Do Trzech Razy Sztuka XVIII

63. Ian.
Amy Shelley zaplanowała swój ślub w czerwcowy dzień. Zakładała, że będzie miała idealną pogodę i faktycznie tak było. Bynajmniej na ten moment. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Ian White wcale nie miał ochoty na dzisiejszy dzień, ale już za późno, by odwoływać. Tym bardziej, że stał przed lustrem już w garniturze. Szedł z Alisson Clark. Gdy dowiedział się, że Lizzie idzie z Zaciem nie miał wyboru, a po za tym przecież tkwił w tym romansie. Lubił Alisson, ale to nie chyba z nią chciał dzielić swoje marzenia. Brian poprosił, żeby był jego drużbą, będzie stał przez chwilę przed ołtarzem wraz z kobietą, z którą miał dziecko
zastanawiał się, czy to nie oni kiedyś tak powinni stać?. Potrzasnął głową na następne wspomnienia, które wracały.
***
Lizzie Montgomery, przyglądała się własnemu odbiciu w lustrze. Spojrzała na zegarek i wypuściła powietrze z ust.
Ilu z jej znajomych robi ostatnie poprawki w swoim wyglądzie, właśnie tak, jak ona. Brązowe pasma lekko pofalowała i część z nich podpięła do góry, część rozpuściła. Mocniejszy makijaż dodawał jej kobiecości i urody. Amy, pewnie będzie dumna z jej wyglądu, co jak co, ale to blondynka była tą, która się maluje.
Poprawiła swoją perłowo-srebrną sukienką, jakby chciała doprasować i przyjrzała się jeszcze raz z każdej strony. Dobrze wyglądała musiała przyznać. Nie miała żadnych
żylaków po ciąży, rozstępów, brzuch dawno zgubiła. Asymetryczny krój sukienki dodawał jej jej subtelności. Usłyszała dzwonek do drzwi i podbiegła w locie zakładając
srebrne szpilki. Otworzyła zadowolonemu, jak zwykle Zacowi.
- Oo kurde - podrapał się po czuprynie, na co zaśmiała się..
- Dziękuję, Zac. Ty też dobrze wyglądasz - odrzekła, uśmiechnął się i wszedł do środka - Już idziemy, wezmę tylko torebkę - oznajmiła, na co skinął głową. Przyglądał się, gdy tak latała po salonie. Westchnął rozmarzony. Chwila słabości go podkusiła i złapał ją za dłoń przyciągając ją do siebie, gdy miała zamiar już wyjść. Bez uprzedzenia pocałował ją czule w usta. Mruknęła z przyjemności i założyła nieśmiało ręce na jego ramiona. Te doznanie dodało mu więcej paliwa i pogłębił pocałunek, wplatając swoją dłoń w jej włosy, jednocześnie delikatnie przypierając ją do drzwi. Bez wysiłku uniósł ją do góry zakładając jej nogi nad swoimi biodrami, z cienkim piskiem. Spięła się nieco, na co oderwał się w końcu od niej i przyłożył czoło do jej czoła, wyrównując swój oddech, jak brunetka.
- Tak właśnie powinniśmy witać się to po pierwsze, a po drugie, ciesz się, że jesteś druhną i musimy być na czas, inaczej, tak prędko bym nie wypuścił cię stąd - wypowiedział wciąż lekko dysząc. Uśmiechnęła się uroczo rozczulona.
- Doceniam to panie szlachetny - odrzekła, a następnie postawił ją na podłogę - A teraz chodźmy - poleciła chwytając go za dłoń prowadząc na zewnątrz zadowolonego z siebie mężczyznę.
Dojechali punktualnie, musieli być wcześniej, by mogła podpisać ważne dokumenty. Pomogła w ubiorze przyjaciółce, która wyglądała, jak piękna księżniczka z jeziora łabędziego. Ceremonia przebiegła bardzo sprawnie, nikt nie był przeciwny temu związkowi. Zaśmiała się w duchu wyobrażając, jaką aferę Amy, by zrobiła gdyby ktoś chciał zawalczyć o Briana. Nigdy nie widziała wcześniej, tak szczęśliwego swojego kolegę. Uśmiechnęła się z jego powodu. Popatrzyła na jego drużbę. Po porodzie oni mieli się pobrać. Przegryzła dolną wargę i odwróciła wzrok na parę młodą mając świadomość, że najwyraźniej do tego nie dojdzie.
Pięknie wyglądała, jej ten atrakcyjny wygląd przypomniał mu, o balu z liceum. Pamiętał, jak krzyczała na niego, gdy deptał ją po stopach, ale na sam koniec wyszło im tak, jak ona chciała, idealnie. Uśmiechnął sie patrząc na nią, a następnie na Alison, która niewinnie się uśmiechała do niego.
- Chyba nic z tego nie wyjdzie - pomyślał o dziewczynie w czerwonej długiej sukni. Była piękna, ale... Popatrzył na swoją przyjaciółkę, ona chyba już dawno skradła mu serce.
Na pierwszy taniec Amy, wybrała piosenkę Mariah Carrey - hero. Cała Amy, efektowny styl. Piękną choreografie mieli, sunęli się tak lekko po parkiecie. Współczuła jej mężowi, nieźle musiał się namęczyć. Zaśmiała się wyobrażając jego początki i reakcje koleżanki, mimo wyszło im perfekcyjnie. Biała suknia panny młodej falowała w powietrzu. Dla efektu unosił się dym, którym akurat ona, to dusiła się. Piękne przejście i obrót, na co goście zaklaskali z wrażenia.
Zac Parker, właśnie zagwizdał, na co brunetka uśmiała się.
- Szkoda, że Mai nie wzięłaś, z nią lepiej bym się bawił - burknął jej do ucha.
- Heej!. - uderzyła go w ramie wesoła. Wiedziała, o co mu chodzi. Ujęła jego dłoń.
- Chodź- zaproponowała na odczepne. Wyszli, jako pierwsi z gości i dołączyli do pary młodej. Od razu zauważyła jakieś podejrzane szepty z ust przyjaciółki, Brian również na nich spojrzał przytakując coś swojej zonie. Kołysali się w wolnym tempie, czuła, jak głaskał ją po plecach.
- Mówiłem, że pięknie wyglądasz?. - spytał.
- Hmm mówiłeś coś w stylu,, o kurde - odpowiedziała po czym zaśmiała się, a wraz z nią on.
- No tak - wykonał obrót jej - Pięknie wyglądasz, Lizz - w końcu wyznał.
- Dzieki Zac - odrzekła. Westchnął, a następnie chwycił ją za szyję i pocałował gwałtownie i namiętnie. Rozszerzyła oczy w szoku. Oderwał się od niej wciąż dysząc.
- Zac... - chciała już mówić.
- Albo jestem totalnym debilem, ale mam nadzieję, że mi jeszcze kiedyś podziękujecie, a jak nie to przynajmniej będę miał satysfakcje, że całowałem się z Lizzie Montgomery - wyprzedził ją.
- Podziękujemy?. - wykrztusiła, wciąż wykonywali małe kroki w rytm piosenki.
- Powinienem nie lubić, Iana - chrząknął - Założę się, że jest teraz zazdrosny, jak diabli - wytłumaczył, a ona spojrzała w bok. Faktycznie Ian White wpatrywał się w nich, ale gdy ich oczy zetknęły się ze sobą zwrócił swój wzrok na swoją dzisiejszą partnerkę od razu coś odpowiadając jej.
- Jeśli to nie zadziała, to będzie kompletnym idiotą, że traci taki skarb - wykrztusił to z ciężarem
- Wiesz, że jesteś kochany?. - odezwała się w końcu wzruszona.
- Tak wiem, dlatego nie wiem, czemu na mnie nie poleciałaś, tylko na niego - odchrząknął, zaśmiała się lekko.
- Też nie wiem, Zac - położyła mu głowę na torsie, a on objął ją czule. Uniosła swój wzrok ku górze, zaglądając mu w zadowolone oczy - A jeśli dałabym ci szansę?. - zapytała nieśmiało.
- Nawet nie wiesz, jakiego szczęściarza ze mnie byś uczyniła, ale chyba oboje wiemy, że to byłby nie wypadł 0 odpowiedział dostrzegając jej smutek - Nie przejmuj się mną Lizz. Dam radę. Nie będzie takiej samej, jak Ty, ale dam radę - zapewnił.
- Na prawdę starałam się - przyznała. Uśmiechnął się ciepło.
- Wiem, dlatego dziękuję ci skinął głową.
- A ja tobie, za wszystko - odparła, pogładził czule ją po policzku - Bedziesz jeszcze szczęśliwy - zapewniła słysząc, jak kolejny utwór dobiega końca.
- Tak, też mam nadzieję, a w innym życiu mi dajesz szanse, okay?!. - zagroził jej palcem. Zaśmiała się ze łzami w oczach..
- Masz moje słowo - obiecała.
Menu weselne było przepyszne. Amy, miała świetny gust, Pan młody akurat w to też zaangażował się chciał, by i kolegom z drużyny smakował. Zatańczyła jeszcze kilka kawałków z Zaciem. Brianem, nawet dwa tance, jednak zazdrosny wzrok blondynki mówił sam za siebie
więc, oddała jej świeżo upieczonego męża, choć przed tym sama ją porwała do tańca. Dostała jeszcze dwa dodatkowe zaproszenia do tańca od zupełnie dwóch nieznajomych facetów, a temu wszystkiemu przyglądał się, Ian. Czuł nieopisaną zazdrość. Dużo rzeczy już z nią związanych przypomniał i był prawie pewien, że ich łączyło coś więcej niż tylko jedna przygoda.
- Więc, zostałaś kapitanką, masz przyjaciółkę, wyszłaś za maż, zaraz mieszkanie, samochód co dalej Amy?. - zapytała dosiadając się do niej na wiszącej huśtawce, która była kwieciście ozdobiona
- Pobije cię w dzieciach - wzruszyła ramionami i popiła szampana. Wybuchły ze śmiechem i stuknęły sie kieliszkami, po czym obie popiły alkoholu.
- To akurat pewne.
- U ciebie nie zostanie na jednym - stwierdziła.
- Czyli sama zapłodnię sie?. Po za tym wystarczy mi Maya - odrzekła uśmiechnięta.
- Nawet gdyby ojcem był też Ian?. - zapytała zaciekawiona.
- Ian, zapłodni pewnie Alison - burknęła brunetka popijając alkohol do dna.
- Ian, jej nie kocha - zaprzeczyła.
- Dla niej jadł jabłkowe naleśniki. Nawet nie wiesz, co to oznacza zjeść dla Iana naleśniki z jabłkami - naburmuszyła się.
- Nie jest sobą, Lizzie - przypomniała - Pamiętasz, jak mówiłam, że i tak skończycie razem?.
- I widzisz myliłaś się - zaśmiała się krótko.
- Wciąż jeszcze jest szansa - zanuciła.
- Dziewczyny zdjęcie - zawołał akurat fotograf, na co ustawiły sie i uwiecznił te chwile.
- A to zdjęcie będzie tego dowodem - pokazała palcem na fotografa, który odszedł. Czuła coś, że te zdjęcie będzie warte, by postawić na półce do kolekcji.
Wróciły na salę, gdzie zabawa trwała w najlepsze. Wyszukała wzrokiem bruneta, który sprawnie tańczył wraz ze swoja partnerka. Przewróciła oczami.
- Teraz zapraszamy wszystkie wolne panie!. - zawołał prowadzący całego wesela.
- No idź! - blondynka popychała do przodu dziewczynę.
- Ale ja nie chcę!. - zaprotestowała zapierając się nogami.
- Poproszę trzy wolne panie, które chętne!?. - zawołał zachęcająco. Mimo sporo dziewczyn wyciągały ręce do góry, nawet delikatnie podchmielona Cheryl, na co rozbawiony jej chłopak musiał przywołać ją do porządku. Brunetka chowała się za plecami. Jednak poczuła, jak ktoś ją popycha do przodu, na tyle mocno, że wypadła spoza okręg na środek.
- Jest jedna pani, która sie wyrywa!. - wskazał na nią samą, a ona rozszerzyła oczy.
- Zabije cię!. - krzyknęła z wrogim spojrzeniem do rozbawionej przyjaciółki.
- Teraz to będzie zabawa - szepnęła blondynka do swojego męża, który pokręcił głową i spojrzał na koleżankę ze współczuciem.
Zostały wybrane jeszcze dwie dodatkowe dziewczyny. Nie mogła uwierzyć, że w to wpakowała się. Była na prawdę wściekła.
- Wszyscy znamy chyba zabawę w ciuciu babkę - odezwał się mężczyzna, tłumacząc powoli zasady gry..
- Super, będę jeszcze bawić się w jakieś gówno - warknęła sama do siebie.
- Więc pierwsza idzie nasza przepiękna druhna!. - usłyszała, gdy właśnie zawiązywali jej oczy.
- Super - mruknęła.
- Teraz, Lizzie będziesz musiała odszukać swojego przyszłego męża. Na tym parkiecie są kandydaci. Jest ich tyle samo, co was. Puszczam muzykę i do dzieła.
Od razu słuch jej wytężał. Gwizdy, krzyki, brawa roznosiły się po całej sali. Westchnęła i zaczęła iść do przodu. Wystawiła ręce do przodu, które miały ją ochronić przed czymkolwiek
- Czyż ona nie jest piękna?. - słyszała, na co przewróciła oczami pod opaska - Tylko do kogo pójdzie?. - kontynuował osoba nadzorująca te szaleństwo, by podnieść emocje.
Zastanawiała się, kto jest z płci przeciwnej. Wątpiła, że Ian, skoro jest z Alison teraz. Może trafi na Zaca?. To by jej pasowało. Już miała serdecznie dość tego głosu.
- Którego pana wybierze?. Który z panów będzie mógł zabrać tę piękną kobietę na randkę?!.
- Auu!. - pisnęła, gdy uderzyła się w jakiś słup.
- Ohhooo, za dużo chyba alkoholu, Lizzie - powiedział rozbawiony, a następnie rozległy się lekkie chichoty, na co zwróciła swoją twarz skąd dobiegał męski glos i choć nie widział wymierzyła złowrogie spojrzenie.
- W prawo!!.
- w lewo!!.
Słyszała podpowiedzi od ludzi, w tym również swoją koleżankę, która darła sie w niebogłosy. Krzyczała prawo więc, poszła w lewo, czując jak intuicja tak podpowiada. Nuciła po cichu przyjemną i wesoły utwór, który właśnie leciał. W końcu kogoś wyczuła. Pierw nastąpiła komuś na stopę i usłyszała ciche syknięcie.
- Przepraszam - zawołała w szoku, a następnie od razu ręce znalazły kogoś. Czuła miękką koszule i męskie, dobrze dobrane perfumy. Pogładziła kogoś po ramionach, coś za dobrze znała te ramiona. Przełknęła ślinę. Wiedziała kto to jest, znała go lepiej niż samą siebie.
- Możesz odsłonić oczy swojej wybrance!. - usłyszała przez mgłę i w duchu modliła się, by to nie był ten, kogo obawiała sie. Czule i delikatnie kciukami odsłonił opaskę z jej oczu. Stał przed nią Ian White rozszerzyła oczy zaskoczona.
- Gratulacje pierwszej parze!.
Więc mogła pójść jednak w te prawo - pomyślała. Zac Parker, w ogóle nie brał udziału, ale po prawej stronie stał również chłopak z Czarnych Orłów, którego dobrze znała. Gdy następne dwie pary zostały dobrane, zaczęły się pierwsze tańce.
- Pięknie - mruknęła po cichu.
- Pięknie wyglądasz - powiedział, gdy powoli pokonywali następne kroki.
- Dzięki - chrząknęła.
- Trochę los z nas drwi co?. - odezwał się, po krótkiej chwili.
- Aha - przytaknęła - Nie wiedziałam, że bierzesz udział w tej głupiej zabawie.
- Ani ja - uśmiechnął się lekko.
- Nie brałeś udziału?. - pisnęła.
- Niee, po prostu tam stałem, a ty przyszłaś - wytłumaczył ciepło.
- Ja pier... - przeklęła po cichu, na co zaśmiał się lekko.
- Co się śmiejesz?. - przyjrzała się mu.
- Mi też miło cię widzieć - odrzekł oczarowany jej wyglądem. i
- Dobra, dość tej szopki - westchnęła, piosenka i tak dobiegała końca. Więc, puściła jego rękę i oderwała się. Szukała wzrokiem swojego dzisiejszego partnera, ale nigdzie nie mogła znaleźć. Wyszła na podwórko i dostrzegła szare chmury.
- Sama wpakowała się w jego ramiona - pomyślała. Pokręciła głową niedowierzeniem sobie. Dostrzegła przed sobą mały mostek, weszła na niego przechodząc.
Dobrze robiło jej świeże powietrze. Miała wrażenie, że skora wciąż ją pali tam, gdzie czule ją dotknął. Wpatrywała się jeszcze chwile w mały strumyk, który przepływał pod nią. Zastanawiała się, dokąd płynie tak jak i ona, dokąd zapłynie w tym życiu. Odwróciła się i miała już wracać. Właśnie temu nie lubiła pomostów nie było z nich powrotów. Warknęła na siebie w myślach. Droga na sale jest właśnie w tą stronę, a teraz przed nią stał ten brunet.
- Wesele raczej jest tam - wskazał palcem na pomieszczenie, gdzie trwała uroczystość.
- Wiem - miała już przejść obok, jednak pohamowało ją nie mocne ściśniecie na wysokości łokcia, na którego spojrzała. Obejmował te miejsce ręką, potem spojrzała na jego twarz.
- Powinienem coś ci powiedzieć - wydusił, a następnie puścił ją.
- Mhm?. - zmarszczyła brwi.
- Byli u mnie łowcy... Mógłbym dostać awans - zaczął niepewnie.
- Awans?!. - pisnęła. Dawniej wesoła wskoczyłaby mu w ramiona ze szczęścia, z jego szczęścia, a teraz pozostało jej wypowiedzieć - Wow. to świetne.
- W Chicago - dodał, przyglądając się jej.
- Chicago?!. - zaskoczona była - w NBA?. - uśmiechnęła się.
- Taak.
- To dobrze dla ciebie - posmutniała wiedząc, co to oznacza - Gratuluje Ian. Ciężko pracowałeś.
- Tak wiem... Musiałbym wyjechać - pomyślał na głos,.
- Aha... Nie widzę problemu. Ty masz swoją drogę - wzruszyła ramionami. Niebo nad nimi pociemniało, okryła swoje ramiona dłoniami - Ty masz swoją drogę, która masz przejść z Alison - kontynuowała - A ja... Ja mam swoją wraz z...
- Z Zaciem?. - dopytał się.
- z Mayą - poprawiła go marszcząc brwi - A nawet jeśli bym chciała, to co w tym złego. - przystanęła z nogi na nogę - Ty masz drogę z... Alison - przypomniała, przełykając ślinę.
- Całowałaś sie z nim nie dawno - podszedł do niej bliżej, na co pokręciła głową z niedowierzeniem..
- Powinieneś zająć się Alison, a nie mną - odparła i miała już odejść, jednak znów poczuła blokadę w łokciu. Odwróciła się spoglądając na niego rozdrażniona, a on był na prawdę za blisko
- Nie wiem, co mam robić z tym wyjazdem - powiedział.
- Jedź - powiedziała czując jego oddech przy swoim policzku. Ta scena musiała pięknie wyglądać. Przełknęła ponownie ślinę, wolałaby, żeby tym razem fotograf nigdzie nie czaił się.
- Ale mam tu Mayę - powiedział z drżącym głosem.
- Odwiedzaj kiedy chcesz - odrzekła słabszym głosem. Oddech zrobił się jej cięższy, żołądek zacisnął się.
- Mam też...
- Alison - dokończyła, czując jak właśnie popsuł ten moment.
- Ciebie - poprawił, po czym wpił się w jej usta. Przełożył swoją dłoń na jej kark. Jednak nie popsuł, ale nie powinno to wydarzyć się. Miała już odepchnąć się, ale nie potrafiła oprzeć się. Położyła mu dłonie na jego torsie tak, jak przy tej zabawie. Przyjemny dreszcz płynął po każdym centymetrze jej ciała. Dostała gęsią skórkę na myśl kogo całuje. To ona, to ta dziewczyna ze snu, ze wspomnień. To ona prosiła się o niej przypomnieć. Teraz wyraźnie widział jej twarz podczas swojego dawnego snu, to przy niej czuł, jak jego serce mięknie. To ona była panią jego serca, to ją pożądał. Odsunęli się i chwytali powietrza, przyłożył swoje czoło do jej czoła. Wpatrywała się jeszcze chwile w jego błękitne oczy za którymi szalała i tęskniła. Do jej oczu napłynęły łzy.
- Jesteś z Alison - załkała.
- Co mam robić?. - jego policzek drgał od emocji, był totalnie zagubiony, ale był też już pewny, że łączyło go z nią bardzo silne uczucie, które wciąż drzemało w nim, a wystarczyło je obudzić.
- Dawałeś mi tyle szczęście, Ian - Chlipnęła - Teraz zadajesz same cierpienie - otarła swoją łzę
- Nigdy nie chciałem....
- Tak wiem -przerwała mu - Ale teraz jesteś i tak z Alison, a ja wychodzę za Zaca - wzruszyła ramionami. Odwróciła się na pięcie i odeszła w pośpiechu. Nie wiedziała, czemu tak powiedziała
,ale musiała.
Wychodzi za mąż?!. Rozszerzył oczy i patrzył, jak odchodzi. Zaprzeczała ich związkowi to od kiedy nosi pierścionek od niego?. W ogóle nosi?. Nawet nie zauważył. Warknął sam na siebie.
64.
Nie było dnia, by nie wracała do tego pocałunku z wesela Amy Shelley. W podróż poślubną młode małżeństwo polecieli na Hawaje.
- Komu dobrze - mruknęła przeglądając zdjęcia, które wysłała jej przyjaciółka jeszcze przed wejściem na sale, gdzie miała poprowadzić trening.
- Co tam?. Komu?. - usłyszała przechodzącego Iana obok, na co wzdrygnęła.
- Amy, przesłała mi zdjęcia - odpowiedziała. Nachylił się do jej telefonu i przejrzał wraz z nią, co było trochę dziwne, ale też nie. Kiedy minie ta chora sytuacja?.
- Lizzie, ja chciałem...
- Mam trening - przerwała mu - Więc, muszę iść - wskazała na sale. Tak na prawdę bała się z nim teraz jakiejkolwiek konfrontacji. Był z Alison więc, mógł już dać jej święty spokój i nie robić
jakiś złudnych nadziei.
- Lizzie!. - zawołał.
- Później - machnęła ręką. Gdyby nie wchodzący ludzie, którzy właśnie wchodzili i zablokowali mu wejście. Szarpnąłby nią i... Pewnie pocałowałby, uśmiechnął się na samą myśl.
Oglądał przez chwilę, jak prowadziła trening uśmiechnięta, wesoła, pełna energii, mimo małej postury miała kawał głosu możliwe, że by przekrzyczała kilka głosów, ale jej oczy. Były jako pierwsze, które dostrzegł tuż po przebudzeniu i to w nich zakochał się.
Czarne Orły ponownie wracały do formy i wygrywali z każdą następną drużyną. Ian, jeszcze nie odpowiadał nic dla łowców, najpierw chciał jakoś rozwiązać sprawę z Lizzie Montgomery.
Już zastanawiał się nawet, co do Alison, jak ją sobie odpuścić. Coraz więcej wspomnień wracało do niego, a on był co raz bardziej przerażony i właśnie teraz dostrzegał
jakie błędy popełniał nieświadomie. Choć to, że Lizzie ukrywała przed nim prawdę wciąż go czasem frustrowało, to i tak wciąż jego myśli krążyły wokół niej. Za każdym razem próbował z nią porozmawiać, ale bardzo dobrze go zbywała. Próbował spojrzeć na to wszystko jej oczami i przyznał jej rację w duchu, tak od razu o wszystkim dowiedzieć się, pewnie wywołało u niego szok.
Nadszedł wyjątkowy dla niej dzień, nie byłby wyjątkowy gdyby nie wiedziała, że wtedy urodzi córeczkę. W dniu swoich urodzin przyszła na świat Maya. Czasem nie mogła uwierzyć, co
za zbieg okoliczności, no, a dwa dni później mężczyzna, którego kochała powiedział, że jej nie pamięta. Rok minął i nie wiedziała, kiedy to wszystko zleciało. Nic nie planowała, nic nikomu
nawet nie mówiła. Wyciągnęła się po swoim łóżku wczesnym rankiem i wstała. Zajrzała do łóżeczka, gdzie dziewczynka wciąż jeszcze spała. Uśmiechnęła się i wyszła z pokoju.
Zeszła na dół i zabrała się robienie parę rzeczy na zaś. Zaparzyła kawę, zrobiła mleko, ubrała się i nawet pomalowała. Choć nic nie planowała lubiła w ten dzień dobrze wyglądać, po za tym
dla niej to podwójne święto. Przechodząc przez salon popatrzyła na dobrze jej znajome zdjęcie. Westchnęła na trójkę przyjaciół. Brakowało jej tego uczucia, które czuła na zdjęciu
beztroskość, radość, szczęście, że miała te dwie osoby w życiu. Teraz dzięki jednej zawdzięcza Mayę, ale to z jaką siłą tęskniła za nim była przerażająca i ciężka. Otarła słoną łzę, która była już na brodzie i otrząsnęła się na płacz córki. Odłożyła ramkę i poszła na górę. Nachyliła się nad łóżkiem i uśmiechnęła się.
- Cześć, maluszku - przywitała się, biorąc na ręce dziewczynkę - Wszystkiego najlepszego, maleńka - pocałowała ją w główkę i mocno przytuliła ją kołysząc biodrami. Najpierw zabrała Mayę do swojej mamy dzisiaj był mecz chłopaków, który mógł ich zakwalifikować ponownie do Bostonu. Kibicowała tak, jak zawsze, oglądała mecz, jak zawsze jednak już nie przynosiło jej to tyle radości, co kiedyś. Poczuła, że nie jest już tą samą osobą, co kiedyś, aż żałowała. Popatrzyła na przyjaciółkę, jak zwykle zadowoloną, chyba przejrzała ją bo zmarszczyła swoje brwi.
- Co jest?. - zapytała.
- Amy ,ja chyba... Ja chyba będę musiała odejść - powiedziała ze skruchą.
- Co?!. Nie możesz odejść...
- Boo?. - wyszczerzyła oczy.
- Bo ja chcę!. - pisnęła przejęta.
- Coo?! - jęknęła dziewczyna, o czekoladowych włosach.
- Ehh... Nigdy bym nie uwierzyła, że my we dwie będziemy chcieć odejść na raz - spuściła wzrok.
- Okay... - dosiadła się do dziewczyny, Lizzie.
- To, że ja chcę odejść to rozumiem, a ty bo?. - zaciekawiła się Montgomery.
- Bo jestem w ciąży, jestem już mężatką i...
- Co?!. - pisnęła ponownie.
- Chciałam w innych okolicznościach ci powiedzieć, ale już wiesz - wzruszyła ramionami.
- Gratuluję!. - zawołała ściskając koleżankę, a ją totalnie zamurowało.
- Lizzie Montgomery, mnie przytuliła - burknęła z niedowierzenia.
- Heej!. - walnęła ją w ramię.
- Mów, o co chodzi - w końcu uśmiechnęła się blond włosa.
- Nie potrafię przebywać w jednym miejscu z nim - wyznała cichym głosem, choć nie wiedziała, że w tym momencie za nimi stał akurat Ian. Mieli przerwę w czasie meczu, chciał do niej podejść. Jednak stanął w miejscu na te słowa.
- Bo?.
- Bo kocham go i chyba nigdy nie przestanę - załkała - Mam córkę, to nie idzie w parze, mam pracę nawet dwie. Czuję, że nie jestem już tą Lizzie, co kiedyś, która korzystała z życia i nie
patrzyła na nikogo - wyjaśniła pełna żalu.
- Jesteś, tylko z dodatkowym obowiązkiem - pocieszyła ją.
- Dzięki - chrząknęła i krótko uśmiały się.
- Ian, nie pamięta, co do mnie czuje i mnie to boli, każda rozmowa kończy się na kłótni nie chcę już tego. Chcę spokojnie żyć - powiedziała.
- No dobra... Ale ze mną nie skończysz?. - zapytała.
- Muszę? - mruknęła, choć w duchu śmiała się.
- Lizzie!. - krzyknęła. Brunet przejął się tymi słowami, czy ona mówiła o nim?. Rezygnuje z tego, co kocha przez niego?. Przeklną całego Jeremiego, który odebrał mu wspomnienia.. Ta kobieta działa na niego od początku, nawet jeśli do końca nie pamięta, czy wcześniej coś czuł.
Dostrzegł drugą brunetkę, która również siedziała na trybunach.
- Alison, możemy porozmawiać? - zapytał.
- Pewnie - podeszła do niego zadowolona. Ręce zawiesiła na jego ramionach i wpatrywała się w niego, jak w obrazek. To tylko utrudniało.
- mogę być szczery?. - popatrzył na nią współczująco.
- Na to liczę- uśmiechnęła się.
- Chodzi o nas. Ja wiem, że będę okrutnym idiotą, ale nie sądzę by nam... Udało się - powiedział z wielkim trudem. Natychmiast zsunęła ręce z niego i spoważniała.
- Chodzi o Lizzie, prawda?. - spytała.
- Chodzi w sumie chyba, o mnie - odpowiedział niepewnie.
- I o Lizzie?. - przyjrzała się mu z uwagą.
- Nie... Ne wiem - westchnął.
- Ian, być może zapomniałeś jakim uczuciem ją darzyłeś, ale nie twoje oczy - założyła ręce na piersiach - Na prawdę nie widzisz tego?. - zapytała.
- A ty widzisz?. - zmarszczył brwi.
- Chyba każdy ślepiec widziałby - wzruszyła ramionami.
- To dlaczego chciałaś ze mną?. - zdezorientowany zaciekawił się.
- Dobrze mi było - uśmiechnęła się, wzruszając ramionami ponownie.
- Czy mogę cię przytulić?. - poprosił, jak mały chłopiec. Wdzięczny był tej dziewczynie, że nie robiła żadnych dramatów, ani nie wpadała w jakąś histerię.
- Pewnie - zaśmiała się i objęła bruneta. W tym momencie drzwi spojrzał na swoją dziewczynę, którą znał chyba całe swoje życie również wpatrywała się w nich. Przewróciła oczami. Odwróciła wzrok w koleżankę.
- To leć do niej - poleciła mu - I nie schrzań tego - zagroziła mu.
- Dzięki - westchnął, ruszył do przodu, jednak na głos głośnego dźwięku zapraszającego mężczyzn na boisko go powstrzymało.
- Szlak!. - warknął i odwrócił się na pięcie do drużyny.
Dziewczyny wciąż prowadziły jakąś konwersacje, co rusz obserwował ją by mu nie uciekła jakimś cudem. Nie potrafił skupić się na grze, choć wygrywali. Bez słów jakoś dogadywał się na szczęście z Zaciem. Wykonywali swoją robotę doskonale tak, jak kiedyś.
- To co zrobimy?. - zapytała Amy.
- Nie ja jestem kapitanką - uniosła ręce do góry broniąc się.
- Cwaniara - chrząknęła.
- Co możemy zrobić?. - wzruszyła ramionami i obie popatrzyły na rudowłosą dziewczynę, która darła się w Niebogłosy.
- Przynajmniej drzeć sie potrafi - pokiwała głową, a Shelley roześmiała się, a po chwili i za nią sama Lizzie.
- Salta ma coraz lepsze - poparła ją Amy. Rozbawione chyba już wiedziały, co zrobią. Cheryl nie była złą cheerleaderką, w prawdzie znakomitą i sądziły, że ona będzie najlepszym wyborem.
- Z tobą nie skończę - powiedziała w końcu wesoło.
- Wiedziałam - szturchnęła ją w ramię, na co oburzyła się druga dziewczyna, jednak uśmiechnęła, gdy została uściśnięta przez przyjaciółkę.
Czarne Orły pokonali drużynę z Los Angeles, było to do przewidzenia. Wrócił kapitan i wróciło wszystko. Błysk obrazka, jak biegnie wesoło do niego pojawił mu się w głowie. Tym razem nie szła do niego tylko do Zaca, a w sercu poczuł ukłucie i żal. Gratulowała mu uśmiechnięta, a on przygarnął jej smukłe ciało do siebie i pocałował w głowę. On powinien być na jego miejscu, był
tego pewien. Szedł do cheerleaderek, ale jej nie widział najwyraźniej wymsknęła mu się.
- Masz balony?. - zapytała Amy.
- Tak, Amy - jęknął Zac.
- Tort, świeczki?. - wymieniała.
- Tak, na prawdę - przetarł oczy i dwójka spojrzała na zakłopotanego Iana.
- Jego pewnie też musimy zaprosić?. - zapytał wskazując na Whitea, który wsłuchany był w ich rozmowę.
- Nie inaczej, Zac - przytaknęła głową czując, że za to będą kłopoty.
Od razu przyjął zaproszenie od kolegów. Jego córka miała urodziny, wtedy gdy jej matka uśmiechnął się na sama myśl, może w końcu uda mu się porozmawiać z nią.
- Co tam?. - podeszła do nich Lizzie.
- Nic, nic - obronili sie przyjaciele wytwarzając sztywną atmosferę.
- Aha - mruknęła z mrużonymi oczami.
Nie pragnęła od nikogo życzeń, ani kwiatków. Jedni mama i tato złożyli jej życzenia i oczywiście Maya dostała już po prezencie. Odebrała córkę od rodzicielki i spacerowała jeszcze po okolicy. Postanowiła spędzić ten dzień tylko z córką, chociaż jedna Amy, mogła pamiętać o życzeniach zmarszczyła swoje brwi myśląc o tym. Słońce już zachodziło i wchodziła do domu.
Nagle tłum ludzi wyskoczył z różnych zakamarków mieszkania. Podskoczyła ze strachu.
- Cholera, Amy!. - wrzasnęła łapiąc się za okolice serca.
- No co?!. - zaśmiała się gardłowo - Myślałaś, że zapomnieliśmy?. - popatrzyła na nią z głupią miną.
- Właściwie to tak i na rękę mi to było - odrzekła. Jednak Popatrzyła na wszystkich zebranych i zmieniła swoje nastawienie. Miło było, że każdy pamiętał, wciąż pamiętała swoje dawne urodziny. Świetne imprezy urządzała, musiała przyznać. każdy po kolei składał życzenia, gdy podniosła wzrok był ktoś, kogo nie spodziewała się tu.
- Ty tu - mruknęła w szoku.
- To urodziny też mojej córki - zmrużył oczy - Przepraszam, jeśli nie chciałaś...
- Nie, okey… Masz racje, to głownie święto Mai - poparła go.
- Wszystkiego najlepszego - podarował jej dwa prezenty. Jeden bardzo duży, a drugi trochę mniejszy.
- Dziękuję - choć nie spodziewała się to wziął ją w objęcia. Wzdrygnęła. Czuł, jak spięła się, popatrzyła na Zaca, który teraz ich obserwował. Popatrzyła ze współczuciem, ale on po chwili
uśmiechnął się łagodnie i kiwnął głową. Rozluźniła się w jego ramionach, a po chwili wyswobodziła. W jednej torbie był większy, słodki jednorożec. W drugim opakowaniu był nowy ekspres do kawy.
- Ooo...- zatkało ją.
- Wiem, że lubisz kawę - uśmiechnął się ciepło, że miękło jej serce.
- Dzięki - odwzajemniła uśmiech. Nie spodziewała się tego. Przyjęcie mijało w miłej atmosferze, mogła przyznać, że Amy i Zac spisali się.
- Chyba muszę dla mamy powiedzieć, żeby przestała tak rozdawać klucze - dosiadła się do Zaca, który sączył piwo.
- Lubię twoją mamę - przyznał.
- Ona ciebie też, Zac - puściła oczko i chwyciła go za rękę, na którą spojrzał, a następnie na nią.
- Jesteś wspaniałym przyjacielem, wiesz?. - zapytała.
- Taa... - mruknął - A on, totalnym palantem, że jeszcze tak się czai z tym wszystkim - machnął lekko butelką w stronę Iana, który właśnie zabawiał Mayę.
- Ehh… Zmieńmy temat - poprosiła, a następnie lekko roześmiali się.
Podziękowała również dla Amy za zorganizowanie wszystkiego, również była najwyraźniej zadowolona z siebie, żałowała tylko, że nie może wypić za jej i chrześniaczki zdrowie.
- Napijesz się jeszcze nie raz, teraz najważniejsze dziecko - pocieszyła ją.
- Wiadomo - poklepała się po brzuchu i pożegnała wraz z zadowolonym Brianem i chyba lekko podchmielonym. Bo, jak nigdy wygłupiał się przed Mayą wraz z Ianem i pocałował o wiele razy w policzek Lizzie na pożegnanie, na co dziewczyny wybuchły gromkim śmiechem. Myślała, że już jest sama, ale odwróciła się i od razu dostrzegła zmywającego naczynia Iana.
- Nie musisz tego robić - wymamrotała, dawno nie widziała tego widoku, ostatnio była w ciąży, gdy tak swobodnie tu przebywał. Odkładał naczynia na właściwe miejsca, czyżby już więcej pamiętał?.
- Ale chcę - odrzekł już prawie kończąc.
- Pójdę położę Mayę - oznajmiła.
- Lizzie... - odezwał się za nim weszła na schody.
- Później - zasugerowała i weszła na górę. Przygotowała dziecko do spania i nie mogła nacieszyć się jej widokiem. Gdy posprzątała parę rzeczy przy progu wyczuła jego obecność
- Jesteś pewnie zmęczony, możesz iść. Poradzę sobie - mówiła.
- Nie chcę wcale iść - odparł, na co popatrzyła się na niego. Pięknie wyglądała, związane włosy już w kucyk, by jej nie przeszkadzały na twarzy. Kolejne wspomnienia przeleciały mu przed nosem. Denerwowały go wprawdzie, bo nie wiedział, co jeszcze mu się pokażę, ale wiedział, że kochał ją i kocha chyba. Miażdżył go widok, gdy ona siedziała na dywanie i zabawiała ich dziewczynkę.
- Aha - mruknęła, odstawiła córkę i wstała.
- Gratulacje wygranej, wiedziałam, że wygracie - uśmiechnęła się lekko
- taak...
- kiedy jedziesz? - zapytała.
- Nie wiem jeszcze, czy jadę - podszedł bliżej.
- Dlaczego? Zawsze o tym marzyłeś - zmarszczyła brwi, gdy kucnął do niej.
- tak, ale chyba marzyłem też, o czymś innym - odrzekł rozmarzony.
- Aha?. - zmrużyła oczy nie wiedząc, co ma na myśli.
- Od kiedy zamierzasz wyjść za Zaca?. - Spytał.
- Od... Jakiegoś czasu - wzruszyła ramionami, odkładając ciuszki do szafy. Bolały go te słowa i chyba zrobiłby wszystko, by do tego nie dopuścić.
- na prawdę?. - chciał się upewnić.
- Tak - przełknęła ślinę gdy był blisko - Czemu tak pytasz się?. Przecież jesteś z Alison - powiedziała.
- No właśnie chciałem ci powiedzieć, że...
- O mój Boże!. - przerwała mu rozszerzając oczy, przeraził się najpierw jednak po chwili uspokoił widząc, co ona widziała. Ich córka dzielnie stała trzymając się łóżeczka, a następnie,
jak mały pingwinek wykonywała powolne kroczki.
- Pierwsze kroki - wzruszyła się i on był przy tym.
- Pierwsze kroki - przełknął ślinę z wrażenia, jak te dziewczyny na niego działały. Lizzie kucnęła i wyciągnęła ręce do dziecka, on dołączył do niej. Dziewczynka z kitką na główce patrzyła na zmianę kogo wybrać. Uśmiechnęła się do obojga i instynktownie wpadła w ramiona ojca. Uśmiechnęła się, a mężczyzna zaśmiał.
- Nie spodziewałem się, że tak można kogoś kochać - wyznał spoglądając na nią.
- Ani ja - wydukała zasmucona. Zbliżał się twarzą do niej, a ona zauważyła. co wyrabia. Czuła go tuż przy sobie na kolanach swoich przytrzymywał córkę wyglądali, jak prawdziwa rodzina. Całe ciało jej drżało, tak długo na to czekała, spuściła wzrok w dywan.
- Powinieneś już iść - wykrztusiła.
- Lizzie, ja nie umiem powstrzymać się co do..
- Jestem zmęczona, Ian - jęknęła - Proszę... Innym razem?. - poprosiła wstając.
- Mógłbym chociaż położyć ją dzisiaj?. - oczy jego wilgotne zrobiły sie. Westchnęła ciężko.
- Okay - skinęła głową. zostawiając słabsze światło wyszła. Postanowiła położyć się i zasnąć by nie musiała z nim już rozmawiać. Nie wiedziała dokąd ta rozmowa ich zaprowadzi. Wzięła szybki prysznic, przebrała się w piżamę i wskoczyła na kanapę, nawet zapomniała o kocu.
- Trudno - pomyślała. Słyszała jego kroki i pozostało jej udawać.
Jak miał z nią porozmawiać?. Może najpierw z Zaciem powinien?. Kucnął do śpiącej dziewczyny. Czule odgarnął z jej policzka pasma włosów z drgającym policzkiem. Znów przeszłość dawała o sobie znaki, jego dłonie pieściły jej ciało i to było dobre uczucie. Miał wrażenie, że znów czuł te wspaniałe uczucie, gdy dotykał jej skórę. Westchnął i podniósł się. Przed wyjściem jeszcze raz odwrócił się do Lizzie, jakby chciał upewnić sie, czy na pewno jest bezpieczna, gdy to zrobił wyszedł zostawiając ją całkowicie przytomną. Dotknęła miejsca, gdzie poczuła jego dotyk i uśmiechnęła się smutno i otarła kolejną łzę.
Była pewna, że wyjedzie wraz z Alisson. Koszykówka była jego marzeniem odkąd sama pamięta. Nie chciała go przymusowo zatrzymywać. Ona, ułoży sobie życie jakoś tutaj wraz z Mayą.
Amy shelley jeszcze chciała do końca sezonu chłopaków poprowadzić zespół. Uważała, że da rade, tym bardziej, że to dopiero początek ciąży. Oczywiście musiała obiecać i sobie i dla swojego niezadowolonego z tego powodu męża, że nie będzie denerwować się, skakać, ani robić czegoś, co nie wskazane. Ciepło robiło się na sercu Lizzie, gdy to opowiadała jej przyjaciółką. Prosiła ją by dawała relacje z pierwszego meczu w Bostonie, choć również mogłaby włączyć mecz w telewizji, jednak wiedziała, że za bardzo będzie stresować się. Wzięła trochę wolnego w pracy u ojca, który ją rozumiał. W klubie miała dziś wolne, także korzystała z dnia wspólnego wraz z córką. Nie mogła nacieszyć się widokiem dziecka, który już dość sprawnie pokonywało różny kawałek drogi. Zostało bez dzisiejszego im pięć meczy, po tych pięciu on wyjedzie.
- Tęsknie za twoim tatą - szepnęła przytulając córkę do siebie.
- Tata - wybełkotała mała dziewczynka, a Lizzie nie potrafiła pohamować łez. Uśmiechnęła się wzruszona i przytuliła jeszcze mocniej dziewczyneczkę do siebie czując niepohamowane szczęście, która powtórzyła jeszcze raz słowo ,,tata.
- Ślicznie - pochwaliła z zachwytem.
Podczas rozgrzewki przed meczem co rusz wpatrywał się w miejsce, gdzie powinna ona stać. Wiedział, że już odeszła. Przełknął ślinę, brakowało mu jej tutaj. Nie potrafił się skupić.
- Mógłbyś się skupić?. - usłyszał głos Parkera.
- Taa... Mogę o coś zapytać?.
Kolega rozszerzył oczy, w końcu rozmawiali dość spokojnie. Skinął swoją głową.
- Zawsze podobała ci się, prawda?.
- Tak - przytaknął głową. wiedząc do czego ta rozmowa zmierza - Ale już dawno wybrała ciebie - mruknął. Czując. jak pod nosem ma mokro więc, otarł palcem.
- Przecież wychodzi za ciebie - powiedział zdezorientowany.
- Za mnie?. - zapytał w szoku - Nigdy nie chciała za mnie wyjść - zaśmiał się ironicznie.
- Ale mi powiedziała, że oświadczyłeś się jej i ona zgodziła się - wypuścił z rąk piłkę.
- I ty jej uwierzyłeś?. - parsknął, kręcąc głową z niedowierzeniem - Jesteś debilem - chrząknął.
- Cholera - przeklną zły.
- Na twoim miejscu zrobiłbym wszystko, by ją zatrzymać - poklepał ją po ramieniu chcąc odejść
- Czemu to robisz?. - zawołał
- Co?.
- Łatwo ją odpuszczasz - odrzekł nie rozumiejąc.
- Ponieważ ona, mnie nie chce - wzruszył ramionami - Odbiłeś mi ją dawno i powinienem cię nie znosić - podszedł znów do niego
- To dlaczego znosisz?. - zmrużył oczy.
- Bo może nie pamiętasz, ale jesteśmy kumplami - odrzekł, rozszerzył oczy i nie wiedział, czy tu zadziałała magia, ale ukazało się mgliste wspomnienia dotyczące Zaca. Ich wspólne
wyprawy nocne po barach, męskie rozmowy, mecze, treningi, nieudane próby poderwania Lizzie - A po za tym tylko z tobą ona, jest szczęśliwa więc, nie schrzań tego - zagroził surowo.
Był w szoku po rozmowie z Zaciem. Pierwsza kwarta rozpoczęta grali z drużyną z San Diego. Byli bardzo dobrzy i bardzo szybcy. Starał się ile mógł, ale nie umiał odpędzić różnych myśli.
Krzyki, piski, gwizdki, piłka wszystko go przerastało. Poczuł mocne pchnięcie do tyłu, a następnie został przeciągnięty przez swojego przeciwnika. Ostry ból dał we znaki, złapał się za głowę, a następnie widział tylko ciemność.
65.
Ciemność na zmianę z różnymi kolorami. Całe życie przeszło mu przed oczami w bardzo szybkim filmie. Śmiech, szczęście, łzy, dziecko, kłótnie to wszystko widział. Mógł już wszystko
połączyć w całość. Otworzył oczy, a przed nim dostrzegł tłum ludzi.
- W końcu White - usłyszał trenera. Czuł się, jakby z powrotem włożono go do swojego ciała. Rozejrzał się po całej sali. Wszyscy byli przejęci, spojrzał na Zaca. Wszystko pamiętał i nie mógł
uwierzyć, potem na Amy Shelley zmartwioną, Briana.
- Usiądź na trochę - polecił ten sam mężczyzna. Został poprowadzony na ławkę, a za niego wszedł inny zawodnik. Spojrzał na miejsce cheerleaderek nie było jej, również pamiętał, czemu.
Pamiętał Mayę, Alison. Wrócił, Ian White wrócił. Ruszył do wyjścia.
- Ian!!. - usłyszał wołanie paru osób. Odwrócił się w kierunku Zaca.
- Wygraj - skinął głową, czym drugi mężczyzna odwzajemnił ten sam gest uśmiechając się lekko. Zlekceważył różne głosy i wybiegł z sali.
Główny rozgrywający uciekł z trwającego meczu, nie odbierał żadnych telefonów. Teraz musiał być gdzie indziej, wiedział, ze podróż mu zajmie, ale wiedział, że już jutro będzie tam, gdzie powinien.
Wraz z rankiem udało mu się być w Seattle, które właśnie wstawało do życia. Nie czuł zmęczenia, czuł właśnie jakąś ekscytacje, która go pobudzała. Mało co nie stracił Lizzie, był przekonany.
Wraca do niej, do swojej Lizzie. Uśmiechnął się. Był już pod jej domem. Wątpił, że ją zbudzi. Była już dziewiąta spojrzał na zegarek. W pośpiechu walił w drzwi nie mogąc się doczekać,
aż ją zobaczy. Miał nadzieję, że ma dziś wolne i jest w domu. Drzwi otworzyły się, a w nich stała pięknie wyglądająca, jak zawsze jego kobieta życia. Na sobie miała szlafrok.
- Ian - wykrztusiła zaskoczona, wparował gwałtownie do środka, na co zareagowała odskokiem.
- Mam problem - powiedział zdyszany.
- Oo... Ale to chyba nie do mn...
- Mam problem, bo szaleję za moją przyjaciółką - wydusił prostując się. Wciąż był ubrany w strój koszykarza.
- Co..?. - wykrztusiła.
- Szaleję za tobą Lizzie, odkąd pamiętam - podszedł do niej blisko łapiąc ją w talii, co ją sparaliżowało.
- Ty... Pamiętasz?. - spojrzała mu w oczy przerażona. Uśmiechnął się łagodnie.
- Pamiętam wszystko - powiedział z niedowierzeniem, a jej z oczu wypłynęły łzy.
- Lepiej później niż wcale - odrzekła z westchnieniem, po czym wreszcie wpił się w jej usta utęskniony. Całował ją, jak dawniej. Miał wrażenie, że w końcu jest sobą i we właściwym miejscu. Łapczywie i zachłannie obdarowywał ją pocałunkami, a ona odwzajemniała czując ulgę, której już dawno nie czuła. Ocierał kciukami jej słone łzy. Ciałami przywarli do siebie, które również stęskniły się. Musiał ją nie wyobrażalnie skrzywdzić pokazując się jej na oczy z Alison. Przypomniała mu się kłótnia dotycząca Mai, przecież chciała go tylko chronić. Oderwali się od siebie oddychając ciężko
- Twój mecz - wykrztusiła dysząc.
- Nie dbam o to - ogarnął jej włosy z twarzy, przy czym przyłożył czoło do jej czoła. Jego udręka skończyła się, nie mieć własnych wspomnień była okropnym przeżyciem, strata jej
byłaby nie do przeżycia
- Jesteś z Alison... - wybełkotała czując, że znów rozpłacze się.
- Już dawno chciałem ci powiedzieć - odrzekł, a ona rozszerzyła oczy z zaskoczenia - Nie jestem z nią - pokręcił głową przecząco, a ona zaniemówiła - Przepraszam za wszystko, bardzo cię przepraszam - pogładził ją po policzku.
Magiczna była chwila, jak sen pojawił się nie wiadomo skąd. Stał tuż przed nią, jej marzenie, które zdmuchiwała na torcie spełniło się. Westchnęła szczęśliwie wspinając się na palce i przytuliła się do jego warg. Uśmiechnął się zadowolony, gdy wskoczyła pełna energii na niego. Podtrzymując ją za pośladki, przygarnął ją najbardziej, jak się da do siebie. Obejmując rękoma wokół szyi, jęknęła boleśnie czując się tak dobrze. Opadli na kanapę i wybuchł między nimi żar, który nigdy nie wypalił się. Bez wahania ściągnęła z niego koszulkę i rzuciła na podłogę. Stęskniła się za jego ciałem, zafascynowana dotykała go snującą się dłonią po jego skórze. Niesamowite ciepło od niej już wyczuwał, gdy rozwiązywał jej szlafrok. Była w krótkich spodenkach od piżamy i bluzce na ramiączkach w czerwonych kolorach.
- Uwielbiam twoje piżamy - powiedział z lekką chrypką, gdy pieścił jej ze smakiem szyję.
- A ja uwielbiam, gdy to robisz - odrzekła szepcząc, czując niezwykłe napięcie. W końcu pozbyli się jej spodenek, on także swoje zsunął w dół. Pieszcząc jej ciało zachłannie, nie mógł nadziwić się reakcji jej ciała. Choć, reagowało tak, jak kiedyś. Bardzo za nią tęsknił i jako dawny Ian i jako, ten który zapomniał. Upragniona chwila nadeszła, ponownie wkraczali w świat rozkoszy. Jej ciche jęki były dla niego melodią, która go satysfakcjonowała.
- Ian - zapiszczała przyjemnie, gdy ruchy jego stawały się głębsze i mocniejsze. Sam był coraz bliżej spełnienia, uwielbiał to, że umiał i po niej to rozpoznać. Swoimi, seksownymi nogami obejmowała go nad biodrami, przyciągała go jeszcze bliżej do siebie, a wtedy i sam nie wytrzymywał. Eksplodowali w tym samym czasie. Przytulona mocno do niego próbowała wyrównać oddech. Spoglądał na nią czule, odgarniając jej włosy z twarzy. Rozleniwiona i rozpromieniona również wpatrywała się w niego, takie Lizzie Montgomery powinna mieć oczy.
- Kocham Cię Lizzie, zawsze kochałem - wyznał, wzruszona pogładziła go po policzku,
- Nigdy nie przestałam cię kochać - zapewniła. Zachwycony znów ich połączył w jedność, a gdy byli w końcu gotowi i odziani poszli na górę.
Nie mogli nadziwić się dziewczynce w różowych ciuszkach, która uśmiechnięta stała przy łóżeczku, jakby właśnie wiedziała, że zaraz przyjdą. Bez wahania, zadowolony mężczyzna wziął ją w objęcia i czule przytulił do siebie. Przywitał się radośnie, a mała istotka zwyczajnie śmiała się wesoło. Westchnęła czując nie opisaną ulgę.
- Czy tylko ja, na to czekałam, tak długo?. - wypowiedziała wzruszona, a on rozczulił się na te słowa. Odstawił na chwilę ich, piękną córkę. Stała przy ścianie oparta, podszedł do niej i dotknął z wielkim uczuciem jej policzka, który jeszcze bardziej przytuliła do jego dłoni, a następnie rękoma oplótł ją wokół talii, zbliżając bardziej do siebie. Założyła ręce na jego torsie, masując, czuł niesamowity relaks. Po chwili słodki głos rozległ się po pomieszczeniu
- Tata.
Spojrzeli w tym kierunku. Przy komodzie stała mała, Maya. Oboje łzy mieli w oczach, spojrzeli na siebie i zaśmiali się radośnie, a po chwili ponownie złączyli się namiętnym pocałunkiem, od którego miękną kolana, ale także czuje się tak dobrze.

***Cdn***

Naprawiam swój błąd, byłam pewna, że wstawiłam część XVIII, jednak klops, dlatego dodaję i z góry przepraszam, za to całe zamieszanie.

Pozdrawiam. An Caroline :)
Dodał/a: An Caroline w dniu 7-06-2019 - czytano 44 razy.
Słowa kluczowe: Ian. An Caroline

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Do Trzech Razy Sztuka XVIII"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)