Koniec, a może jednak początek?

Lato, wakacje, 8 rano. Obudził mnie sms od przyjaciółki. "Mam dzisiaj ostatnie spotkanie z moją promotorką przed obroną. Błagam, nie zostawiaj mnie samą. Bądź przed uczelnią o 10." No tak, Kaśka w ostatnim czasie zrobiła się strasznie nerwowa. Szybko uporała się ze swoją pracą licencjacką, teraz pozostała jej tylko obrona, lecz jej promotorka miała ciągle jakieś ALE. Nie mogłam jej zawieść w takiej chwili. Zwlekłam się z łóżka dość niechętnie, bo co to ma być? Ja mam wakacje, należy mi się spanie do południa i leniuchowanie do woli, a jak! W końcu w przyszłym roku zdaje maturę i muszę zebrać siły, poleniuchować na zapas. Wskoczyłam szybko pod prysznic, następnie "dziabnęłam" troszkę śniadania, które zrobił dla siebie brat. Oczywiście nie obyło się bez krzyków i gniewu. W pokoju zrzuciłam z siebie szlafrok i stanęłam przed szafą. Mój wybór padł na ulubione rurki i czerwoną bluzeczkę, która podkreślała co trzeba ;). Do tego czerwone szpilki, które dostałam od mojego boyfrienda na urodziny i dodatki. Czułam się tego dnia jakoś tak.. dziwnie. W lustrze dostrzegłam leżący na moim łóżku telefon. Przygryzłam nerwowo wargę, podeszłam do łóżka i wzięłam go do ręki. Wybrałam pierwszą osobę z kontaktów- Pawła. Wiedziałam, że coś się dzieje niedobrego, ale nie byłam do końca pewna co. Słyszałam kolejne "bipnięcia" i dalej nic, ponowiłam połączenie jednak on tym razem odrzucił. Obraził się na mnie czy co? Rzuciłam kątem oka na zegarek i zamarłam. Za 15 minut miałam mieć autobus. Szybko wskoczyłam w buty i ruszyłam w kierunku przystanku cały czas zastanawiając się o co Pawłowi chodzi. Pod uczelnią byłam po 20 minutach. Nerwowo krążyłam przed wejściem czekając na Kaśkę. Czułam cały czas, że ktoś mi się przygląda, lecz za bardzo nie mogłam dojść do tego kto, bo dookoła było pełno studentów. Nagle poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu
- Jesteś kochana, dziękuję.- przyjaciółka słodko się do mnie uśmiechnęła- poczekasz na mnie..? Za 10 minut Wójcikowa powinna się zjawić, muszę jeszcze do dziekanatu na chwilkę wejść. Zajmie mi to dosłownie chwilkę!
I nim się zorientowała, jej już nie było. Krążyłam jeszcze chwilkę pod uczelnią, po chwili uznałam jednak, że to bez sensu. Usiadłam na pierwszej lepszej ławce i znikłam w krainie marzeń z której jednak ktoś bardzo szybko mnie wybudził.
- Sorry- odezwał się ciepły męski głos zza mnie- Wyglądasz jak siódmy cud świata, jak znaleziona przeze mnie czterolistna koniczynka. Coś czuję, że przyniesiesz mi szczęście.
Obrzuciłam chłopaka wzrokiem. Miał może niecałe 2 metry wzrostu, czarne krótkie włosy, brązowe oczy i nieziemski uśmiech. Jednak całą swoją uwagę nie skupiłam na nim tylko na jego tatuażu, który miał na szyi. Wielki pająk. Poczułam jak przeszedł mnie zimny dreszcz.
- Ale.. o co chodzi, bo nie bardzo rozumiem?- jak to miałam w zwyczaju przygryzłam dolną wargę w oczekiwaniu na odpowiedź.
Tajemniczy nieznajomy uśmiechnął się rozbrajająco, po czym odwrócił się do mnie bezczelnie tyłem i się wypiął.
- Za chwilkę mam jeden z najważniejszych egzaminów w moim życiu. Dostanę od pięknej nieznajomej kopniaka na szczęście?
Zmrużyłam oczy, bez wahania podniosłam cztery litery i zasadziłam mu takiego kopniaka o jakim nawet nie śmiał marzyć. Nieznajomy głupkowato się uśmiechnął i.. zniknął chwilkę potem bez słowa z tłumem studentów, którzy pchali się jeden przed drugim do wejścia gasząc pospiesznie papierosy. Usiadłam na murku przy wejściu i niczym dziecko zaczęłam wymachiwać nogami patrząc co chwilkę na zegarek. Co ta Kaśka sobie myśli? Że będę tak bezczynnie tutaj pół dnia siedzieć? Muszę się jeszcze spakować przed wyjazdem, zrobić zakupy, namierzyć Pawła.. WYJAZD.. Kompletnie o nim zapomniałam. Przecież za 2 dni wyjeżdżam na pół roku do Holandii. Nie no, teraz tym bardziej muszę się zobaczyć z moim lubym i ustalić co nieco. Jak nagle zniknęłam tak samo pojawiła się "znikąd" przyjaciółka.
- Sorry Miśka, niepotrzebnie Cię zrywałam dzisiaj rano. Zaraz będzie tu po mnie Emil i potem, no wiesz.. Zabiera mnie na obiad, potem do kina. Przepraszam no!
- Jasne, nie ma sprawy.. To nara
Ostro wkurzona ruszyłam przed siebie. I po co było to wszystko? Wsiadłam w pierwszy tramwaj jadący w rejony mojego lubego. Na przystanku spotkałam jego kumpli
- Siemka Zielu, nie wiesz gdzie jest Pablito? Od 3 dni próbuje go namierzyć bez skutku.
- Sam się zastanawiam gdzie ten leszczu jest, może wy coś wiecie chłopaki?
Spojrzał wymownie na reszte kolesi co nie umknęło mojej uwadze.
- Dobra, wiem. I tak będziecie go kryć. Nara.
Nie, tego już za dużo! Biegłam jak głupia przed siebie, po kilku minutach stałam już na klatce przed jego drzwiami, w które waliłam jak oszalała. Oczywiście nikogo nie było. Wygrzebałam z torebki notatnik i zostawiałam mu krótką wiadomość, którą wsunęłam w drzwi "pojutrze wyjeżdżam jakbyś zapomniał. Mam nadzieję, że jednak będziesz na lotnisku. Całuję. S."
Oczywiście nie pojawił się 2 dni później na lotnisku ani nie dawał nawet żadnego znaku życia. No nic, nie wie co traci. W beznadziejnym humorze pożegnałam się z rodzicielami i najbliższymi przyjaciółmi, na lotnisko pojechałam sama.
Na miejscu czekała mnie niespodzianka. Długi e-mail od Pawła. Przepraszał mnie za wszystko, pisał, że miał po prostu gorsze dni i musiał pobyć sam. Zrozumiałam. Przez kolejne miesiące godzinami przesiadywaliśmy na skypie i zapewnialiśmy się o naszej wzajemnej miłości. Nim się zorientowałam pora było wracać do PL. Cieszyłam się jak małe dziecko, jednak Paweł jakoś tak.. Przygasł. Pewnego dnia wypalił
- Jak wrócisz musimy chyba o czymś pogadać.
I przerwał połączenie. Długo myślałam o tym, co chciał mi powiedzieć, długo jednak nie musiałam na odpowiedź czekać. Po tygodniu byłam już w kraju. I powtórka z rozrywki. Nigdzie nie mogę namierzyć Pabla. Pewnego dnia moja mamita poprosiła mnie, żebym zrobiła dla niej zakupy. No okej, łaj not? Zrobiłam szybko listę, przebrałam się i nie wiem czemu, ale miałam przeczucie, żeby nie robić ich na pobliskim bazarku, tylko w rynku.
Wychodziłam z warzywniaka. Wypuściłam torbę rozsypując przy tym całą jej zawartość. Mój Pablo stał przy fontannie z jakąś barbie girl i jak gdyby nigdy nic lecieli w ślinę. Moje oczy były pełne łez, które zresztą zaraz spływały mi jak grochy po policzkach. W tej chwili moje życie całkowicie straciło sens. Zacisnęłam mocno zęby, miałam ochotę coś mu zrobić ale nie, nie był tego wart. Zaczęłam biec przed siebie nie patrząc na nic. Usłyszałam za sobą tylko czyjeś "UWAŻAJ!" i a potem miałam już przed oczami ciemność i czułam okropny ból. Odpłynęłam.
Ała.. moja głowa.. Otworzyłam oczy tylko po to, by za chwilkę znów je zamknął. Słyszałam zamieszanie dookoła. O co chodziło? Czy to z mojego powodu?
Ktoś dotknął mojego ramienia
- Halo, słyszysz mnie? Chyba odzyskuje przytomność..
- Taaak- wysyczałam.
Otworzyłam niepewnie jedno oko, nade mną klęczało kilku lekarzy w czerwonych strojach. Jeden z nich wydał mi się jakiś znajomy. Nie za bardzo wiem, co potem się działo bo znowu odpłynęłam. Obudziłam się dopiero w szpitalu. Miałam złamaną prawą rękę i wstrząśnienie mózgu. Następne godziny można było opisać tylko jednym określeniem: Jasna Góra. Normalnie pielgrzymki jakieś do mnie się odbywały, jak nie rodzice, to znowu Kaśka z tym swoim. Nawet pojawił się Paweł.
- Wyjdź!
- Kochanie nie rozumiesz..-zaczął się tłumaczyć bezsensownie a mnie tylko chciało się śmiać
- Wyjdź, bo zawołam lekarza!
- Ale..
- Wynocha!-wydarłam się na cały regulator.
Nagle w drzwiach pojawił się mój wybawca. Cały czas nie mogłam sobie przypomnieć skąd go znam..
- Jakiś problem?- odezwał się do mnie spokojnie. W jego oczach dojrzałam troskę.
- Ten pan nie może trafić do wyjścia- wskazałam głową na mojego już ex.
Dzielny lekarz tylko zrobił wrogą minę a Paweł nagle w cudowny sposób przypomniał sobie, że musi odebrać młodszą siostrę z przedszkola. Droga wolna, i niech więcej nie wraca bo nie chcę go znać.
Po chwili zorientowałam się, że mój wybawca nie odszedł, tylko stał w progu i jakoś tak.. Dziwnie mi się przyglądał.
- O co chodzi?- zapytałam niepewnie- coś nie tak?
- Zastanawiam się, jak mogę Ci się odwdzięczyć.
Odwdzięczyć? Ale..? Nie za bardzo wiedziałam o co mu chodzi.
- Nie poznajesz mnie, prawda?- posłał mi słodki uśmiech a ja poczułam nagle w sercu jakieś takie.. ciepło.
Nagle podszedł do mnie i usiadł na brzegu łóżka. Coś czarnego na jego szyi rzuciło mi się w oczy
- Co to za tatuaż? Mogę zobaczyć?
Posłusznie odchylił głowę. Pająk.. Czyli to..
- Więc to Ty?- zaczęłam niepewnie.
- Kto by pomyślał, że przyjdzie mi kiedyś jeszcze spotkać mój ulubiony Talizman Szczęścia. Chciałem Ci podziękować, spisałaś się wtedy na szóstkę! Egzamin mimo że nie zajrzałem nawet do książek zdałem na piątkę.
Nim się zorientowałam poczułam ciepłe wargi na swoich ustach. Zatopiłam się w pocałunku. Chwilkę później patrzył na mnie tymi swoimi wielkimi brązowymi oczami.
- Czy pozwolisz mi się Tobą zaopiekować jak wyjdziesz stąd?
Bez wahania się zgodziłam. Od tamtego dnia minęło już sporo czasu, a Robert, bo tak ma na imię, opiekuje się mną do dziś. I mam cichą nadzieję, że tak już będzie do końca życia.
Dodał/a: Sandzia w dniu 18-10-2011 - czytano 853 razy.
Słowa kluczowe: opowiadania nastolatek miłość wypadek rozstanie szczęście Sandzia
Kategoria: Miłosne

Komentarze (6)

miśkadnia 2011-10-21 20:13:00.

jeeeee to jest cudownee!! pisz dalej :-D

Kasiadnia 2011-10-22 10:05:57.

Super

tynka:)dnia 2011-10-22 14:15:59.

Cudo

Kaśka ;)dnia 2011-10-31 14:17:35.

Będzie dalej ? ;)

Michalinndnia 2011-11-03 15:02:00.

Jesteś zajebista ! To opowiadanie jest zajebiste ! Szybko dodawaj następne ! :-)

mychadnia 2011-12-21 11:10:41.

zaaajeeeebiiisteee

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Koniec, a może jednak początek?"

(pole wymagane)