Kiedy śpią anioły cz. 1

Cherubinek
Odpowiedź szesnastolatka była rzeczowa: Skoro zbyt długie, słońcem kręcone loki są dla ciebie zadrą w oku, to nie będzie ich w ogóle! Wiosna, czas przemian, nowych narodzin Rafała. Po szkole, jak zwykle wylądowaliśmy u M. na penthouzie. Jego rodzice nigdy nie pojawiali się przed osiemnastą. Taki czas dla durnych jełopów, gdzie mądre pomysły były rzadkością, a te głupie zdecydowanie dominowały nad pierwszymi. Usiadłem na kibelku, robiąc co swoje, rozglądałem się po ogromnej łazience Woronowiczów. Po paru minutach krzyknąłem:
- Masz elektryczną golarkę?
- A na uj ci golarka? Co ty chcesz chłopie golić? - mówiąc to, wszedł do łazienki, gdzie stałem przed lustrem z rozpuszczonymi włosami.
- Chcesz je opierdolić na pałę? - Patrzyłem na niego w milczeniu. Skinąłem głową. M. chwilę pomyślał, po czym walnął
- No dobra, to jedziemy… - Wyciągnął maszynkę z górnej półki. Wetknął wtyczkę do gniazdka, zabzyczało.
- Jaką długość pan sobie życzy?
- Na pałę!
- Nie, no stary, taki efekt to tylko przy użyciu maszynki do golenia, teraz ojebie cię na zapałkę, a potem oskrobię do zera. - Kiwnąłem głową.
Nachyliłem łeb nad umywalką. Energicznie przesuwał ostrze od nasady głowy wprzód. Kosmyki włosów spadały jeden po drugim.
- Byłeś cherubinek, teraz będziesz skinek… - recytował kilkakrotnie, ścinając bezlitośnie blond loki. - No, pokaż się chłopaku! No, no skinek jak się patrzy! Tego chciałeś? - Objął moją twarz obiema dłońmi, obracając w stronę lustra.
- Chyba tak...
- To co? Skrobiemy na zero? - Maćko odnalazł się w roli szalonego barbera.
- Nie! - krzyknąłem, wystraszony zbyt gwałtowną zmianą, którą sobie fundowałem.
- Jest okej!
Dobrą chwilę, nieruchomo, staliśmy przed lustrem ze wzrokiem wbitym w moją twarz. Widziałem pogubionego małolata, który zrobił coś, na złość komuś, wbrew sobie. M., raz po raz, uśmiechał się głupkowato. Dla niego to była dobra zabawa, nie rozumiał przemiany, swoistego przywdziania barw wojennych, plunięcia w twarz oprawcy z przesłaniem o paru wygranych bitwach... ale wojna trwa!
- Dres by się przydał? - rzuciłem do do lustra.
- Chodź... - M. zanurkował w szafie, przekopując przepasne półki i najgłębsze zakamarki. .- To będzie na ciebie za małe... Pumy ci nie dam... nie, to też nie... Adidas jest passé.
Jak nie szalony barber, to stylista „dresiarz”! Nie poznawałem przyjaciela. Ten błysk w oku obnażał jego własne pragnienia do przywdziania barw wojennych.
- Adik jest okej! - krzyknąłem, wyrywając upatrzone wdzianko przyjacielowi z rąk.
- Te typy noszą Adidasy... mogę? Znaczy... mogę tylko wziąć, bo nie mam kasy, żeby ci zapłacić.
- Luz. Jest twój.
„Byłeś cherubinek, teraz jesteś skinek”, przejąłem recytowanie M., nicując podarowany dres.
- Ściągaj te łachy! - rzucił hasło, niczym zniecierpliwiony stylista, który chciał obczaić dzieło przemiany.
- Co? - zapytałem wyrwany z recytacji w myślach.
- No ściągaj spodnie i nakładaj adika! - Nie dawał za wygraną, jakby chciał się upewnić, że całość nie była dziełem przypadku, tylko jego zadbania o moje dobre samopoczucie.
- Pójdę do łazienki. - odpowiedziałem zmieszany.
- Ej, co ty za ściemę walisz? ... - Stałem lekko osłupiony, nie faktem, że za chwilę zdejmę spodnie przy moim kumplu, a raczej tym, jak wyglądałem, jaką przemianę sobie fundowałem, chyba wbrew mojej naturze, wbrew temu, co mi w środku grało. Ta melodia... była trochę skomponowana na wyrost, niekoniecznie tego chciałem ani nie dorosłem do dorosłem. Nie była dla mnie, a raczej przeciwko mnie. Popatrzyłem na M., wyszedłem z zamyślenia, rozpiąłem spodnie, zsuwając je w dół. Zupełnie zapomniałem o wilgotnych bokserkach, które zostały do wyschnięcia na kaloryferze!
- Gdzie zgubiłeś naszki? - Maciej zupełnie nie przejął się moją nagością.
- Były mokre rano, nie wyschły... - odpowiedziałem, zasłaniając przyrodzenie, trzymając ściągnięte spodnie w dłoni.
- Dam ci swoje. Poczekaj.
Wyciągnął z szafy czerwone bokserki w żółte słonie.
- Trzymaj! Nie lubię ich... Za dużo trąb wokół mojej, i tak zakompleksionej cipki - roześmiał się. Są twoje!
Nałożyłem, pasowały jak ulał, pomimo że M. jest trochę wyższy ode mnie i jednak ciut więcej ważył, leżały idealnie.
- No, a teraz spodnie od dresu... Ziomek, wrzucaj je na siebie! Teraz bluza..., właśnie tak, no, wciągaj. Całkiem, całkiem, i to się nazywa, kurwa przemiana! Czekaj, czegoś tu brakuje. Czarnuchu! Buty! - krzyknął z euforią w głosie. - No buty! Oczywiście! Musisz mieć oryginalne adiki. Czekaj! - Pobiegł do przedpokoju, zaczął - jak to M. z zapałem przekopywać szafkę, po chwili, wywalił na przedpokój wszystkie pary, które znajdowały się na półkach, wrócił z nowiusieńkimi adikami w ręku.
- Masz! Babcia szarpnęła się na gwiazdkę. Kompletnie nie rozumiem, czemu uparła się na tego Adidasa, no ale wiesz, jak to babcie, nie mają równo pod sufitem, wiek robi swoje. Idą do pierwszego lepszego sklepu, kupują to, co im się podoba, albo co sprzedawca im wciśnie na siłę... Są twoje!
- Jesteś pewien? Podszedłem do M. objąłem go raminiem i przytuliłem do klaty.
- A przestań! Zakładaj! - uśmiechnął się. - No, no... teraz stary to nawet jesteś groźny! Maciej poklepał mnie po ramieniu. Nie zajarzyłem. Nabijał się, czy może jednak rozumiał, że chciałem tej zmiany.
- No... to teraz gadaj, komu chcesz przypierdolić? - zapytał nie na żarty.
- Wszystkim.... Hahaha. - zaśmiałem się wymijająco, zachowując oczywiście formę dobrego żartu! Myśli jednak krążyły dookoła gównianego Targówka. Powrót w tym stroju, z tymi włosami niechybnie skończy się wpierdolem.
- Może wyrwiesz jakieś dupeczki... to nie jest taki głupi pomysł, jak ci się trafi fajna blachara to daj znak, no ale to jeszcze fajna fura by się przydała! Sorry, Be-emki to ja nie mam, a gdyby nawet, to chłopie, jesteś mój najlepszy ziom, ale zostawiłbym ją sobie! Bez kitu! – odparł śmiechem.
Obróciłem głowę, zobaczyłem swoje odbicie w lustrze. Mój nowy, dresiarski byt. Chyba zwariowałem do reszty! A co mi tam. Niech się dzieje! - pomyślałem. M. stanął obok mnie. Objął ramieniem, jedna twarz radosna, szczęśliwa, tętniąca życiem, druga pogubionego bachora.
- Gdybyś jednak potrzebował pomocy, no wiesz, jak byś chciał komuś przypierdolić... to wal śmiało, jak w dym. - Nie żartował. Mówił zupełnie serio. Przemilczałem.

PANI BASIA
Zniknęły blond loki, moja twarz stała się mniej chłopięca, a bardziej męska. Adik trochę za duży. Brakowało reklamówki przy boku i mógłbym spokojnie wylądować na Centralnym. W pewnym sensie, nieświadomie kreowałem przyszłość. On zawsze powtarzał:
- Koryto masz do ukończenia LO, a potem won z domu!”
Czyżbym przygotowywał się do roli kloszarda, a tylko świadomym wyparciem była przemiana w dresa? Moje rozmyślania przerwał dźwięk klucza przekręcanego w zamku drzwi wejściowych.
- Dzień dobry... czy my się znamy? - Kobieta ze zdziwieniem zareagowała na nową twarz w swoim mieszkaniu.
- Tak, pani Basiu, to ja Ralfi! - odpowiedziałem, jak zwykle grzecznie ułożony dla dorosłych spoza domu.
-Rafał? Co się z tobą stało, dziecko? - Odkładając torebkę na półkę, jej zdziwienie nie schodziło z ust.
- Wpadł pod kosiarkę marki skin, mamuś – M., - Nie odrywając palcy od klawiatury, nabijał się z mojego wyglądu, krzycząc ze swojego pokoju.
- Rafał co się stało? Dlaczego? Co zrobiłeś ze swoimi pięknymi włosami!? - pani Basia wyraźnie zaniepokoiła się.
-Pani Basiu... przepraszam, muszę już iść... - Energicznie chwyciłem za klamkę... Była szybsza. Przytrzymała rękę.
- Poczekaj, poczekaj, nie tak szybko chłopcze! Musimy poważnie porozmawiać! Chodź! Zrobię ci herbaty z cytryną, taką, jak lubisz, usiądziemy, opowiesz skąd ta przemiana... i ten nieszczęsny dres… Rafał! To nie ty chłopcze! Poza tym, co to za nowomoda, żeby nosić dresy na co dzień, zamiast do biegania!? - Nie dawała za wygraną, chwyciła mnie za ramię, prowadząc do kuchni.
Pani Basia była wyraźnie zaniepokojona. Ileż bym dał, żeby oni przeprowadzili ze mną taką rozmowę! Niepokoili się, pytali: Dlaczego? Co się stało? Skąd taka decyzja? Słuchając, nie mogłem się nadziwić. A właściwie nie mogłem się nasycić jej troską o mnie. Piłem sobie gorącą herbatkę z cytryną, siedziałem przy stole w ich ogromnym salonie, patrzyłem w oczy tej kobiety i słuchałem, słuchałem, słuchałem...”Moja mama” - pomyślałem... Chciałbym, żeby pani...
- No dobrze, oby ta potrzeba zmiany nie zagościła zbyt długo na twojej głowie! Szczerze? Te loczki były obłędne!. - uśmiechnęła się, posmyrała dłonią po szczecinie. - Chodź, pomożesz zrobić kolację. Na Maćka nie mam co liczyć, a ty pomimo groźnego wyglądu chyba dalej potrafisz kroić chleb i siekać warzywa, hm? - uśmiechnęła się cieplutko z twarzą pełną zrozumienia i takiej zwykłej akceptacji.
Powróciłem ze świata fantazji do rzeczywistości. Staliśmy w ich ogromnej kuchni. Kroiłem chleb na blacie wyspy. Pani Basia, tuż obok mieszała winegreta – rozmawialiśmy, śmialiśmy się. W tamtym momencie mógłbym pójść do łazienki, zdjąć ciuchy, oddać Maćkowi adiki, wrócić do kuchni i powiedzieć: „Miała pani rację, to przecież nie byłem ja…” Zjadłem kolację, podziękowałem za wspaniałą sałatę z winegretem, którego nauczyła mnie przygotowywać, pożegnałem się i wyszedłem.
Przypierdolił. Mocno. Moje ciało przeturlało się z przedpokoju do gościnnego. Dopadł mnie przy fotelu, złapał swoim ohydnym łapskiem za bluzę od podarowanego dresu, przyciągnął do ryja, pytając:
- W co ty kurwa ze mną pogrywasz, mały chujku? W co kurwa, się pytam! - Patrzyłem mu prosto w oczy, nawet na chwilę nie zdjąłem wzroku...
- Dalej! No napierdalaj! - krzyczałem. - Napierdalaj tak, żebyś mnie zajebał! Noooo, co kurwa!? Nie masz odwagi?!
Kopał tak mocno. Nie mogłem oddychać. Wiedział jak bić, żeby nie było widocznych śladów. W twarz przypierdalał, tylko wtedy, kiedy były ferie lub wakacje. Siniaki pod ubraniami były niewidoczne. Pewnie dlatego rozważałem wybranie sportowe LO. Musiałbym często przebierać się w szatni, chodzić z chłopakami pod prysznic... ktoś zauważyłby wybroczyny na całym ciele. Uświadomiono mi, że nie jestem typem sportowca, a zdecydowanie humanisty – depresyjnego humanisty... Typem introwertyka, takiego mola książkowego, co to może zanurzyć się w Perfetta mente! na całe godziny i zapomnieć o otaczającym go świecie! Dobrze, że znalazł się ktoś, kto potrafił wskazać drogę edukacji.
Nie pamiętam ile kopniaków sprzedał. Pięć. Może dziesięć. Pamiętam jedynie twarz matki. Co jakiś czas pojawiała się w drzwiach, trzymając w ręku ścierę i talerz, patrzyła na mnie. Miała tępy wyraz twarzy, żadnych emocji – on mnie kopał, a ona patrzyła wycierając ten pieprzony talerz, pieprzoną ścierą. To bolało bardziej niż te kopniaki! Myślałem wtedy o pani Basi, o tej cudownej kobiecie, pełnej ciepła, takiej normalnej dobroci i troski o własnych synów… i o mnie.
Po wszystkim kazał wstać, nie mogłem oddychać, a co dopiero wstać! Chwycił mnie, podniósł...
- Nie graj ze mną w chuja, pedalska cioto! Nie wygrasz, rozumiesz? Albo będziesz kurwa mężczyzną, albo cię zajebię! - Kopniakiem z kolana przyładował w krocze. Zawyłem, skuliłem się z bólu, puścił, upadłem.
- Wypierdalaj do swojej nory, won pizdo!
Czołgałem się do łóżka, jak zbity pies do własnej budy, który niebacznie przeskakując susłem ulicę został potrącony przez samochód. Jeszcze parę metrów. Dasz radę. Jeszcze parę kroków... pchnąłem głową drzwi, walnęły o szafę, która stała po lewej stronie. Wczołgałem się przez próg. Nie miałem siły podciągnąć obolałego ciała na tyle, aby położyć je na tapczanie. Zostałem do rana na podłodze. Nie pamiętam, czy zasnąłem, czy może straciłem przytomność. Pamiętam, jedynie panią Basię. Tę uśmiechniętą, rozumiejącą kobietę.
- Zamknij się kurwa i liż rany pedale!
Dodał/a: TomaszZ w dniu 31-01-2017 - czytano 521 razy.
Słowa kluczowe: rafał maciej książka anioły kiedy śpią Jerba Adam dramat psychopata początek serii TomaszZ

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Kiedy śpią anioły cz. 1"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)