij - kazał od razu.
Westchnąłem i moje ręce opadły niczym ta moja ofiara. Chyba trochę zajmie, zanim stąd wyjdę.
Tym razem zdołał sam przywiązać mnie do słupa, sprawdził puls wspólników i zaklął. Za głęboko wbiłem gwóźdź który przebił zapewne jakieś naczynko, uśmiercając człowieka.
- Ivo zajmie się tobą - patrzył na mnie. - Powinien zabić cię od razu, a nie darować.
Wyjął komórkę, wybrał numer i przyłożył telefon do ucha. Szły sygnały, aż w końcu Ivo odebrał.
- Szefie, jest problem. Pies wykończył ludzi. Zostałem tylko ja.
Słuchając, patrzył na mnie.
- Rozumiem. Czekam.
Zdążył rozłączyć się, a zaraz zesztywniał nagle, wydał z siebie jęk jakby zabrakło mu powietrza i miękły mu nogi. Padł.
Zmarszczyłem brwi. Trochę to było dziwne, jednak zaraz ze schodów zbiegł Jurek! Z pistoletem w ręku. Strzał nie był chybiony, bo broń posiada tłumik, czyli jeśli strzelił, to tylko cicho.
Podbiegł do mnie od razu, zaczął rozwiązywać sznur gdzieś z tyłu, a potem z ust zerwał mi plaster. Miałem ochotę wydrzeć się, ale w zamian tego przycisnął mi do ust swoją dłoń.
- Spadamy stąd - szepnął.
- Czekaj - przytrzymałem go, słysząc już jakiś warkot za oknem. - Nie zdążymy. Wezwał wsparcie.
- Ale lepiej żeby nas tu nie było.
Ruszyliśmy schodami jeszcze wyżej, przy okazji zabrałem ze stołu pistolet rabusi i teraz zastanawia mnie, co tu robi Jurek? Nie prosiłem go o pomoc, bo wiem jak ta sprawa jest niebezpieczna, a on nie wiadomo jakim cudem zjawił się sam?
Dodał/a: Żan w dniu 18-08-2018 - czytano 240 razy.
Słowa kluczowe: Laura Kacper kryminał miłość Żan

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "NIE POZWÓL MI ODEJŚĆ. Sezon 3. ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)