Do Trzech Razy Sztuka XIX Koniec

62.Ian
Nadszedł dzien o, którym pragnęła od zawsze. On, ona i ich córka. Ulotne chwile wciąż wirowały w jej głowie. Doceniała każdą minute teraz spędzając z nim. Dzień minął jej, jak powinien. Śniła o tym, tyle razy. Był zachwycony, że pierwsze słowo jego córki było właśnie ,,Tata. Radość rozsadzała go od środka. Podziwiał Lizzie, która wpatrywała się w nich,
jak w obrazek wreszcie szczęśliwa. Nie mógł się doczekać wieczoru, gdy będzie mógł ponownie delektować się nią. Była w kuchni kończyła zmywać, właśnie położył Mayę spać. Upragniona chwila nadeszła. Podszedł do niej od tyłu i objął ją w pasie, splatając dłonie na jej brzuchu, a ona zapomniała już, jakie to cudowne uczucie. Przymknęła oczy i próbowała znów nie rozpłakać się tym razem ze szczęścia. Całował ją czule po szyi, a po jej ciele przelatywał przyjemny dreszcz.
- Wszyscy pewnie są wściekli na ciebie - odstawiła ostatni talerz i odwróciła sie do niego, a on naparł ją swoim ciałem. Wciąż tak na nią działał, oddech miała co raz cięższy, ale u niego było podobnie, ponieważ jego spodnie, w okolicy krocza nabrzmiewało.
- Teraz liczysz się, ty - wypowiedział z lekka chrypką, wtulając swój nos w jej słodki policzek.
- Wyjeżdżasz do Chicago - przypomniała boleśnie.
- Nie wyjeżdżam - złapał delikatnie ją za szyję, by nie uciekała wzrokiem, kochał te oczy.
- Ian - oderwała się nieco od niego.
- Nie zostawię was, przecież nie umiałbym - wyjaśnił czule.
- To twoje marzenie - przegryzła wargę dolna, co go tylko zachęcało. Zawsze seksownie, wtedy wyglądała.
- Wy nim jesteście - pokręciła głową protestując - Ty i Maya - uśmiechnął się nie mogąc uwierzyć, ze nareszcie tu jest z nimi. On prawdziwy i ona prawdziwa. Złączeni razem. Pogładziła dłonią czule po jego policzku, zajrzała mu w oczy czułym wzrokiem. Westchnęła głęboko.
- Więc, pojedziemy z tobą - wydusiła lekko stresując się. Chyba nie spodziewał się tego, był najwyraźniej zaskoczony. Oczy mu zabłysły z tego pomysłu. Uśmiechnął się szeroko, była zdolna wszystko tu zostawić dla niego.
- Jesteś pewna?. - spytał, stykając się z jej ustami.
- Jak nigdy w życiu - zaśmiała się krótko, jak i on - Pod jednym warunkiem.
- Hm?. - mruknął będąc już niecierpliwy, więc uniósł ją do góry. Przetrzymując za pośladki. Udało się jej wydobyć krótki jęk.
- Nie zapominaj więcej, o nas - poprosiła łkając.
- Nie zapomnę - zapewnił - A, nawet gdybym znów kiedyś zapomniał i tak będę wracać do ciebie. Zawsze - dodał. Spodobała się chyba jej ta odpowiedź, uśmiechnął się kolejny raz na jej reakcje. Przywarła całą sobą do niego i pochłaniała go smakując. Całował ją pieszczotliwie niosąc prosto na schody. Tym razem, pragnął znaleźć się z nią w ich wspólnej sypialni. W końcu dotarli do siebie, spragnieni i utęsknieni. Doznając znów tej cudownej przyjemności, wymieniali się uśmiechniętymi spojrzeniami. Mieli wrażenie, ze wznoszą nad pokojem się swoim szczęściem i miłością. Gdy pieścił jej szyję spojrzała w ramkę inną, która przedstawiała ich trójkę z przeszłości. Była wdzięczna tej, szczególnej osobie. Upawiali się swoim szczęściem, pożądaniem i rozkoszą. Długa noc ich wtedy była. Nie potrafili nacieszyć się sobą, byli co prawda wdzięczni May, że nie wstała ani razu w nocy. Dopiero nad ranem brunetka, jak zawsze pierwsza wstała. Zabrała zbudzone dziecko i wyszła dając jeszcze pospać mężczyźnie. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Obserwowała bawiącą się córkę popijając kawę. Chwile z zeszłej nocy wracały do niej, jak bumerang powodując rumieńce. Rozmawiała przez chwilę z przyjaciółką opowiadając jej, co się wydarzyło.
- No widzisz mówiłam, że prędzej czy później...
- Skończymy w łóżku - dokończyła rozweselona Lizzie. Dosiadła się na dywanie do dziewczynki.
- Cieszę się, że wszystko wraca do normy, Lizz - usłyszała.
- Tak, ja też... Chociaż Zac..
- Za jakiś czas stanie na nogi - zapewniła ją - Zobaczysz.
- Może i masz rację - przyznała.
- Tylko muszę ostrzec trener chłopaków nieźle na Iana wkurzony - ostrzegła rozbawiona.
- Domyślam się - chrząknęła.
- Brian, z trudem go wytłumaczył na sobotę ma się stawić - oznajmiła.
- Przekażę - zamyśliła się - Amy - Szybko odezwała się tuż przed rozłączeniem.
- Hm?.
- Jesteś dobrą przyjaciółką - wyznała z lekkim trudem.
- Wiedziałam - słyszała, jak chyba przybiła komuś piątkę, pewnie mężowi. Chwila musiała potrwać za nim spoważniała, na co brunetka przewróciła oczami - Ty też Lizzie, jesteś dobrą
przyjaciółką - w końcu powiedziała - I założę się, że nie mówisz tego ot tak prawda?. - przejrzała ją.
- Zaopiekujesz się moim mieszkaniem?. - zapytała i przymknęła oczy z lekką obawą. Nie musiała długo czekać, a padły głośne wyzwiska i przekleństwa przez słuchawkę. U Amy rodzina powiększała się. Oni wyjadą do Chicago. Za pewnie nie na zawsze, kiedyś na pewno tu wrócą. No i pewnie ich rodzice pozabijali, by ich, gdyby nie odwiedzali. Nie chciała sprzedawać tego mieszkania, za dobre wspomnienia w nim miała. Wiedziała, ze Amy wciąż mieszkała z Brianem u jego rodziców, na co narzekała czasami. uważała, ze są cudownymi ludźmi, ale jednak chcieli już swoją prywatność.
- Co ty, sobie wyobrażasz mnie zostawiać ty, paskudo cholerna?!. Jak ja, poradzę sobie sama?!. Czy ty, w ogóle pomyślałaś, co ja będę czuć?!. Kiedy wracacie?. Na ile w ogóle jedziecie?!. Dokąd do cholery w ogóle jedziecie?!.
Nie nadążała za pytaniami, tylko uśmiechnęła się. Cała Amy, impulsywna, energiczna i szybka.
- Nie zostawiam cię na zawsze, Amy - w końcu wtrąciła się.
- Co?!.. Nie, naprawdę?. - usłyszała płaczliwy głos.
- Hormony - pomyślała. Zapewniła koleżankę, że będą często widzieć się, dzwonić do siebie i za jakiś czas ona tu wróci by odebrać swój dom.
Słyszała ciężkie kroki, a wkrótce zobaczyła zaspanego bruneta, który uśmiechnął się od razu na jej widok. Lekko roztrzepanymi włosami siedziała na podłodze wraz z córką. Ubrana w cienki szlafrok, spod którego była widoczna piżama składająca się z bluzki na ramiączkach i spodenek. Miał ogromne szczęście stwierdził. Pocałował w czubek głowy swoją córkę, a następnie usiadł za kobietą swojego
życia obejmując ją. Zanurzył nos w jej szyi delektując się jej zapachem. W końcu doczekała się upragnionych poranków, lepszych nie mogła w sumie wyobrazić.
- Twój trener jest na ciebie wściekły - mruknęły.
- A niech sobie będzie - chrząknął, nie przestając swojej czynności, zaśmiała się słodko i pokręciła głową. W końcu miała swojego Iana.
- Do soboty masz czas - podniosła się i poszła w stronę kuchni zostawiając go niezadowolonego.
- Dopiero was odzyskałem - zamarudził.
- I łatwo nie pozbędziesz się - pokręciła głową z poważną miną, na co uśmiechnął się. Również wstał na równe nogi spoglądając na dziecko, czy wszystko w porządku i czy może na chwilę odejść.
Postanowiła z nim pojechać. Co prawda nie cały miesiąc potrwają jeszcze mistrzostwa, ale dopóki Maya, będzie z nimi nic jej nie będzie brakować. Wzięła dłuższy urlop również i w klubie
w tym roku jeszcze w sumie nie brała. Miała wrażenie, jakby cofnęła się w czasie, tylko, że z dzieckiem na rękach. Te same emocje i adrenalina podczas meczu im towarzyszyła. Stosunki z nim, a Zaciem wróciły prawie do normy. Panował pewien mały dystans, ale umieli go stopniowo zlekceważyć. Okazało się, że Alison z Zaciem trochę zbliżyli się do siebie, kto wie może stworzy się nowa para z czego Lizzie ogromnie cieszyła się ze względu na kolegę. Uważała, że gdyby im jednak wyszło to, pasowaliby do siebie. Obserwowała, jak Brian dzielnie upominał, aby Amy oszczędzała się, ale co poradzić, gdy Amy zawsze była żywym sreberkiem.
Bywały momenty, że tęskniła za dawnym życiem, za swoją przyjaciółką. Miała czasem mroczki w głowie, spoglądając na ich dawne miejsce za białą linią na sali czasem wydawało się jej, że
widziała ducha Natalie Ellis. Pokręciła głową z niedowierzeniem, ale i z uśmiechem, przecież zawsze z nimi była. Myśl, że będzie mogła już spędzić z nim resztę życia była w tym najlepsza, bo on był najlepszy dla niej. Gwizd i trąbki zaalarmowały o końcu meczu.
- Czarne Orły, zdobywają po krótkiej przerwie kolejne zwycięstwo - usłyszała i wypuściła powietrze z ust.
Grał już tak, jak zawsze musiał to przyznać, a ona go podziwiała. Uśmiechnął się do niej. Nie miała już na sobie stroju cheaearlederki, była zwyczajnie ubrana. Jasne rurki, z wyższym stanem, oraz błękitna bluzka, z niewielkim dekoltem. Mimo nie była już chearlederką
drużyny, była jego cheeleaderką jego życia i wiedział, że wszystko, co osiągnął to jej zasługa.
Nie potrzebowała żadnych ozdób, by pięknie wyglądać. Z tą ozdobą, jaką trzymała na rękach była najpiękniejsza, z ich córeczką. Obraz ogrzewał jego serce, wiwaty i piski miał wrażenie jakby słyszał zza mgłą. One były teraz najważniejsze, nie zbyt szybkim krokiem szedł do nich, a ona zeszła z trybun. Postawiła małą dziewczynkę na podłodze, a on bez wahania kucnął otwierając do niej ramiona. Maya, natychmiast słodko zaśmiała się i popędziła kaczym chodem w stronę swojego ojca. Z trudem Lizzie, nie zapłakała widział to, wzruszała się na każdym kroku, gdy widziała jego i ich dziecko. Pochwycił w ramiona swoją córkę i z radością podrzucił ostrożnie. Przytulił do siebie i był już przy swojej kobiecie w życia.
- Wiedziałam, ze wam się uda - odezwała z lekko chrypką. Rozczulił się na jej widok.
- To dzięki tobie - szepnął jej do ucha całując w nie - To dzięki wam - dodał, łapiąc delikatnie ją za kark. Uśmiechnęła sie uroczo, na co pocałował ją czule w usta, o czym pragnął już
tak od dawna, nawet gdy jej nie pamiętał, nawet odkąd pamiętał.
Koniec.

Losy Lizzie i Iana zakończone, mam nadzieję, że niektórym spodobało się, to co wyszło. Miło mi, jeżeli ktoś dotrwał do końca. Dziekuję, oraz wszystkiego dobrego życzę. Pozdrawiam :))
Dodał/a: An Caroline w dniu 3-06-2019 - czytano 51 razy.
Słowa kluczowe: Ian. An Caroline

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Do Trzech Razy Sztuka XIX Koniec"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)