Najbliżsi są najdalsi

Dzisiaj opowiem jak osoby, które uważałam za bliskie zniszczyły mi życie.

Dosyć długo zbierałam się, aby napisać to wyznanie. Licząc od początku to jakieś 2 lata. Obecnie mam 22 lata i niezłą przeszłość zafundowaną mi przez niektóre osoby podające się jakoby za moją "rodzinę".
A więc może zacznę od początku. Roberta poznałam nie mając jeszcze 18 lat. Pamiętam to jak dziś - skwar, upalny letni dzień. Przyjaciółka zaprosiła mnie do siebie, on pracował u jej ojca w zakładzie. Tak się złożyło, że nie dało rady wejść przez główne wejście, dlatego koleżanka pokierowała mnie do wejścia bocznego. Wówczas moim oczom ukazał się On, nieziemsko przystojny, pełny sił Robert. Zakochałam się w nim od pierwszeg wejrzenia. Jakoś tak życie biegło i tak się ułożyło, że długo nie wiązaliśmy ze sobą kontaktów. Dni, miesiące mijały. Okazało się,
że zaczął pracować u mojego ojca, który ma swoją firmę. Pewnego razu napisał do mnie w walentynki. I się zaczęło. Potajemne spotkania, randki, kwiaty, czekoladki, prezenty. Zakochiwałam się z dnia na dzień. Jedyne czego nie mogłam zrobić to pochwalić się Nim całemu światu. Problem polegał na tym, że mój ojciec nie potrafił go zaakceptować. Nie wiem czemu. Być może uważał go za gorszego ( nie wiem jak tak w ogóle można oceniać ludzi) - bo o życie! był starszy ode mnie o 10 lat, ale co z tego, potrafił mnie szanować, a co najważniejsze kochał.
O Robercie wiedziała tylko moja mama. Lubiła go. Nasz potajemny związek ciągneliśmy dosyć długo - około dwóch lat. Wreszcie kiedyś musiało się to wydać. Zobaczył mnie razem z nim. Nagle wszystko legło w gruzach. Awantura, zakazy rzucane co zdanie. Musiałam walczyć, bronić siebie i jego. Pobił mnie mój własny ojciec. Uciekłam z domu - wiedziałam, że jak tego nie zrobię to nigdy nie udowodnię mu tego, że jestem niezależna i że nie może mi podskoczyć bo mam swoje własne życie. Te które uważały się za najbardziej "wspierające" mnie, okazały się najbardziej fałszywe jakie tylko do tej pory poznałam - najgorsze, że to babka i ciotka. Złość, nienawiść, żal i rozgoryczenie zapełniają moją duszę i serce do dziś. Na ich widok mam ochotę wygarnąć im wszystko w twarz. Pojechały do swojej rodziny i nagadały o mnie takich rzeczy jakich świat nie widział. Że jestem ćpunką, że to matka mnie biła, że żerujemy na ojca pięniądzach... Ze mnie zrobiły wariatkę, a z Roberta największego zbrodniarza, oszusta i mściciela jakiego by świat nigdy nie zobaczył. Dzięki Bogu, to ostateczne posiedzenie nagrała dyktafonem moja ukochana kuzynka, zresztą dzięki której się o tym wszystkim dowiedziałam - to zawertowało we mnie jeszcze większe omotanie, żal i nienawiść.
Zamieszkałam u R., do czego zresztą przez dłuższy czas namawiała mnie jego matka.
Co najlepsze - ona też zarzuciła mi kurtynę na głowę. Zaczęły się (odkąd u nich zamieszkałam) jakieś dziwne wyliczania pieniędzy, dziwne zarzuty (że znaczę teren, że źle układam produkty w lodówce, że źle zmywam, że za długo śpię). Doszłam do wniosku, że ona po prostu znęca się nade mną psychicznie. A na dodatek nie miałam żadnego wsparcia od R. Wstawał wcześniej (że niby porobić coś na podwórku), zostawiał mnie samą z tą czarownicą, a wiecie co było najgorsze - że udawał, że nic nie widzi. Zmienił się. Momentami miałam wrażenie, że o to wszystko, o naszą miłość walczę, a może walczyłam tylko JA. Po długich przepłakanych nocach doszłam do porozumienia ze swoimi zmysłami - wyprawadzam się. A wiecie co najlepsze... ta wariatka zabraniała mi tego bo i tu najlepsze "R.będzie zły". Nie chciała, żeby się wszystko wydało. Napisałam smsa mamie. Długo nie czekałam, była na drugi dzień. Spakowałam się i pojechałam. Najlepsze jest to, że jak się wyprowadziłam od R.on nagle nie odpisywał na smsy, nie oddzwaniał - bo spał. Wtedy zrozumiałam, że on po prostu bał się matki. Tchórz. Wszystkie te wydarzenia sprawiły, że niedługo po mojej wyprowadze od Roberta nasz związek się zakończył. Tzn. ja go zakończyłam. Uznałam, że nie chce być z człowiekiem, który nie potrafi się odciąć od mamusinowego "cyca" i który boi odezwać się słowem w obronie własnej kobiety. Płakał, błagał, prosił, robił wszystko co się da - jednak byłam nie ugięta. Dla mnie albo coś jest białe, albo coś jest czarne. On po prostu wybrał matkę a nie mnie. Potem zresztą próbował to odkręcić, twierdził, że jego matka wyniosła się z domu, że już z nim nie mieszka, że w końcu postawił na swoim. Jednak mi w sercu dalej pozostawało to co złe - nie bez powodu mówi się,
że dobre rzeczy się pamięta, ale złych się nigdy nie zapomina. Zdałam sobie sprawę, że jednak jestem w stanie wybaczyć ojcu, bo prawdę mówiąc trafiłam z deszczu pod rynnę, która obfitowała w potok ściekającej wody, która non stop wylewała mi się na głowę.
Od tamtych chwil minęły dwa lata. Inaczej patrzę na świat. Z dziewczyny, która chciała mieć usłane życie różami, został tylko ochłap. Mój charakter obrócił się o 360 stopni. Wszystko widzę w czarnych barwach, jestem 100% pesymistką. Od tamtej pory nie miałam mężczyzny. Nie potrafię pokochać. Póki co nie umiem. Zaczęłam studia. Takie, które sprawią, że będę szczęśliwa - bo zawsze chciałam pomagać ludziom. Takie które sprawią, że będę niezależna.
Póki co nie potrafię do tej pory wybaczyć babce i jej córce.
Teraz podobną historię z nimi przeżywa ta właśnie moja kuzynka, co mi to nagranie podesłała.
Dodał/a: Emilia w dniu 11-12-2016 - czytano 605 razy.
Słowa kluczowe: miłość historia nieszczęśliwa nieszczęśliwa miłość żal smutek Emilia

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Najbliżsi są najdalsi"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)