Koszmar
Minął już miesiąc, faktycznie byliśmy w kontakcie, nawet dobrym. Telefony, facebook, nasza-klasa. Gadaliśmy też na skype, nie lubił tego bo często widziałam że płacze jak pytałam kiedy wróci.
Minęło pół roku, od tygodnia nie mam z nim kontaktu nie wiem co się dzieje. Próbuję się dodzwonić, nieskutecznie.
Dzwoniłam do jego matki, on jest w szpitalu, wcale nie wyjechał, ma nowotwór, nie chciał mnie martwić i dlatego kłamał. Cały on, mój misiek. Od razu wsiadłam do auta byłam w szoku płakałam, łzy ciekły mi po policzkach to starszne, on umiera a mnie tam nie ma. Na miejscu zobaczyłam go w strasznym stanie. Ogólnie nie lubie szpitali, mdleje na widok tych cierpiących ludzi. Siedząc przy jego łóżku ledwo wytrzymywałam, naprawdę, zagryzałam wargi by nie szlochać. On się obudził i jedyne co powiedział to jakiś marny tekst typu "Wiedziałem, że tak będzie, nie płacz mała" i przytulił mnie do siebie, cały mój wariat. Gdy zasnął, poszłam do szpitalnej kawiarni na kawę, której tak nie lubi, musiałam to poukładać. Zdałam sobie sprawe, że on niedługo umrze i co ja wtedy zrobie, jaki krok wykonam, przecież tu nie chodziło o mnie tylko o to by on przerzył. Po pół roku leczenia i tylu dniach spędzonych w szpitalu przy jego łóżku, pojechałam do domu na dłuższy czas czyt. dwa dni. W nocy zadzwonił telefon... "Przyjedź, kocham cie, musimy sie pożegnać", głupek, nie może odejść, nie morze! Pojechałam tam jak najszybciej, kurde za puźno jego oczy już prawie się zamykały "kocham cie, mała" ... Zsunęłam się na podłoge, wciąż szczypałam cię w rękę, próbowałam się uwolnić, obudzić z tego koszmaru, nie dało rady.
PS: Opowiadanie jest oczywiście zmyslone, ale ma nadziej, że się spodobało, a juz niełdugo ciąg dalszy losów bohaterki
