NIE POZWÓL MI ODEJŚĆ. Sezon 3. ROZDZIAŁ ÓSMY

KACPER/

- No to mamy wszystko - westchnąłem oddając nasze dwa niewielkie bagaże do przechowania w samolocie. - Gotowa?
- Jak nigdy.
- No to chodź.
Przeszliśmy przez bramki, a dalej prosto na pas startowy do samolotu razem z innymi pasażerami. Usiedliśmy na miejscach dla dwojga i nareszcie odetchnąłem. Laura miała kwaśną minę. Nie wiem czy się boi, czy to stres przed odlotem, ale coś na pewno ją martwi.
- Co jest?
- Mam obawy - spojrzała na mnie. - Wrócimy żywi?
- Wrócimy, kochanie. Mamy do kogo.
- Tak, ale chodzi mi bardziej o dzieci że zostały z rodzicami. Tydzień to sporo jak na Nikolę. Filip sobie poradzi, a ona?
- Bez przesady - wziąłem ją za rękę i spojrzałem na godzinę w telefonie. - Dwie minuty do startu. Masz ostatnie życzenie?
- Niekoniecznie.
- Obiecuję ci że wrócimy cali i zdrowi. W dodatku wypoczęci.
- Wiem - uśmiechnęła się i spojrzała w okno po swojej stronie.
Czeka nas trochę godzin samolotem, ale wytrzymamy. Po starcie kiedy byliśmy już w górze, Laura obserwowała każdy szczegół wznoszenia, aż do momentu kiedy nie znaleźliśmy się między chmurami.
- Dziwne uczucie - wyznała. - Też takie masz?
- Każdy takie ma.
- A kiedy ty leciałeś już samolotem?
- Transport więźnia. Miałem okazję być na ochronie pilota.
- No tak. To wiele wyjaśnia. Wiesz co? Chyba muszę siku. To przez to uczucie.
- Iść z tobą?
- Tak, ale tylko przez pokład - podniosła się i ruszyła pierwsza.
Wolno maszerowałem za nią. Pokład jest spory, bo samolot tak samo. Szliśmy dalej, a po chwili dostrzegłem dwóch mężczyzn mających na szyi odznaki tajnych służb. Już miałem pomyśleć "o nie" aż tu nagle nawet dostrzegłem cel dlaczego tu są. W tym samolocie także transportują więźnia. Aż momentalnie mnie zatrzymało. Chciałem cofnąć też Laurę, ale było za późno, przeszła. Przymknąłem oczy i szedłem dalej. Więzień na pomarańczowo, a po bokach ochroniarze pilnujący go by nie zwiał. To jednak nie wszystko, bo dalej było też jeszcze dwóch takich na pomarańczowo. Mieli szramy na twarzach, więc mogłem się domyślić że to wspólnicy tego pierwszego, a tym pierwszym jest Ivo — gangster dla którego jechałem. Poznał mnie i od razu posłał zuchwałą minę. Nieźle go okiwałem, a on obiecał że jeśli nasze drogi kiedyś zejdą się, nie podaruje.
Laura weszła do łazienki, ja zatrzymałem się przed drzwiami i czekałem. Teraz żałuję że tu jesteśmy. Gdybym wiedział wcześniej, zmienił bym samoloty. Kurde, mam złe przeczucia.
Dziewczyna wyszła po minucie i zawahała się kiedy tak stałem.
- Wchodzisz?
- Tak. Czekaj na mnie na miejscu. Jeszcze ktoś nam rzeczy podwędzi.
- Okej.
Odeszła. Nie zamierzam korzystać z tego miejsca, po prostu chcę sprawdzić jak dobrze Ivo jest pilnowany. Zdaje się że dobrze, ale nic nie wiadomo.
Zaczekałem aż żona zniknie, a potem sam ruszyłem i przechodząc dalej, Ivo podniósł się razem z ochroniarzem. Momentalnie zatrzymałem się. Minął mnie mając ręce w mocnych kajdankach, ale i tak przeszedł mnie gorący pot strachu. Postanowiłem zagadać do drugiego ochroniarza który został na miejscu.
- Przepraszam - pokazałem ukradkiem swoją odznakę.
- No witam - zaczął. - Na służbie?
- Właśnie nie. Osobiście znacie więźnia, prawda?
- To podły typ. Siedzi za zbrodnie. Prędko nie wyjdzie z zagranicznego więzienia.
- Znam go. Dobrze by było nie spuszczać go z oczu.
- Agencie, spokojnie - zaśmiał się. - Mamy wszystko pod kontrolą.
Zanim tamci wrócili, ja dołączyłem do Laury. Nie chcę żeby siedziała sama.
- Jestem.
- Wytłumacz mi - zaczęła. - Co tu robią uzbrojeni faceci?
- To nic takiego.
- Tu są więźniowie, widziałam.
- Nie przejmuj się. Przewożą ich tylko za granicę.
- Dlaczego?
- W Polsce nie ma warunków.
- Są aż tak groźni?
- Nie wiem, Laura - westchnąłem. - Nie myśl o tym, naprawdę.
- No dobra - odetchnęła trochę. - Co mogę robić przez tyle czasu?
- Nie wiem. Możesz posłuchać muzyki przez słuchawki.
- Nie... Wolę pogadać z tobą.
- To gadajmy.
- A więc... - zaczęła, a ja odchyliłem się za siebie, patrząc jak sytuacja. - Powiedz mi, co będziemy robili w Hiszpanii?
- Co tylko będziesz chciała.
- Wynająłeś nam domek?
- Raczej pokój w hotelu.
- O. Też fajnie.
- Poza tym, będziesz mogła opalać się...
Nagle zauważyłem że coś się dzieje. Z górnego pokładu zbiegli inni federalni i szli prosto na tyły.
- Co jest? - zaczęła Laura, patrząc niespokojnie.
- Pewnie dodatkowa ochrona.
- Kacper, oby ten wyjazd tylko źle się nie skończył...
Nagle strzał. Strzał z pistoletu. Oczywiście większość wpadła w panikę i nastały piski pasażerów. Laura tak samo mocniej ścisnęła mnie za rękę. Siedziałem nieruchomo i słuchałem co będzie dalej. Kolejny strzał, tym razem nie na żarty. Ludzie po prostu wpadli w panikę i opuścili swoje dotychczasowe miejsca.
- Uwaga, uwaga - odezwał się głos stewardessy przez głośnik. - Proszę zachować spokój i powrócić na swoje miejsca. Samolot ulega przeciążeniu.
- Kacper, ja się boję.
- Spokojnie. Może to tylko...
Trzeci strzał. Większa panika i włączyły się światła przeciążenia, z tym samolot przechylił się nieco w bok.
- Sprawdzę to.
- Nie - trzymała mnie mocno, protestując. - Nigdzie nie idziesz. Nie zostawiaj mnie.
- Zaraz wrócę.
- Kacper - miała łzy na wierzchu. - Boję się.
- Nie ma potrzeby - podniosłem się, ale ona tak samo. - Laura, zaraz do ciebie wrócę. Obiecuję.
Wolno usiadła, ale nie była spokojna.
Odszedłem wolno, przepychając się przez tłum pasażerów na pokładzie. Kiedy dokopałem się, na podłodze leżał strażnik. Cały we krwi z postrzelonym brzuchem. To już wiem że nie jest dobrze. Nie było ani więźniów, ani reszty ochroniarzy. Wszystkich wcięło. Rannym zajmował się jakiś mężczyzna, przypuszczam że pasażer z zawodem lekarza. Podbiegłem, bo może potrzebuje pomocy. Na resztę nie ma jak liczyć.
- Co z nim?
- Nie żyje.
Westchnąłem i przejrzałem kieszenie strażnika dostając się do broni, ale mężczyzna mnie powstrzymał.
- Spokojnie - okazałem odznakę. - Jestem z policji.
- Co tu się dzieje?
- Niech pan uspokoi ludzi. Jeśli samolot się przechyli, nie będzie dobrze.
- Gdzie pan idzie?
- Wykonać swoją robotę.
Podniosłem się i z bronią w ręku, odszedłem. Doszedłem dalej, tu też były ofiary, jednak za zasłoną coś szurnęło. Odsłoniłem gwałtownie i ukazał mi się kolejny funkcjonariusz, ale ten żył, tylko ściskał postrzeloną nogę. Na mój widok, myślał że chcę go dobić tym pistoletem, ale podbiegłem pomagając mu.
- Kim pan jest? - wycharczał słabo.
- Agentem SS. Na pokładzie jest lekarz. Opatrzy - zacząłem, rwąc kawałek tej zasłony, by nią zacisnąć nogę w udzie, próbując tamować krew.
- To pieprzony łajdak. Jeśli zdołał zrzucić kajdany, wybije nas wszystkich.
- Pomogę panu wstać.
Dowlokłem mężczyznę do tego pasażera, który zna się na ranach. Zostawiłem ich i ruszyłem dalej tropem za zbiegami.
Prowadziły mnie schody pod pokład. Tutaj było już mniej wesoło i o mało nie dostałem w głowę od ochroniarza, który zabezpieczał tyły. Niestety nie uwierzył mi, więc we własnej obronie użyłem siły by go powalić, i wtedy wyjąłem odznakę. Odetchnął i odłożył swoją broń w postaci grubej rury. Aż boję się myśleć jak bym skończył obrywając nią.
- Gdzie zwiali?
- Rozproszyli się. Nikt nie wie gdzie są.


LAURA/

Nie mogłam tak siedzieć w jednym miejscu. Po co ten Kacper tam poszedł?! Jeśli coś mu się stanie, nie wybaczę sobie tego.
Podniosłam się i wolno ruszyłam w zbiegowisko. Zanim przecisnęłam się przez ludzi, trochę trwało, ale jak już dostałam się do punktu wyjścia, jednak wolałam zawrócić. Na podłodze jakiś mężczyzna opatrywał tego w mundurze. Był ranny. Nikt się nie kwapił, by pomóc, więc ja podeszłam.
- Potrzebuję więcej opatrunków - wyznał na mój widok. Ranna noga strażnika cały czas krwawiła.
Rozglądając się, zaczęłam szukać czegoś odpowiedniego. Przypomniało mi się że w łazience widziałam ręczniki, więc z tą myślą szybko, ale ostrożnie ruszyłam przed siebie. Było czysto, aż nie zatrzymałam się przed drzwiami. Były całe podziurkowane strzałami, ale wyjścia nie mam, otworzyłam i odruchowo by nie pisnąć, przycisnęłam sobie dłoń do ust. Zza drzwi osunął mi się kolejny ochroniarz. Tylko zawyłam stłumionym płaczem, ale musiałam dostać się po tę ręczniki, które już nawet widzę.
Ominęłam szybko postrzelonego i wzięłam nie tylko ręczniki, ale też i apteczkę będącą na wyciągnięcie ręki. Mijając strażnika jeszcze raz, miał w zapasie broń. Tak bardzo boję się na niego patrzeć, co dopiero dotykać, ale szybko odchyliłam jego marynarkę i wzięłam ze sobą pistolet, od razu wsuwając ją sobie za spodnie — Kiedyś byłoby to u mnie niemożliwe, ale przez te wszystkie przejścia i jeszcze mając za męża Kacpra, już nie mam lęku przed takimi rzeczami. — Podbiegłam z powrotem do rannego którego opatruje lekarz i od razu ucieszył się z tego co zdobyłam.
- Świetnie. Bardzo dobrze.
W tym samym momencie zaskrzypiały głośniki i po chwili słychać było męski głos.
- Nikt tu nie chce więcej rannych. Wydostanę się z tego samolotu, ale jeśli ktoś stanie mi na przeszkodzie, nie przeżyje.
Zakończył informację przeraźliwym strzałem. Zaczęłam szlochać, a to przeszło w rozpacz. Tam gdzieś jest Kacper!
- W porządku? - spytał lekarz, patrząc na mój stan.
- Nie - przecierałam oczy. - Nie jest w porządku.
- Będzie dobrze. Wiemy czego chce.
- Tam jest mój mąż - zawyłam.
- Przykro mi. Jak pani ma na imię?
- Laura.
- Pani Lauro, proszę być dobrej myśli. Proszę mi pomóc, bo sam nie dam sobie rady.
Przytaknęłam, a on podał mi ręcznik.
Jak mam być spokojna? Tu jest duże zagrożenie życia! Nie umiem być spokojna! To miał być normalny lot, a tym czasem, co? Pewna śmierć!

Pasażerów dało się jakoś uspokoić. Można powiedzieć że większość z nich zajęła swoje miejsca, dzięki temu samolot nie przechyla się na boki, tylko leci spokojnie. Po opanowaniu też nogi strażnika po postrzale, sama siedziałam bokiem na siedzeniu i obserwując swoją obrączkę, roniłam łzy. Kacper tak długo nie wraca. A jeśli już coś mu się stało? Po jaki gwint on tam poszedł?!
Zaraz słychać było znowu jakieś zamieszki i dostrzegłam właśnie Jego. Szedł razem z dwoma ochroniarzami. Od razu podniosłam się i podbiegłam, rzucając się jemu na szyję.
- Nic ci nie jest? - szlochałam tonąc w jego ramionach.
- Nic. A tobie?
- Też nic. Kacper, co się dzieje? Co teraz będzie?
- Wyjdziemy z tego - obejmował moją zapłakaną twarz.
- Obiecaj że już mnie nie zostawiasz.
- Muszę. Trzeba znaleźć tych ludzi.
- Co?! Ja tu umieram z obawy o ciebie!
- Poradzisz sobie. To jest też moja praca. Nie mogę lekceważyć i stać z założonymi rękami.
- Po to są ochroniarze. Czemu się tym nie zajmą?
- Pomagam im. Muszę.
- Kacper, nie rób mi tego - niemal ryczałam. - Nie zostawiaj mnie.
- Nic mi nie będzie. Jak mam ci obiecać?
- Po prostu bądź tutaj.
- Musimy sprawdzić kamery. Ten gnój nie może uciec, bo będzie naprawdę nie miło.
- Ale on cię zabije. Nie odchodź stąd.
- Nic mi nie zrobi. Wyjdziemy stąd.
- Kacper - trącił go mundurowy. - My idziemy.
- Dołączę.
- Nie - jęknęłam, przytrzymując go mocno za bluzkę. - Nie rób mi tego.
- Zostań tutaj.
- Kacper.
- Zostań - pocałował mnie namiętnie i mocno przytulił. - Kocham Cię. Pamiętaj, wrócę.
Sam wyszedł z moich objęć, a ja nie mając jak, schowałam twarz w dłoniach. Nie mogłam opanować leż. Po prostu się boję.
Takimi sposobami dobiegła nawet noc. To już nie jest lot do Hiszpanii, my po prostu błądzimy po niebie, bo pilot nie może usiąść nigdzie, ze względu na bezpieczeństwo i będzie tak krążył, póki przestępcy nie będą schwytani. Ze zmęczenia i wysiłku po łzach, sama na chwilę zamknęłam oczy.
~ ~ ~ Kacper przyszedł do mnie, był cały we krwi. Znowu pokazał się że żyje, znowu błagałam go żeby nie zostawiał mnie tu samej, ale odchodził, a ja mało myśląc, wyjęłam broń, celując prosto w jego serce.
- Nigdzie nie pójdziesz - zastrzegłam z trzęsącymi się rękami. Patrzył na mnie tak żywo, ale odwrócił się tyłem i wtedy strzeliłam. Zabiłam jego, potem jeszcze siebie ~ ~ ~
Z piskiem otworzyłam oczy. Szybki koszmar stał się rzeczywistością. Byłam zdezorientowana, bo najwyraźniej te dwa strzały były naprawdę, bo ludzie znowu panikowali. Przez korytarz przebiegło dwóch ochroniarzy. Ci sami, ale czemu bez Kacpra? Znowu się boję.
- Co się stało? - pytałam patrząc na lekarza któremu pomagałam.
- Dwa strzały. Biegają tak od paru minut.
- Wiadomo coś więcej?
- Niestety nie.
Oparłam smętnie głowę z powrotem na oparcie i już nie zamykałam oczu. Za oknem dalej ciemność, więc pewnie mój sen, to jakieś pięć minut, a mam wrażenie jakby trwał kilka godzin.
- Musisz okropnie bać się o męża.
- Okropnie - przyznałam. - To miał być lot na naszą podróż poślubną.
- Będzie dobrze. Ja leciałem do rodziny. Też tyle bym dał by dolecieć.
- Oprócz tego, mamy dwoje dzieci.
Spojrzał na mnie lekko zaskoczony.
- Tak, wiem. Nie w kolejności. Ale tak to już jest kiedy człowiek zakocha się bez pamięci.
- Rozumiem. Zdarza się. W jakim dzieci wieku?
- Synek Filip, ma prawie trzy lata i córka Nikola, zaledwie sześć miesięcy.
- To rzeczywiście jest za kim tęsknić. Mój dziesięcioletni syn obchodzi dzisiaj urodziny. Najwyraźniej mnie zabraknie.
- Wierzę że zdąży pan złożyć mu życzenia.
- Też mam nadzieję - westchnął i podniósł się, by sprawdzić jak nasz ranny.
Każdy z tych ludzi będących tutaj boi się osobno i każdy chciałby mieć gwarancję że przeżyje. Sama mam nadzieję że i ja, i Kacper wyjdziemy z tego cało. Może jeszcze nie jest dane nam zginąć w tak okrutny sposób. Tamten więzień widać że jest zdesperowany, więc nigdy nie wiadomo co wymyśli by być wolnym. Oby tylko nie było więcej ofiar.

-----
ZNOWU NASI BOHATEROWIE WPAKOWALI SIĘ W KŁOPOTY
Dodał/a: Żan w dniu 8-03-2018 - czytano 349 razy.
Słowa kluczowe: Laura Kacper kryminał Żan

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "NIE POZWÓL MI ODEJŚĆ. Sezon 3. ROZDZIAŁ ÓSMY"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)