Każde serce jest czerwone

Wstęp
Czy ludzie chcieliby żyć jak bajkach, jeśli nigdy, by ich nie usłyszeli? Szczęśliwe zakończenia są dla mięcza-ków. Zechcesz być twardzielem? Wszyscy chcą łatwości. Najkrótszej ścieżki. Najwięcej wskazówek. Jesteśmy tchó-rzami. Gdyby tak nie było, nadal krzesalibyśmy kamienie i biegali za mamutami. Bo nikt nic nie zrobiłby tak, żeby było prościej.
Co jeśli rodzice Śnieżki nie zmarli tylko poszli w zwyczajową „trąbę”? Jeśli Kopciuszek zyskałby takie prze-zwisko nie od osadzającego się na jej twarzy popiołu, ale od palenia fajek? Jeśli książę okazałby się gburem, a twarz Pięknej przykrywałby wielki pryszcz?! Historie nigdy nie są proste… i ta taka nie będzie. Zaczęła się tam, gdzie inne zwykle się kończą. Napis: „The End” i spis aktorów próbujących swoją przystojnością umilić nam chwilę komercji, wygłaszającej tradycyjne hasło: „Żyli długo i szczęśliwie”. Właśnie tu się zaczęło…
Rozdział I
-Obejrzeliście fragment silnie schematyzowanej komedii.- nauczycielka ciągnęła wyrazy podniosłym to-nem.- Życiowa klęska, zmiany, wir zdarzeń, tajemniczy bohaterzy przeplatający się w różnych momentach i …
-Szczęśliwe zakończenie.- dokończyła Hana, ziewając.
-Nie da się ukryć. Komedie zazwyczaj innych nie mają.
-Zawsze. Mają.
-Nigdy nie rozumiem tego emanującego z ciebie „entuzjazmu”. Co masz przeciwko…?
-Czy filmy, książki mają w ogóle sens, jeśli nie opowiadają o życiu?!
-Ależ opowiadają. Oglądałaś.
-Tak? Proszę mi powiedzieć, kiedy ostatni raz widziała pani białego rumaka? Albo chociaż „księcia”? Kiedy ostatnio wpatrywała się pani w zachód słońca, ale nie tworzyło ono wyłącznie swojego cienia, ale kogoś obok? I kiedy szepnęła do siebie: „Kocham życie”?
Głośno przełknęła ślinę. Nie miała odpowiedzi. Nie chciała odpowiedzieć. Bo trzy razy „nie” jest równo-znaczne z przysłowiem do trzech razy sztuka. Z przyciśnięciem przez jurorów trzech przycisków STOP w programie poszukującym talentów. Z trzecim upadkiem. Zrobiła się bordowa ze złości. Szybko podeszła do tablicy i nabazgrała coś kredą, jakby w nadziei, że część pyłku osadzi się na jej policzkach i zakryje ich czerwień. Zadzwonił dzwonek. Ten z tych, na który uczniowie czekają wraz z przekroczeniem progu. Ostatni. I nie mówimy o ostatnim tego roku, ale ostatnim w tygodniu. Podwładni tej instytucji, eufemistycznie zwanej szkołą, nie myślą w tak odległych katego-riach. Lawirowanie pomiędzy pragnieniami przetrwania do wakacji bywa męczące, jeśli dni upływają w tempie mrugania powieki leniwca. Toteż lepiej jest ustawić cel, który można spełnić w pięć dni. Oczekiwać na weekend. Hana miała zamiar spełnić go już w tej sekundzie. I z pierwszą nutą wrzaskliwego tonu dzwonka, ale zatrzymał ją dla odmiany cichy i opanowany ton nauczycielki:
-Ty, Hana. Stop.
Oho. Wie co to znaczy. Imię. Stop. Jedno- karne nadgodziny. W najlepszym wypadku: uporządkowywanie archi-wów filmowych. W najgorszym: uporządkowywanie ich alfabetycznie. Pomijając fakt, że pani Tina Edenburg może zdecydować, że woli hierarchiczność według tytułów, w chwili, gdy ty przefiltrujesz je pod względem nazwisk reży-serów. Tak uczniowie potrafią zmarnować sobie swój dwudniowy cel.
-Podejdź.
Teraz muzyka grozy i echo jej ciężkich butów, ostro ocierających się o podłogę.
-Tytuły czy nazwiska autorów?- Zapytała dziewczyna, by zamienić wątek pasujący do dramatu na optymi-styczniejszą wersję taniego kryminału. Skrócić napięcie. Przejść do sedna.
-O nie. Tym razem nie będzie tak łatwo. To będzie twoje nazwisko. Twój tytuł. Masz pięć miesięcy.
Wyszła. Oburzona uczennica odwróciła się, by zobaczyć, jak znienawidzona kreatura się oddala. Raczej w nadziei, że wzrok Hany może przesuwać przedmioty i pod wysuwającą się naprzód stopą nauczycielki, położy się skórka z banana. (To wycinek z kreskówki).
Czyli ma stworzyć swój własny film?! Kiedy to pytanie nawiedziło jej głowę, odpoczywała na fotelu ze słuchawkami na uszach. Do pokoju weszła Melania. Szukała coś i wywijała spotkanymi po drodze rzeczami, ale z ruchu ust Hana nie zdążyła niczego wyłapać.
-Widziałaś moje notatki z historii przedwojennego kina?!- zrozumiała, gdy ta agresywnie zdjęła jej słu-chawki.
-Jest piątek.
-Pytałam czy widziałaś…
-Zamierzasz szukać je w piątek!?
-Coś ty się tak uczepiła tego piątku, mówię o notatkach. Zepsułaś sobie już bębenki. Zaraz… słuchasz tak głośno zawsze, jak ktoś lub coś zajdzie ci za skórę.- powoli dedukuje.
-Co do piątku, to taki dzień tygodnia, który staje się co tydzień realnym marzeniem każdego ucznia. Mogła-byś to w końcu przyswoić skoro potrafisz wykuć setkę definicji, które powinien znać operator kamery, reżyser, scenograf,…
-Co do notatek, nie są dla mnie. Dla Feliksa.- Mela przerwała jej bezkresne wyliczanki.
-Zapomniałaś też co znaczy asertywność.
-On mnie nie wykorzystuje. Nie manipuluje.
-Wcaaale… Maślane oczy są do niego przyklejone od urodzenia, jak tipsy do członkiń Spice Girls.
-Więc kto ci zaszedł za skórę?
-Sprytny unik. Ale wcelowałaś. Burgerowa.
-Co znowu jej powiedziałaś!? „Dzisiejsze filmy są jedynie oczekiwaniami ludzi, którzy chcą zobaczyć, jak wyglądałoby życie bez problemów, ale z miłością. Wie pani, że to się wyklucza?” ?!
-Nie. Tylko tyle, że nie mają sensu.
-W takim wypadku po co uczysz się na naszym kierunku?
-Czekałam aż zapytasz. Chcę zmienić bieg filmografii.- dumnie oświadczyła.
-O zgrozo! Ludzie już za dziesięć lat zapomną, jak wygląda kino! Lepiej pójdę uprzedzić resztę!
-Kazała mi wykreować swój film. Szczegóły pewnie poda, jak lekko ochłonie. Biedaczka słabo znosi od-mienne opinie. Jak można w tym wieku tak ulegać masowej kulturze…?
-Nie rozumiesz, że to nie oczekiwania ludzi na sielankę. Czy dramat, który ma uświadamiać, że nie jest z nami jeszcze tak źle? Chodzi o morał. Tego oczekują. Oczekujemy. Pokazania, jak żyć.
-Gdybym zaczęła ci pokazywać, jak żyć…- mruknęła Hana.
-Już bym nie żyła. Wiem. Tak samo Burgerowa wie co robi.
-Jeszcze podaj tradycyjną formułkę: „Zaufaj jej”. Od razu widać, że i ciebie przesiąkła komercja. Po chwili druga rozmówczyni krzyknęła:
-Przesuń się! Mogłam się tego po tobie spodziewać!- Wyciągnęła z podniszczonych trampek Hany kilka ma-łych ruloników papieru.- Sądzisz, że Feliks zrozumie jak powiem mu: „Hej, przepraszam, że tak późno, ale moja kumpela chwilowo przejęła notatki do wyższych celów”? Jedno pytanie, od którego zależy twoje życie: byłaś dzisiaj w fitness klubie, biegałaś, robiłaś jakiekolwiek ćwiczenia?
-No, co!? Były na mnie na duże, a nic innego się nie nadawało. Twoje papiery były najbliżej. Wiesz, że ja nie robię tylu notatek.
Nic już nie mówiła. Pokręciła tylko z niedowierzaniem głową. Pozbierała pomiętoszone kulki i skierowała się do drewnianych drzwi, chwytając metaliczną gałkę.
-Przeproś go ode mnie.- Powiedziała winowajczyni z potulnym uśmieszkiem.
-Nie.
-Jak wolisz.
-Nie. Sama to zrobisz.- Włączyła w telefonie dyktafon i zbliżyła go na kilka centymetrów od twarzy Hany. Po kilku sekundach nagranie brzmiało mniej więcej: „Korzystanie z notatek może grozić całkowitą utratą węchu. Jeśli chcesz mieć jakąś rzecz pachnącą Melą, musisz poprosić ją o notatki z kolejnych lekcji. Nie myśl o mnie źle, jestem dobrym człowiekiem”. Sypnęła tekstem wykadrowanym z melodramatu w scenie rozstania.
+ Rozdział II
W ich królestwie ucichło. Ptaki za oknem też. Świerszczy jeszcze nie było. A skute lodem gałęzie obijające się o szybę wróciły do poprzedniego stanu skupienia wraz z pierwszymi silniejszymi promieniami słońca, nadchodzącej wiosny. W szkole wszystko było po staremu. Pomijając większy stopień zakurzenia, popsuty automat, inny zapach mydła i szerzący się komunizm na półkach w sklepiku. Właściwie… to wszystko po staremu. Hana nałożyła, jak zaw-sze słuchawki i przemierzała korytarz. Świdrowała podłogę niewyspanymi oczętami. Nie lubiła patrzeć na ludzi. Albo wydawało jej się, jak małemu dziecku, że jeśli ich nie widzi to i oni jej nie widzą. Wolała być anonimowa. Żyć w własnym świecie. Wierzyć w to, co wierzy i kraść naturę, niebo, obłoki, pogodne dni. Podczas, gdy inni wyklinają słońce, bo nic nie widać na ekranie ich telefonów. Nie raz mówili wzrokiem: „zmień się”. Tylko, że ona nigdy nikogo nie słuchała. Nie słuchała rad. Wie, że może obwiniać tylko siebie. Gratulować tylko sobie. Spuszcza głowę i wsłu-chuje się w melodię. Zagłusza inne światy. Przyziemne sprawy. Nudne wywody. W jej źrenicach każdy jest barwny, bo tylko przez to, że chce się, by było łatwiej, stajemy się zlepkiem tej samej układanki. Kiedy każdy z nas jest uni-katowym elementem swojej własnej.
-Krótkometrażówka z wplecionym motywem współczesnego, społecznego problemu. Wątek dramatyczny i romantyczny nie zaszkodzi.- zaczepiła ją pani Tina Edenburg (oficjalnie). W kręgu jej podopiecznych- Burgerowa. Legenda głosi, że pewnego razu jeden z uczniów widział ją, jak w okolicach dworca PKP o godzinie 22:23. Zakupiła porcję „Fast foods” i skonsumowała ją samotnie na ławce w parku. Nie pomińmy ważnego fragmentu. Dzień wcze-śniej wygłosiła na godzinie wychowawczej sporej długości referat o szkodliwości tego typu posiłków i niewłaści-wym trybie życia.
Na szczęście nie miała pojęcia o czym teraz myśli, stojąca przed nią uczennica. Nauczyciele z tą zdolnością byliby już pełnymi jasnowidzami, a to nie wróży dla edukacji nic dobrego. Kontynuowała więc, nie mając pojęcia, że Hana patrząc na ruch jej ust, wyobraża sobie, jak ta wcina wielkiego hamburgera:
-To nie koniec. Żeby było trudniej…
-Mam sterować kamerą stojąc na głowie?!- Wyrwała się, kiedy zaczęło do niej docierać, że robi się poważ-nie.
-Nie. całość powinna dotyczyć czegoś, czego nie cierpisz, żebyś musiała się wczuć, a nie być sobą.
Dziewczyna wbiła w nią wzrok.
-Nie patrz tak. To nie będzie film biograficzny o mnie. I też nie oczekuję na odpowiedź. Jesteś sprytna, pewnie podasz mi przedmiot, zajęcie, które uwielbiasz. Będę cię obserwować. Sama zadecyduję.
Nauczycielka wyszła z sali. Jej rozmówczyni nie miała zamiaru odpuszczać tak łatwo, zatrzymała ją przy pierwszym zakręcie:
-A nie mogłabym uporządkować archiwum tak, jak zawsze? Obiecuję, że tym razem odkurzę też półki z twórczością Freda Vogel ’a, chociaż nie uznaję jego dorobku.
Nauczycielka odwróciła głowę z przeczącym gestem i ruszyła dalej. Hana szwendała się za nią spory kawałek.
-Może chociaż zacznę od reklamy? Jak znowu coś napomknę o bezsensie kinematografii, wtedy pani ześle na mnie tą okrutna karę?
-Pogrążasz się.- Nie zatrzymała się. Wciągnęła ją otchłań długiego korytarza.
-Teraz się poddaję…- Mruknęła do siebie.
To pierwszy dzień wiosny. Czuła i widziała. Nie tylko ona czuła. Wyszła na zewnątrz. Rozpoczął się, jak co roku pokaz. Na środek placu wypadło kilka osób i zaczęło tańczyć. Unosili się w dźwiękach żywiołowej muzyki, wy-dobywającej się z szkolnych głośników. Zszokowana stanęła, pierwszy raz nie uciekając spod znaku: „Witamy w naszej szkole”. Unikała go wzrokiem każdego poranka, ale teraz… nie drgnęła, ani o centymetr. Z tańczącej grupy powoli wyłaniali się pojedynczy twórcy. Porywali pozostałych gapiów i pokazywali z jaką łatwością kilka kroków oddaje tą samą radość.
Jeden z nich, o silnej posturze i odmiennych rysach twarzy kierował się w stronę osamotnionej Hany. Wy-rwała się z transu i odciągnęła wzrok, udając, że nie zna jego zamiarów. Postanowiła teraz uciec. Wybrał ją, jako pierwszą ofiarę. Aż tak było widać, że chce tej lekkości jaką mieli oni? Podciągnęła torbę na ramię, odwróciła się i zaczęła przyspieszać po wyznaczeniu hasła: „niezwłoczna ewakuacja”. Ich dążenia były wprost proporcjonalne. On też przyspieszył. Mocno chwycił ją za ramię i mimowolnie wciągnął do tańczącego korowodu. Broniła się. Z dziw-nym akcentem zapytał:
-Boisz się na chwilę zapomnieć?
-Nie. Boję się o twoje palce u stóp. Nie umiem tańczyć.
-Ale chyba umiesz być szczęśliwa…?- Prowokacyjnie rzucił.
„Oj nie wiesz co mówisz…”- wiło jej się to po głowie długą chwilę, ale nie odpowiedziała, bo całe jej ciało zaczęło wirować. Nie zdążyła, ani nic powiedzieć, ani zastosować uniku czy nokautu, jak to miała w zwyczaju do nachalnych. Wypracowała tą technikę specjalnie, by móc bezpiecznie chodzić na wesela. Lecz ten gość po prostu nią sterował. Zanim zastanowiła się nad kolejnym krokiem, czuła jakby unosiła się w powietrzu. Gdy to sobie uświadamiała, mocno trzymała się na ziemi. To było jak echo. Opóźnione odgłosy. Wszystko ucichło. W tym samym momencie tancerze unieśli ręce do góry i wzięli głęboki oddech. Podziękowali swoim partnerom i oddalali się, łą-cząc w wspólną grupę. Osoba, która ciągnęła za jej „sznurki” i czyniła ją przez tą krótką chwilę marionetką, ciągle przed nią stała. Energicznie przesunęła okulary przeciwsłoneczne na czubek głowy. Milczenie Hany widocznie było dla niego drażliwe, bo przerwał ciszę:
-I co? Nadal czarno to widzisz?
Nic. Nie odpowiedziała mu. Nie jest… rasistką. Trochę się po prostu zdziwiła. Tak, jak kilka miesięcy temu przy odebraniu fioletowej bluzki z pralni, mimo że kiedyś była biała. Niezbyt dobre porównanie, żeby się wytłuma-czyć. Próbowała wymyślić coś sensownego, by uzasadnić długą przerwę, ale chyba i ona i on poddali się. Zanim mrugnęła wolno powieką, już go nie było. Zaraz, gdy się ocknęła prześwietliła wzrokiem okolicę z nadzieją, że go wychwyci, ale zobaczyła tylko stojącą za kolumną Burgerową. Miała ten okrutny uśmieszek. Ten znaczący: „Już ja wiem, jak mi się odwdzięczysz”. Jednak zagubiona dziewczyna nie przywiązywała do tego większej uwagi. Wiedzia-ła, że z tym i tak już wszystko stracone. Musiała spełnić jej żądania. Zupełnie jak rodzice wobec porywacza swojego dziecka. Porwała jej plany na wolne weekendy, myśli, które miały zajmować się nic nieznaczącymi sprawami i czas, który miała przeznaczyć na nudę. Tak. Wysilała się na WF-ie tylko patrząc, jak inni grają w kosza. To nie oznacza, że nie ma ambicji. Zwyczajnie nie przyzwyczaiła się jeszcze do dorosłości. Nie brała na serio, tego wszystkiego co ją spotykało, ale wyłącznie jako kartkę ze scenariusza „Mody na Sukces”. Dzisiaj… drgnęło coś w jej w wnętrzu. Wró-ciła do internatu. Rzuciła się na swoje biurko. Wyjęła stos papierów z szuflady. Pliki kartek rozpadły się na cały blat. Przewertowała je. Na każdej z nich widniało słowo: „Szczęście”. To właśnie tkwiło w tych tańczących ludziach. Przekonywali każdego, że szczęśliwym można być tu i teraz…, że to wcale nie wejście na Mount Everest. To na chwile zapomnieć. O tym, że jest się nieszczęśliwym. Starała się oddalić myślenie o przyszłości. Kryła się w protek-cjonalizmie, luźnych i kolorowych ubraniach, a nawet za uśmiechem do przechodniów. Bo wszystko jest ok. Odpo-wiedź na każde niewygodne pytanie. Pora na kolejne. Jaki jest twój cel? To odpowiedni moment. Musi wiedzieć. Ten zapisany papier to kartki z pamiętnika, który rozleciał jej się jeszcze w 1 gimnazjum. Wtedy wiedziała czego chcę. A teraz? Teraz wyjęła różnobarwne, samoprzylepne karteczki. Wykleiła nimi biurko. Największa zawierała napis: Droga do celu. Brzmiało to tak poważnie, że Melania popłakała się ze śmiechu, gdy to ujrzała. Kilka godzin temu Hana nie była jej wstanie powiedzieć, co będzie robić w tą sobotę. Tu umieściła poszczególne kroki, które mają jej pomóc zbliżyć się do zrealizowania opracowanego planu. Obecnym planem, było zadowolenie Burgero-wej. Film, który uznała za nietrafiony podarunek od losu przerobi w marzenie. Zawsze chciała muzyką, słowami wprowadzać na twarzy ludzi uśmiech, łzy aż w końcu uświadamiać, że to, co niewidoczne istnieje. To, co niemożli-we staje się rzeczywistością. Zmieniać ich. Zmieniać ciało w duszę. Rozum w serce. Sprawiać, by nie bali się poda-wać dłoni, oddawać życia, tracić zmysłów. Nie bali się życia, które tylko sprawdza czy zasługujemy na szczęście. By na nie zasłużyć musi dać go innym. Tak, jak w tanecznych krokach dali go jej dzisiaj.
Cdn...

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Każde serce jest czerwone"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)