NIE POZWÓL MI ODEJŚĆ. SEZON 2. ROZDZIAŁ XIV

LAURA/

Siedząc spokojnie w pokoju w oczekiwaniu na Kacpra, bo miał przyjechać, zastanawiałam się nad tym, gdzie ja włożyłam komórkę? Wczoraj ściemniłam chłopakowi że byłam u mamy, a tak naprawdę pojechałam na spotkanie z Karlo – Nagle dzwonek do drzwi, więc wstałam wolno, idąc by otworzyć i to był kurier.
- Dzień dobry. Pani Laura Zwolska?
- Tak. - Przekazał mi niewielkie pudełko, a na nim dokument i długopis.
- Proszę to podpisać. - Zrobiłam jak kazał. - I jeszcze tutaj... Dobrze, dziękuję. Miłego dnia. - Odszedł.
- Miłego - wahałam się, ale z paczką wróciłam do środka. Przeszłam do kuchni kładąc przesyłkę na stole, a twardą taśmę przecięłam nożem kuchennym. Kiedy zajrzałam w głąb kartonu, moja komórka w foliowym opakowaniu. No tego to bym się nigdy nie spodziewała. Z pewnością to Karlo, ale czemu to miało służyć? Być może przy spotkaniu ukradł mi telefon, a teraz zwrócił. No ale to beznadziejne – W środku była też jakaś karteczka, ale żeby odczytać wiadomość na niej, musiałam otworzyć woreczek. — Wszystko pisane odręcznie.
- "Włącz telefon i czekaj" - Zrobiłam jak było napisane, komórka puściła i zdążyłam tylko usiąść, a zaraz po uruchomieniu się wszystko, włącznie z tapetą na której mam Filipa i Kacpra, ktoś zaczął dzwonić. Odebrałam od razu, ale też niepewnie w głosie.
- Halo.
- Jesteś sama? - Po drugiej stronie Karlo i trochę mi ułożyło.
- Jezu... Co się dzieje? Skąd miałeś mój telefon?
- Był mi potrzebny. Przygotuj się. Przyjedzie po ciebie mój człowiek.
- Co?
- Jesteś potrzebna.
- Co z Filipem?
- To z czasem. Będę miał okazję spotkać się z człowiekiem który zabrał ci syna.
- Co mam zrobić?
- Na razie co karzę. Przyjedzie jeden z moich ludzi, a ty masz wziąć ze sobą coś jak strój na wyścigi.
- Co takiego? Jestem w ciąży, nie zmieszczę się.
- Chyba nie jest jeszcze tak źle. Chcesz zobaczyć Filipa?
- No chcę, ale...
- Więc zrób to.
- A co dokładnie?
- Dał się namówić na szybką gotówkę. Resztę powiem później. Weź ubrania i telefon. - Rozłączył się. Nie mam pojęcia do czego to wszystko dojdzie, ale jeśli mam pomóc swojemu dziecku, jestem gotowa — Szybko przeszłam do pokoju i biorąc torbę, wsadziłam do niej jakieś ciuchy i buty na szpilce. Nie mam pomysłu co mam wziąć, więc zgarnęłam swoją nocną bieliznę. Jeśli działa na Kacpra, zadziała na każdego kto zna się na koronkach, o ile się w nią jeszcze wcisnę — Zajechał jakiś samochód, więc wsuwając podręczne buty, wyszłam z domu przechodząc przez bramę. Drzwi samochodu były otwarte na miejscu pasażera, ale jakoś wolałam zająć to z tyłu. Nie chcę siedzieć obok bandyty którego zupełnie nie znam — Od razu ruszył i przybrał szybką prędkość.
Przebyliśmy pół godziny drogi do Sopotu. Znowu? Pięknie tu jest, ale ostatnio źle mi się kojarzy — Kierowca zatrzymał samochód i na początek sam wysiadł, po czym otworzył też i moje drzwi.
- Wysiadaj. - Zrobiłam jak kazał biorąc torbę na ramię. Zaprowadził mnie do jakiegoś niewielkiego apartamentu na wzgórzu i dopiero tutaj pokazał się Karlo.
- Cała i zdrowa. Jak podróż?
- Gdzie Filip?
- Wszystko w swoim czasie. Najpierw...
- Posłuchaj - przerwałam nagle. - Jeśli próbujesz mnie wykiwać, wiedz że się nie dam. Zrobię wszystko by uratować syna, ale jak to jakieś twoje gierki, nie podaruję.
- Spokojnie - uznał łagodnie i z lekkim wyrazem śmiechu. - Ja zawsze dotrzymuję danego słowa. Wojtas jest w naszych sidłach, zawsze może być w twoich jeśli chcesz.
- Gdzie on jest?
- Drugie drzwi. Ma nadzieję że za wyścig dostanie forsę. Chcesz mu ją wręczyć?
- Płacisz przestępcy?
- Działa w swoim celu, ale ty zawsze możesz zrobić swoje.
- To dlaczego nie powiesz Kacprowi? Policja szuka tego drania od paru tygodni. Dlaczego ty nam w ogóle pomagasz?
- Wiesz... A ty? - zaczął okrążać stolik z alkoholem. - Ufasz mi. Dlaczego?
- Dla Filipa.
- No widzisz - nalał sobie brązowej cieczy i zaczął obracać szklanką. - Warto poświęcać się dla bliskich, nie?
- Jakich bliskich? Jesteśmy dla ciebie zupełnie obcymi ludźmi.
- Kiedyś to zrozumiesz - westchnął biorąc łyka. - Chcesz możesz wejść.
- Dzięki, zaczekam do startu.
- Start o północy. Miło będzie jeszcze raz popatrzeć na ciebie w obcisłym stroju, złotko. - Uśmiechnął się, ale przekręcając oczami sama wybrałam sobie jakiś pokój. Jest zaledwie dwudziesta, więc jednak mam trochę czasu — Kładąc się na kanapę, postanowiłam odpocząć, bo nie najlepiej się teraz czuję.
Po paru godzinach zaraz przed północą, plany się trochę zmieniły. Przetarłam oczy ze słabego snu i słyszałam jakieś strzały. Bałam się wyjść z pokoju, bo nie wiadomo co się dzieje za ścianą. Po pewnym czasie jakaś stłuczka szyby i hałasy przeszły korytarzem do wyjścia. Nie mogłam wytrzymać i biorąc ze sobą jakiś metalowy pręt z ozdoby kominka, przeszłam śladem krzyków i szarpaniny — Okazało się że to szarpanina pomiędzy ludźmi Karlo, a tym człowiekiem co powinien mieć Filipa — Wyrwał się i uciekł.
- Gonić go! Na co czekacie?! - krzyknął Karlo i chyba szedł po mnie.
- Co się dzieje?
- Zostań tutaj - kazał i odszedł. Jakoś nie byłam przekonana by tu dłużej być, puściłam się przodem. Przebiegłam przez zniszczony korytarz napotykają po drodze na broń. Zawahałam się, ale podniosłam i otwierając magazynek sprawdziłam stan naboi. Kiedyś nie umiałam tego robić, ale podpatrzyłam u Kacpra i już wiem mniej więcej co do czego służy — wsunęłam pistolet z tyłu za spodnie i w końcu wybiegłam przed budynek. Reszta grzała samochodami, no a ja...? — rozejrzałam się, odnajdując w zasięgu wzroku jakieś auto. Dużo nie myślałam, tylko idąc modliłam się by był otwarty i miał kluczyki. Kiedy wsiadłam poczułam ulgę, wszystko na miejscu. Odpaliłam i wybierając kierunek, ruszyłam za resztą ludzi Karlo. Wszyscy zbliżali się jakby w stronę portu, a więc...
- Statek - szepnęłam przyspieszając by nie być w tyle. Oni wbiegli na pokład, też chciałam, ale mnie zdążyła przechwycić ochrona.
- Jest pani gościem?
- Ja... Tak.
- Bilet poproszę.
- Słucham? - Patrzył na mnie przez chwilę jak na kogoś nienormalnego, ale zaraz stanęłam prosto i wolno odeszłam do tyłu — Muszę mieć ten bilet, ale... No tak — Podeszłam do ludzi stojących w kolejce. Jedna pani była rozgadana, nie uważna, więc idąc w miarę szybko złapałam za bilet który wystawiał jej z kieszonki.
- Ej!
- Przepraszam, jest mi potrzebny! - Nie zwolniłam biegu, tylko zanim mnie dopadła, wręczyłam papierek innemu kapitanowi statku i wpuścił mnie na pokład — Jejku, ale tu ludzi, korytarzy i wszystkiego... Jak ja znajdę ludzi Karlo? — Jednak zaraz strzał sam mnie przywołał, a wśród pasażerów rozpętała się panika. Ruszyłam schodami na górę w miarę kierunku z którego dobiegają dźwięki. Facet którego bardzo dobrze znam właśnie zbiegał czołowo przede mną. Wyjęłam broń kiedy był blisko i się zatrzymał.
- Co jest? - jęknął. Nie odzywałam się, a on zmarszczył brwi. - No proszę... - rozluźnił się. - Znowu się spotykamy.
- Nie ruszaj się.
- Odłóż to, dziewczynko - kazał i zrobił to za mnie. Nagle chwycił mnie tak szybko że w jednej sekundzie stałam się jego zakładniczką.
- Stój! - krzyknął ktoś z tyłu, a ten nie zamierzał, tylko zbiegł ze mną z powrotem na dół i wpadliśmy do jakiegoś pomieszczenia wyglądającego jak jeden z pokoi. Walnął mnie na łóżko i barykadował drzwi.
- Nie! - krzyknęłam, próbując by przestał, ale był silniejszy i tylko mnie odpychał. - Oddaj mi dziecko, draniu!
- Zamknij się!
- Nie! - Zaczęłam walić w ściany. - Ratunku! Pomocy! Tu jesteśmy! On mnie trzyma!
- Zamknij się! - podbiegł odciągając mnie na podłogę i zagroził bronią kiedy upadłam plecami. - Przestań się drzeć, albo inaczej cię uciszę.
- Oddaj mi dziecko.
- Spadaj. Nie mam z tym już nic wspólnego.
- Gdzie on jest? Tylko tego chcemy. Tylko dlatego cię ganiają. Zawsze mogą przestać jeśli ja będę tego chciała. Powiedz, gdzie on jest. - Drzwi nagle zostały przestrzelone i facet wcale nie zamierzał mnie słuchać. Dalej kombinował jak się uwolnić.
- Chodź tutaj - pociągnął mnie i przestrzelił śruby kratki wentylacyjnej. Zdjął osłonę i kazał mi wejść przodem. Kiedy się buntowałam, sam mnie wepchnął. Trzeba było iść na kolanach, podpierając się rękami i uważać na głowę, bo zamiast sufitu wentylacji, są wiatraczki przepuszczające powietrze. - Idź - kazał szorując za mną. Szłam dalej, aż w końcu zobaczyłam światło w tunelu, a to znaczy że zbliżamy się do jakiegoś kolejnego pomieszczenia. Zgadzało się, dotarliśmy do nieco większej sali. Chciałam pchnąć kratkę, ale z pewnością jest tak samo przyczepiona z tamtej strony. - Przesuń się - wycelował, zdążyłam tylko zatkać sobie uszy, i strzelił. Echo się odbiło, a kratka odpadła. Wydostałam się jako pierwsza, chciałam uciec, ale złapał mnie za nogi. Pisnęłam, bo się nie udało, a ten patrzył na mnie niezadowolenie. - Lepiej tego nie rób. - Sam wyszedł i trzymając mnie za nadgarstek myślał co dalej.
- I tak cię znajdą.
- Milcz.
- Nie musisz tego robić. Powiedz mi tylko, gdzie jest Filip.
- Nie! - znowu odepchnął mnie na łóżko. - Za milczenie też mi płacą.
- Nikt ci nie zapłaci. Olaf jest w więzieniu.
- Coś ty powiedziała? - zbliżył się. - Kłamiesz!
- Nie. Policja go namierzyła. Ciebie też mogą namierzyć.
- Więc dlatego jesteś mi potrzebna - złapał mnie za łokieć i otwierając drzwi, wyszliśmy na korytarz. - Co chcesz zrobić? - Spytałam gdy zatrzymał się przy telefonie służącym do tego by przekazywać ważne informacje kapitanowi statku.
- Macie na pokładzie gości z bronią - wyznał w słuchawce. - Statek jest zagrożony. Karz ewakuować ludzi, albo wszyscy zginął. - Rozłączył się i zniszczył telefon.
- Po co to robisz?
- A myślisz że co? Będzie większa zabawa.


KACPER/

- Laura? - odezwałem się po przyjściu do domu, gdy wyszedłem z sypialni. Myślałem że śpi, ale łóżko okazało się puste. - Laura, jesteś tu? - otworzyłem drzwi do pokoiku Filipa, a po zaświeceniu światła, tak samo nic. - Laura, to nie jest śmieszne. Odezwij się. - Przebyłem wszystkie pomieszczenia i zdałem sobie sprawę że jej tu nie ma, ale w takim razie gdzie jest? Środek nocy, gdzie by poszła? — W kuchni na stole jakieś pudło w postaci... Przesyłki? — chwyciłem za niewielką karteczkę przykrytą folią.
- "Włącz telefon i czekaj." - Przecież ona ten telefon zostawiła u rodziców, tak mi powiedziała. Chyba że... Nie. Nie okłamała by mnie — Wybiegając z domu do samochodu zacząłem dzwonić do dziewczyny nieustannie, ale ta nie odbierała. Jechałem prosto do biura, bo muszę jakoś działać. Jeśli ten drań znowu w jakiś sposób działa próbując teraz odebrać mi Laurę, nie daruję.
- Klaudia, musisz mi pomóc - złapałem ją w panice. - Wojtas był u mnie w domu, zabrał mi Laurę i nie wiem co mam robić. Musisz mi jakoś pomóc, błagam cię.
- Uspokój się. O czym ty mówisz?
- Laura zniknęła z domu. Musisz mi pomóc.
- Ale jak? Ty jesteś pewny że to był Wojtas?
- Tak. No bo kto inny? Tylko on jest na wolności. - Patrzyła na mnie przez chwilę, ale moja panika ją jednak przekonała.
- Dobra. Siedź tutaj, ja porozmawiam z resztą.
- Ale się pośpiesz.
- To ty idź do wydziału śledczego i zgłoś porwanie. - Zrobiłem jak mówiła. Teraz niewiele mogę skoro szef kazał mnie zawiesić.
- Ludzie - wpadłem po schodach pojawiając się przed okienkiem. - Agent Niewiadomski, chcę zgłosić porwanie.
- Chwileczkę... - mruknęła jakaś rozlazła pani i zajmowała się czymś zupełnie innym niż powinna.
- Liczy się czas.
- Potrafi pan czekać?
- A pani potrafi pracować?!
- Proszę się nie unosić.
- To proszę notować!
- Nie mam długopisu.
- Co? - jęknąłem od razu, gotów rzucić się na nią przez szybę, ale ta wzięła za mikrofon.
- Ktoś podaje się za agenta, proszę wezwać ochronę.
- O tak...? Dobrze - odszedłem kierując się w drugie okienko w którym jak się okazało siedział ktoś bardziej sumienny i zechciał szybko przyjąć moje zgłoszenie — Zbiegłem z powrotem na dół i Klaudia właśnie rozmawiała z naszym szefem.
- Przykro mi, ekspertyza wciąż trwa. Nie mogę narażać agencji, bo to może być niewłaściwy człowiek który zdradził.
- Kacper? Przecież to nie on.
- Takie procedury. Jeszcze go pani broni?
- Tak. Niech go pan przywróci.
- Nie mogę. - Cofnął się i ją minął. Spuściła głowę, więc podszedłem. Spojrzała na mnie i pokiwała przecząco głową.
- Wiem, słyszałem.
- Zgłosiłeś?
- Tak, zaczną jej szukać.
- Chociaż tyle. Co zrobisz?
- Mam do ciebie prośbę. Wiesz kto kazał zesłać na Jurka Maślaka, areszt domowy?
- Areszt domowy?
- No tak. Byłem u niego dwa dni temu i powiedział że ma bransoletę z nadajnikiem. Nie może się ruszyć dalej jak sto metrów. Kto kazał mu to założyć?
- Nie mam pojęcia. Kto prowadził jego sprawę?
- No ja, ale... Nie kazałem mu tego zakładać, a on tak twierdzi że to niby w moim imieniu.
- Zaczekaj chwilę - minęła mnie i gdzieś odeszła. Przeszły może trzy minuty i wróciła z aktami Jurka. - Zaraz wyjaśnimy... - kartkowała. - Jest. - Spojrzałem przez jej ramię.
- Areszt domowy, podpisany jako aspirant Rafał Zawada - zmarszczyłem brwi. - Kto to taki?
- To chyba... Nie wiem - usiadła przed komputer wpisując to imię i nazwisko. - Mam. Służby zewnętrzne.
- Miał prawo?
- Ma takie prawo, bo Maślak był oskarżony za współudział z Gonzowskim którego zamknąłeś.
- Jest szansa że mu to zdejmą?
- Jeśli zechce pomagać.
- Kto o tym decyduje?
- Ty. Ale najpierw musisz porozmawiać z tym Zawadą.
- Tylko ciekawe, gdzie go znajdę...
- Trzecie piętro, pokój 36. Nie ma za co.
- Dzięki. - Ruszyłem od razu. Bieg po schodach trochę mi zajął, ale na szczęście dotarłem pukając do drzwi.
- Proszę. - Wszedłem wolno. - Słucham.
- Kacper Niewiadomski z wydziału śledczego SS. Rafał Zawada?
- Tak. W czymś pomóc?
- Chodzi o to - podałem mu akta Jurka. - Kazał pan zesłać na niego areszt domowy.
- Zgadza się.
- No to ja bym chciał teraz to zawiesić.
- Przykro mi - odłożył kartotekę. - To nie możliwe.
- Dlaczego?
- Toczy się sprawa.
- Tak. To jest jeden z tych których mam zamykać.
- Właśnie, to dlaczego pan jeszcze tego nie zrobił, agencie?
- Sprawdzaliśmy go. Działał na moją rzecz. Teraz też jest mi potrzebny.
- Skąd ta pewność że zechce współpracy z panem?
- Bo wiem. Życzę sobie żeby pan zdjął mu bransoletę.
- Teraz jestem zajęty.
- Mam panu dyktować paragraf dziewiętnasty - patrzyłem poważnie, aż ten w końcu wstał zapinając marynarkę.
- W porządku.

W czasie kiedy ten miał sprowadzić mi tu Jurka, ja czekałem aż ludzie skończą dokonywać śledztwa na podstawie ujawnienia twarzy tego kto włamywał się do mojego biura. Jestem podejrzany, bo na pierwszy rzut oka sam bym uwierzył, ale ta kominiarka i sytuacja... Muszą mnie uniewinnić.
- Zdjąłem ostatni kawałek - wyznał, więc teraz się skupiłem. - To nie Kacper - przyznał.
- Mówiłem.
- No to akurat było wiadome - zaczęła Klaudia. - Kto to jest?
- Zaraz połączę z bazą danych - zamilkł na chwilę, a zaraz komputer zapikał. - Wiktor Dębosz.
- Kto?
- Poszukiwany. Zbieg. Jeden z ludzi którzy uciekli razem z waszym Karlo, czy jak mu tam.
- Karlo? - podniosłem się. - Wiedziałem że zechce namieszać.
- Przecież to nie ma sensu - uznała dziewczyna.
- Ma. On coś kombinuje. Nie jest głupi i z pewnością nie zrobił tego dla narażenia siebie. - Spojrzałem na ekran swojego telefonu, patrząc na migający nadajnik który jest tam gdzie moja skradziona identyfikacja. - On czegoś chce.
- Ale czego? Co to jest?
- Połączyłem się ze swoją kartą wejściową. On musiał wiedzieć że tylko tak do niego dotrę.
- Więc co zrobisz?
- Dam mu to czego chce.
- Jak?
- Już ja wiem, jak. - Do pomieszczenia ktoś zajrzał z informacją że przywieźli Jurka, więc chciałem tam się udać, a w tym czasie Klaudia załatwi u szefa moje przywrócenie do służby. Jurek się szarpał z kajdankami na nadgarstkach, bo nie miał pojęcia co to ma znaczyć. W końcu zobaczył mnie i szarpał się jeszcze bardziej. - Możesz się opanować?
- Znowu ty?! Mówiłem żebyś dał mi święty spokój! Jeszcze ci mało?! Siniak jeszcze nie zszedł, więc mogę doprawić!
- Posadźcie go. - Rąbnął na krzesło, a ja wziąłem kluczyk do kajdanek które blokują mu ręce do tyłu. - Nie wiedziałem że cię aresztowali, okej?
- Chrzanisz!
- Mówię prawdę! Nie ja stoję za podpisem w twoich aktach!
- Uważaj, bo ci uwierzę - jęknął odwracając wzrok.
- Proszę - rozłożyłem na stół jego kartotekę. - Przeczytaj sobie i powiedz czyje widzisz nazwisko. - Spojrzał kątem oka i musiał uwierzyć.
- To niczego nie zmienia. Pozwoliłeś na to! - wstał rzucając się na mnie, ale ręce miał jeszcze sczepione, więc dałem radę się uchronić. Do interwencji przystąpiło też dwóch policjantów, ale tylko kazałem im zaczekać za drzwiami i więcej nie reagować cokolwiek by się nie działo.
- Jurek, nie mam z tym nic wspólnego. Sam dobrze wiesz że puściłem cię wolno.
- A teraz czego chcesz? Puść mnie.
- Nie mogę.
- No jasne!
- Nie mogę, bo musisz mi pomóc!
- Znowu?! Na pewno nie - uznał stanowczo. - Ostatnio mało nie przepłaciłem życiem i co? Nie chcę więcej dla ciebie pracować, rozumiesz? Możesz mnie nawet wtrącić do pudła, ale przynajmniej będę żył. - Patrzył poważnie, przestał się rzucać i usiadł z powrotem na krzesło.
- Masz rację - westchnąłem w końcu. - Tak. Masz prawo odmówić, a ja nie mogę decydować za ciebie. To jest twoja decyzja, a ja muszę ją uszanować.
- Świetnie. Miło że to rozumiesz.
- Jurek, ale ja nie chcę żebyś siedział.
- Trudno. Swoje odsiedzę, potem będę wolny, zacznę wszystko od nowa. - Przytaknąłem mu i odłożyłem klucze.
- Powodzenia. Nie będę się więcej wtrącał. - Odszedłem. Jurek ma rację, bo ja nie pomyślałem co on może czuć. Pewnie od początku chciał zacząć normalnie, a ja mu przeszkadzam. Wcześniej żył w miarę spokojnie, mógłby tylko dostać zawiasy, a po tym jak wziąłem go na swojego pomocnika w śledztwie, wszystko bardziej się pokomplikowało. Nie pomyślałem że może on ma dosyć, chce się ustatkować. Trudno, dam mu spokój, jego wybór.
Dodał/a: Żan w dniu 26-11-2017 - czytano 139 razy.
Słowa kluczowe: Laura Kacper kryminał akcja poszukiwawcza Żan

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "NIE POZWÓL MI ODEJŚĆ. SEZON 2. ROZDZIAŁ XIV"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)