Do Trzech Razy Sztuka VIII

Lizzie.
17.
- dobra siedź tu cicho. Powiem, że cię nie ma ! - oderwał ją od myśli głos przyjaciółka, jednak to nie pomogło w uspokojeniu się. Jednak gdy blondwłosa otworzyła on już przy nich stał z
gazetą w ręku. Przeszedł przez próg nie zwracając uwagi na koleżankę.
- Amy drzwi ! - rozkazał wściekły.
- ale...
- zamknij te cholerne drzwi !! - popatrzył na nią, a dziewczyna szybko wykonał polecenie. Patrzyła na niego tymi wielkimi i rozszerzonymi oczami, a w nim kotłowało się.
- Ian to nie tak... -zaczęła mówić.
- co to do cholery jest ?! - krzyknął i uniósł rękę z artykułem dziennikarskim.
- to nie tak jak myślisz - pokręciła głową przecząco, próbowała nie rozkleić się, na prawdę starała trzymać formę.
- a jak !! - podszedł do niej bliżej rzucając tym papierem w podłogę jakby chciał ją wbić, zniszczyć - bawiłaś się z nim choć wiesz dobrze jak go nienawidzę !? spałaś z nim ?!
- niee !!! - przekrzyczała go - poszliśmy tylko na imprezę !!!
- akurat z nim?! -huknął.
- tak !!! - serce jej mało nie wyskakiwało jej z piersi, trzęsła się jakby cierpiała na jakąś chorobę. Wiedziała na jaką. I o to w końcu musi mu się przyznać. Najwyższy czas i już po niej - bo Amy chciała i powiedziała, że wtedy będziesz zazdrosny!
- od kiedy słuchasz się Amy ?! i niby dlaczego miałbym być o ciebie do cholery zazdrosny !! - znów krzyknął, a ona poczuła się jeszcze mniejsza niż była przy nim.
- nie wiem ! może temu bo łudziłam się, że też coś czujesz do mnie do cholery ! - wrzasnęła uderzając w jego tors otwartymi dłoniami, a nawet nie drgnął, jednak złość w nim płynnie, stopniowo, powolutku opadła, a serce... zastanawiał się czy ono tam jeszcze jest.
Cholernie był o nią zazdrosny. Przed oczami odtwarzał ją uśmiechniętą w ramionach jego wroga. Wszystkich umykał, nawet Zaca choć ostatnio ledwo, ale nie Ethana Richardsona to już za wiele - sam wiesz jakie mam zasady - zawyła z cichym szlochem - nie chcę miłości ani nie chciałam, ale stało się. Bałam się przyznać Ian! Znasz mnie lepiej niż ja samą siebie. W nic nie angażuję się od zawsze, ponieważ boję się! a teraz ty wywróciłeś moje życie do góry nogami! - ciągnęła uwalniając swoje słone łzy, znów uderzając rozgoryczona otwartymi rękoma w wysportowany tors.
Nie mógł uwierzyć, stała przed nim zapłakana i otwierała się. Lizzie Montgomery zakochała się w nim.
- nie spalam z nim! nie spałam z nikim odkąd my. Boże Ian! i tak to dla mnie jest ciężkie, a teraz przychodzisz wściekły bo niby czemu masz być zazdrosny? - w tym momencie podszedł do niej bliżej prawie przypierając do ściany.
- uderzysz mnie za to ?! bo chciałam, żebyś choć trochę poczuł to co ja?! - wciąż był zły i miał wahania, uderzył dwiema rękami w ścianę z całej siły nad jej głową, na co zdążyła pisnąć cienkim głosem.
- Ian!! - patrzyła na niego wystraszona, następni wpił się w jej wargi napierając ją swoim ciałem.
Co się dzieje ? - pomyślała. Umarła?. Nie. Ian White ją całował. Szaleńczo całował.
Chwycił ją za szyję, kciukami otarł jej łzy i pozwolił jej zaczerpnąć powietrza. Oddychał ciężej i
spojrzał głęboko w jej oczy.
- nigdy bym cię nie skrzywdził - wydusił czując jak złość opada, a wzrasta ogromna rządza i pożądanie. Żołądek jej zacisnął się, przełknęła ślinę z trudem. Wciąż czuła dreszcze, kolana jej
miękły. Mimo to wskoczyła na niego zwinnie okrakiem i przywarli ponownie do swoich ust. Przygniótł ją do ściany swoim ciałem, a ich wargi pochłaniały się. Języki, które już były ze sobą zapoznane tańczyli energiczny taniec. Sprawnie pozbyła się jego białego t-shirtu i mogła w końcu poczuć jego nagie niesamowite ciało. Zdjęła swoją bluzkę na ramiączkach. Był nią zahipnotyzowany. Skóra tej dziewczyny była dla niego taka delikatna i aksamitna, że sam rozpływał się pod tym dotykiem. Czuli się jakby ponownie poznawali się, jakby na nowo odkrywali niezmierzone zakamarki ich ciał. Przeniósł ich na łóżko po czym uwolnili się z reszty ubrań, a następnie co to owładnęła ich fala przyjemności. Znów powędrowali do ich krainy, do otchłani rozkoszy przepełnionej ulotnością, szczęściem i spełnieniem.

18.
Kochali się jakby miał się skończyć jutro świat, jakby mieli wrażenie, że muszą się sobą nasycić, delektować. Ich wspólna noc była długa, a wciąż nie mieli siebie dość.
To co z nią wyprawiał, brakowało jej słów na to wszystko. Teraz spał obok niej taki spokojny w porównaniu jaki przyszedł do niej.
Amy Shelley. Szlak dopiero sobie przypomniała o koleżance, miała nadzieję, że nie śpi pod drzwiami. Była raczej zaradną dziewczyną i chyba domyśliła się co tu zaszło bo nie
wracała z policją. Przez pierwsze minuty pewnie słyszał ich cały hotel. Obejmował ją wciąż czule.
I co teraz? to już trzeci raz, zakryła rękoma swoją twarz nie wierząc w to wszystko.
Do trzech razy sztuka, a on wykonał tą sztukę. Ponownie spojrzała na jego twarz. Był cholernie przystojny przegryzła swoją dolną wargę delikatnie. Dobra ona przyznała się co czuję, a on??. Chociaż może właśnie pokazał co do niej czuje?.
Jeśli tak, chyba każda kobieta była by o tym przekonana po takiej nocy, tylko co jeśli z każdą tak?... cholera za dużo myśli.
Poczuł jak ktoś dotyka jego ust czymś ciepłym. To ona. Tym razem została i to jej usta. Nie wahał się i przygarną ją bardziej do siebie, a a nawet pomógł jej wpełzać się na niego na co mruknął z zadowolenia. Była piękna nawet z tymi roztrzepanymi, czekoladowymi pasmami włosów patrzyła na niego rozleniwiona i spełniona. Jeśli to jest miłość to co teraz czuje, to chce to czuć już na zawsze - pomyślał.
- do trzech razy sztuka prawda? - szepnęła pytająco. Skinął głową po czym odgarnął czule kosmyki jej włosów za ucho - udało ci się - przyznała nieśmiało. Westchnął rozmarzony. Wiedział o co chodzi i widziała jak walczy z tym. Faktycznie nic nie powiedział wczoraj na jej wyznania. Spuściła wzrok na jego tors i usiadła wyprostowana.
uniósł jej głowę za podbródek i podniósł się do niej
- też ciebie kocham - wyznał spokojnie, a ona rozszerzyła oczy - i to już bardzo długo - dodał z przekonaniem. Mówił całkiem szczerze. Brakowało jej słów, więc postanowiła, że nie będzie
niszczyć tej chwili. To co czuła było piękne, a za razem tak niebezpieczne.
- nigdy bym cię nie skrzywdził - powtórzył wczorajsze słowa
- i nie skrzywdzę - dodał, stykając czołem o jej czoło. Uśmiechnęła się zarumieniona, a on pogładził czule ją po policzku, ohh jak uwielbiała to. Przymknęła oczy rozkoszując się tą chwilą, którą zakłóciła Amy Shelley. Wparowała jak burza, na co drgnęli, na szczęście ona była w jego koszulce i byli częściowo przykryci kołdrą - dobra gołąbeczki ja wszystko rozumiem - zawołała radośnie - dlatego nie było mnie na noc, ale już dziesiąta a ja chcę przebrać się w swoje ciuchy i mam dość spania z Zaciem, który już i do mnie dobierał się - dokończyła. Dwójka ich zaśmiała się i opadli na poduszki. Przykrył ich całkiem kołdrą i złączyli się namiętnym pocałunkiem.
- a tak po za tym gratuluję - usłyszeli, a następnie znów trzask drzwiami.
- tobie też należą się chyba gratulacje - szepnęła. Popatrzył na nią pytająco, ale dość szybko zrozumiał aluzję ,,do trzech razy sztuka.
- zdobyłem Lizzie Montgomery? - upewnił się czy dobrze myślał. Kiwnęła głową zachwycona nim.
- i będę zdobywał do reszty swoich dni - dodał pewny siebie, przytulając ją do siebie wraz z jej
głośnym westchnięciem.
Pomyślała o swojej przyjaciółce czy nawet jeśli jest w niebie czy gdziekolwiek to czy jest zła na nią teraz za to, że jest z jej ,,byłym?. Gdyby żyła w życiu by nie odbiła jej Iana.
Wciąż pamiętała jak przyznała się, że jej się podoba.
***
Wracały ze szkoły późnym popołudniem.
- chciałabym zaprosić Iana na randkę - wyznała blondynka nieśmiało.
- Iana? naszego Iana ? - zmarszczyła brwi.
- a no...
- podoba ci się ?! - zapytała zaskoczona.
- no nie dziw się tak prawie cała szkoła szaleje za nim
- to fakt - przyznała. Ian znajdywał się może w top piątce najprzystojniejszych chłopaków w całym liceum. Był jej przyjacielem z czego była dumna.
- jesteś pewna ? wiesz jaki on...no tryb prowadzi
- taki jaki ty ? - parsknęła i obie zaśmiały się i wskoczyły na wąski krawężnik ćwicząc równowagę.
- haha dzięki! - zaśmiała się ironicznie - wiesz co mam na myśli - dodała poważniejąc.
- zawsze warto spróbować - wzruszyła ramionami Natalie - tobie też radzę
- zapamiętam tę radę - wyciągnęła ręce do góry, a słowa Natalie prosto wyleciały uchem, druga dziewczyna pokręciła głową niedowierzaniem.
***
Wracając do rzeczywistości była pewna, że jej przyjaciółka z nim była szczęśliwa i nie dziwiła się. Sama teraz była.

Lizzie poprosiła koleżankę swoją by tą noc tez spędziła niestety z Zaciem. Z początku doszło do małej sprzeczki, ale ostatecznie zgodziła się.
Jednak wyszło tak, że nocowała z Brianem, a Zac z innym kolegą z drużyny. Mogła stwierdzić, że czuje się jak w bajce, w jej bajce.
Nic nie widziała po za nim przez te dwie noce i jeden dzień. On w nią był wpatrzony jak w obraz, oddawali się swoim uczuciom, oddawali się namiętności i robili w końcu to na co mieli ochotę.
Wrócił na chwile myślą do Jeremiego. Raz rozwalił mu auto, teraz może być gorzej.
Gdy jego... właśnie jak miał ją teraz nazwać? - pomyślał. Gdy Lizzie spała. Wstał na dźwięk telefonu.
- ,,wiesz co robić. Na przyszłość nie rezygnuj - przetarł swoją twarz. Nie chciał tego robić, obawiał się, że w decydującym momencie będzie zmuszony przegrać. Do czego był zdolny Jeremie?.
Nadeszła pora treningu. Rozgrzewała ręce i nogi.
- to co mogę powiedzieć ,,a nie mówiłam - usłyszała. Obok niej stała zadowolona koleżanka.
- nie - uśmiechnęła się.
- daj spokój nie wychodzicie od dwóch dni z łóżka i kogo to zasługa ? - wskazała dumnie rękoma na siebie.
- niech ci będzie. Teraz jesteśmy kwita - odrzekła i odeszła do reszty dziewczyn - rusz dupę ! - zawołała odwracając głowę do niej po czym zaśmiały się.
Na wieczór cała paczka wybrała się na spacer po mieście. Zac Parker jak zwykle wydurniał się na co Lizzie pokręciła głową nie dowierzanie.
Amy Shelley o dziwo szła pod rękę z Bianem Cooperem jak w starym małżeństwie. Uśmiechnęła się na ten widok. Dziewczyny jakoś w pewien sposób zbliżyły
się do siebie.
Brian miał w sobie charyzmę. Mogła przyznać, że był atrakcyjnym blondynem. Trochę byli jakby bliźniakami o innej płci, w pewien sposób pasowali do siebie mimo innych charakterów. Poczuła jak ktoś łapie ją za dłoń. Była chłodniejsza niż jej. To był on ukazujący te swoje cholernie słodkie dołeczki. Na ich widok przyjemnych ciarek dostawała na całym ciele. Popatrzyła na ich splecione dłonie, a następnie na niego.
- pary tak robią - wyjaśnił idąc za znajomymi.
- pary? - zmarszczyła brwi.
- bo nią jesteśmy? - zatrzymał ją i delikatnie przyciągnął do siebie. Popatrzyła w górę w jego oczy.
- trochę boję się - wyznała. Skinął głową i dotknął czule jej policzka, a drugą dłonią drugiego.
- udowodnię ci, że jestem chłopakiem dla ciebie Lizzie - ich czoła się stykały, założyła swoje ręce na jego ramionach. Przełknęła ślinę na te słowa.
- nie musisz... już dawno udowodniłeś - powiedziała nieśmiało, na co uśmiechnął się. W końcu ją miał. W końcu trzymał ją ramionach swoją małą, brunetkę.
Pragnął już tego w liceum, choć o tym zapomniał. Odtrąciła go na dobro przyjaciółki. Jaka ona była silna, jeśli już wtedy coś do niego czuła. On sam nie był wtedy świadomy jak silne to uczucie, że po tylu latach nawet nie wygasło, a wystarczyło pierwsze ich zbliżenie by znów wybuchło. Gdzieś po drodze zgubiło się, ale odnalazło się.
Dla Natalie mówił, że ją kocha, ale czy kochał?. Na pewno darzył ją jakimś specjalnym uczuciem. Była wspaniałą dziewczyną i zasługiwała na wszystko co najlepsze, ale możliwe, że sam siebie oszukiwał.
- no bez jaj ! - oderwał go z myśli głos jego kumpla, który wpatrywał się w nich objętych - serio? że wy?
- daj spokój Zac - wtrąciła się Amy - oni od dawna powinni ze sobą być
- moje serce krwawi Lizz - jęknął i udał, że ma atak serce i upadł na cement, na co inni roześmiali się z żartów chłopaka - daj znać jak nim znudzisz się ! - podniósł głową.
- zapewniam cię stary, że tak się nie stanie - powiedział zadowolony White, klepiąc kolegę w ramię - prawda? - popatrzył na swoją dziewczynę
- nigdy - poparła go patrząc prosto mu w oczy, a jemu jeszcze bardziej miło się zrobiło.
19.
Cztery mecze co raz cięższe, ale pokonali przeciwników. Zostały trzy najsilniejsze drużyny, każda z nich miała już w ten weekend stoczyć po dwa mecze. Nikt nie ukrywał małego lub większego stresu. Pieniądze wciąż do niego przychodziły, które wyrzucał po kryjomu do kosza.
Warknął sam na siebie, za to, że popełnił najgorszy błąd w swoim życiu.
- wszystko ok? - usłyszał za sobą gdy siedział na łóżku. Czuł jak małe dłonie błądziły po jego torsie. Od razu mógł się odprężyć więc wypuścił powietrze z ust zrelaksowany.
- mhm - skinął głową.
- to czemu nie śpisz? - zapytała wykonując mu niezbyt mocny masaż, a on czuł się jeszcze bardziej wyluzowany.
- jakoś nie mogę - odrzekł i przymknął oczy.
- martwisz się meczami? - nachyliła się nad nim i popatrzyła na jego prawy profil obejmując jego szyje rękoma.
- trochę - odrzekł niepewnie.
- wygracie - uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek na co czuł jak jego serce topnieje. Miażdżyła go od środka. Z kawała chłopa, robiła z niego małego chłopca.
- skąd ta pewność ? - przeciągnął ją do siebie na kolana.
- bo jesteście najlepsi i macie najlepszego kapitana oraz koszykarza - powiedziała przysuwając czoło do jego czoła. Elektryzujący prąd po jej plecach przepływał gdy tak błądził swoimi dłońmi po jej ciele. Uśmiechnął się na te słowa, nie był narcyzem, ale lubił jak go
dowartościowywała. Czul się wielki w jej oczach, ale nie wiedziała jak ona jest pozornie wielka dla niego. Była jego królową serca.
- a ty za nim szalejesz? - uśmiechnął się cwaniacko, zaśmiała się krótko.
- i za nim szaleję - przyznała. Zadowolony opadł z nią na łóżko porywając ją w pocałunki. Zachichotała głośno.
- pora spać, jutro nie wstaniesz - upomniała.
- za chwilę - poprosił.
- Ian!! - pisnęła gdy dobierał się jej pod koszulkę - będziesz jutro marudził - ostrzegła go. Mimo to uległa mu pocałunkom, a następnie wyprawiali niesamowite cuda sobą.
***
Dzisiejszy mecz decydował czy dostaną się do finałów. Każdemu zależało na wygranie. Pozostali Biali Rycerze z Nowego Yorku i Komandosi z Atlanty. Obie były bardzo dobrymi drużynami, co obawiał się Ian. Ten mecz przeszedł w czystej dobrej atmosferze. I na pewno przeszedł do historii bo gra była na najwyższym poziomie. Wrzało od emocji, a na
trybunach ludzie szaleli na to widowisko. Mimo drużyna z Atlanty przegrała jedynie jednym punktem, który zdobył Brian rzutem osobistym. Każdy go ściskał ze szczęścia, a on choć jak zwykle opanowany dumnie się uśmiechał i najbardziej był zachwycony z gratulacji od uśmiechniętej blondynki, która obdarzyła go bardzo namiętnym pocałunkiem, który mu bez wahania oddał pogłębiając.
Niezmiernie wszyscy cieszyli się, a wieczorem Ian White chciał świętować głownie ze swoją dziewczyną.
Następny dzień wyglądał dla niego prawie tak samo. Czuł się jakby trochę go powtarzał. Budził się przy najpiękniejszej dla niego dziewczynie
Jedli razem śniadanie, ubierali, a następnie przetransportowali na salę gdzie odbywało się widowisko. Wyjął telefon na dźwięk smsa.
- ,,przegraj najbardziej tego obawiał się. Dziesięć razy wygrał, po to by w końcu przegrać. Znów przeklęty sms. Tym razem MMS to było zdjęcie. Jej zdjęcie. Lizzie Montgomery uśmiechnięta podczas dopingowania któregoś meczu.
Trzasnął telefonem o szafki w szatni.
- co jest? - usłyszał jej głos, mógł go nazwać za anielski. Nie wiadomo skąd tu zjawiła się i tak po prostu stała przed nim ze zmartwionym wyrazem na twarzy.
- nic... - mruknął odwracając wzrok gdzie indziej.
- Ian przecież widzę, co z tobą ? - podeszła bliżej by unieść jego twarz i wzrok na siebie.
- mam kłopoty - wyznał siadając na ławkę. Oboje zasiedli i zaczął jej opowiadać. Zauważyła za plecami chłopaka
jak wchodzi Zac z Brianem na co ten pierwszy od razu poczerwieniał na słowo, że musi przegrać.
- oszalałeś?! - wrzasnął. Zmieszanie i zaskoczenie wymalowało się na twarzy kapitana drużyny.
- Zac to nie tak... - zaczął tłumaczyć
- nie po to tyle harowaliśmy, żeby teraz kapitan nas miał w dupie i chciał przegrać ! - krzyknął.
- daj mu wytłumaczyć się ! - wtrąciła surowo Lizzie, na co kolega spojrzał na brunetkę zdezorientowany. Zawsze stawała w jego obronie, więc czemu teraz miało być inaczej. Warknął pod nosem i zaczął wysłuchiwać pierwszych słów kumpla.
Tak szybko jak umiał zaczął znów od początku.
- i co tak po prostu przegramy? - zapytał opanowany, ale wciąż zły. Posmutniał jak małe dziecko gdy jemu zabiera się ulubioną zabawkę.
- Nie wiem do czego on jest zdolny. Grozi mi....grozi Lizzie
- mi?! - pisnęła.
- widocznie... to dzięki niemu pojechaliśmy do L.A
- coo?!
- na początku było fajnie zgarniać te pieniądze zabrałem cię na wakacje o których marzyłaś, kupiłem nowy samochód...
- to on rozwalił ci auto? - bardziej stwierdziła niż zapytała, na co skinął głową - Ian coś ty narobił - pokręciła głową w szoku.
- nie pozwolę by cię skrzywdził - uspokoił ją przygarniając do siebie przy tym całując ją w głowę. Mimo podarował jej pocałunek bezpieczeństwa, bała się. Nie o siebie, ale o niego. Wtuliła się w niego, zatopiła nos w jego szyję wyczuwając jak jego ciało wciąż drgało od emocji.
- to co teraz? - odezwał się w końcu Cooper również wstrząśnięty.
- wygracie - zasugerowała brunetka, chłopcy spojrzeli na nią poważnie. Mieli wahania co do tego i każdy miał co innego powiedzieć, ale rozproszył ich jeszcze jeden głos.
- pewnie, że wygracie ! - zawołała wesoło Amy Shelley, która wpadła do szatni. Wszyscy popatrzyli na nią. Chyba każdy domyślił się, że im mniej blondynka wie tym lepiej, dla jej dobra i bezpieczeństwa.
Wielki finał się rozpoczął. Na początku reprezentanci drużyn musieli kulturalnie przywitać się z sędziami, trenerami, no i ze sobą. Podszedł do Ethana Richardsona.
- umie zaszaleć - odezwał się jego rywal zadowolony wskazując na Lizzie Montgomery. Poruszyło go to, był zły. Jednak zachował zimną krew i wywrócił oczami. Ścisnął z całej siły jego rękę, na co syknął. Brunet przyciągnął go do siebie gdzie znaleźli blisko siebie.
- skup się na meczu Richardson
- przegrasz ofermo - burknął.
- już dawno wygrałem - popatrzył się czule na brunetkę, która przyglądała im się. Pokręciła głową z niedowierzaniem. Odrzucił go całego oburzonego i zdenerwowanego i odszedł obojętny
do swojej drużyny.
Najwyżsi zawodnicy rozpoczęli jako pierwsi walkę o piłkę. Przejęli Biali Rycerze. Jeszcze w życiu tak Lizzie nie denerwowała się nie dość, że ktoś czyha na jej i Iana bezpieczeństwo to trwa jego najważniejszy mecz w życiu. Chodziła z miejsca na miejsce z zaciśniętymi rękoma. Nie zwracała uwagi na cheerleaderki z którymi ostatnio wygrała.
Mimo głośnych pisków i krzyków koleżanek nie słyszała ich. Była całym sercem z jej ukochanym.
Wpakował się w to wszystko przez nią...bo chciała gdzieś wyjechać. Uderzyła się ręką w głowę.
- uspokój się - powiedziała sama do siebie. Po wszystkim pójdą na policje i już - tłumaczyła sobie w myślach. Po pierwszej kwarcie rywale prowadzili, jednak Czarne Orły w dobrym czasie dogonili z punktacją. Sporo upadków i fauli się przewijało. W porównaniu
do meczu z poprzedniego dnia wrogość tu była dość zauważalna. Znokautowali Briana tak, że musiał zejść z boiska.
- szlak ! - wrzasnęła Amy.
- jeszcze wróci na boisko - położyła rękę na jej ramieniu.
- jest cały poobijany ! - krzyknęła.
- nie pierwszy raz - wzruszyła ramionami - jest silniejszy niż ci się zdaje - uśmiechnęła się na widok zmartwionej koleżanki.
- jest najsilniejszy - poprawiła ją, na co roześmiały się obie.
- więc jednak miałam racje? pomiędzy wami doszło do wielkiego porozumienia - zmarszczyła brwi podejrzanie Shelley.
- aha... to trochę dzięki tobie...- wyznała nieśmiało brunetka.
- czyli dziękujesz? - popatrzyła na nią zaskoczona przyjaciółka.
- powiedzmy - skinęła głową Lizzie.
- cieszę się razem z tobą ! - za wiwatowała wesoło druga cheerleaderka.
- dzięki... - powiedziała trochę nieswojo.
- haa ! podziękowałaś !
- niemożliwa - chrząknęła kręcąc głową z niedowierzaniem, ale z poprawionym nieco humorem.
Po pierwszej połowie był remis. Zostało jeszcze piętnaście minut. Ostatnie piętnaście minut decydowało o wszystkim i za piętnaście minut on i ona mogą znaleźć się w okropnym niebezpieczeństwie. Był już okropnie zmęczony i fizycznie i psychicznie. Co rusz zerkał na nią czy jest tu jeszcze z nim cała i zdrowa po czym znów skupiał się na grze. Na oświetlonej tablicy widniała punktacja przedstawiając wynik dwadzieścia cztery do dwudziestu sześciu dla drużyny przeciwnej.
Szlak! znów go sfaulowali. Podniósł się z lekkim bólem, który wyczuwała tu za białą linią. Bała się wiele razy, że za którymś razem nie wstanie. Te upadki były takie
drastyczne szczególnie z tą drużyną. Miał dwa rzuty osobiste, które wykonał celnie. Dorównali punktacją, a na boisko wrócił
obiekt westchnień Amy Shelley.
- ale on jest boski ! - powiedziała, a brunetka tylko uśmiechnęła się.
- Jej jest boski - pomyślała przegryzając dolną wargę.
Trener chłopaków poprosił o czas. Grupa zebrała się wokół nich słuchając nowego planu, dziewczyny podeszły by wesprzeć swoich zawodników
- wody - poprosił Zac zdyszany i spocony.
Okazało, że skończyła się.
- to pójdę - zadeklarowała Lizzie.
- nie ! - nie sądził, że tak się uniesie - ktoś inny pójdzie - podszedł do niej mówiąc po cichu gdy wszystkich wzrok skupił się na nich
- Ian spokojnie to tylko do szatni
- on może być wszędzie - przypomniał jej.
- Ian...nic mi się nie stanie - pocałowała go. Miał słone usta, ale jej to podobało się. Pobiegła do wyjścia a on nie spuszczał wzroku
dopóki nie znikła. Opracowywali dwa nowe plany. Gdy otwierała drzwi wracając z całą zgrzewką, czyjaś ręka jej pomogła jej podtrzymać drzwi.
- pomogę pani - usłyszała męski głos.
- dziękuje bardzo - uśmiechnęła się. Popatrzyła na dorosłego mężczyznę. Wiek na około trzydzieści cztery. Zarost, ciemne włosy, niebezpieczne i ciemne oczy.
- świetna gra - przeciągnął rozmowę.
- tak to prawda Czarne Orły dają z siebie wszystko
- Ian White numer dwanaście to kapitan?
- zgadza się - skinęła głową życzliwie.
Gdy ujrzał jej dziewczynę w drzwiach. Serce mu stanęło, świat stanął w jednym miejscu. Zagadywał jego Lizzie. Jeremy przyszedł na jego mecz osobiście. Poczuł rękę na ramieniu, była to męska dłoń Briana, gdy miał już rzucić się tam.
- koniecznie pozdrów od wiernego fana
- jasne. Pozdrowię - ponownie skinęła głową i odeszła szybkim krokiem.
- nic ci nie zrobił ?! - podskoczył do niej jak poparzony.
- kto? on? - pokazała na faceta, który był nie dawno przy drzwiach, jednak nikt już tam nie stał
- czemu miał mi... o nie...to on?! - pisnęła domyślając się w końcu czemu jej chłopak jest tak rozruszony.
Młody mężczyzna zakrył jej usta, a następnie przytulił mocno do siebie. Przynajmniej teraz wie jak wygląda. Mecz musiał trwać dalej. Ostatnie pięć sekund i ponowne rzuty osobiste Iana Whitea. Wciąż szli łeb w łeb. Jeden trafił bez problemu. Popatrzył na wszystkich dookoła.
Najpierw na twarze tych, którzy o niczym nie wiedzieli, liczyli na niego, potem na kumpli, którzy wiedzieli i widział w nich zakłopotanie. Oboje skinęli głową. Popatrzył na cheerleaderki, które krzyczały i na nią, która milczała. Skinęła głową dając mu znak. Wyskok, wyprost w łokciu
i wyprost w nadgarstku. Piłka leci i wpada do siatki. On opada wraz z piłką na ziemie. Dźwięk gwizdka i głośnego dźwięku kończącego mecz.
20.
Grono przyjaciół otoczyło go ściskając z radości. Dopiero po paru chwilach gdy wyswobodził się od nich, drobna brunetka biegła prosto w jego ramiona. Przyjął ją od razu z uśmiechem.
Koniec. Są mistrzami.
- wygraliście ! - zawołała, a on uniósł jej smukłe ciało do góry.
- to dzięki tobie - powiedział stawiając ją na ziemi, a następnie ujął w dłonie jej twarz - dzięki tobie mam wszystko - wyznał. Uśmiechnęła się czule i wspięła się na palce by pocałować go.
Najważniejszy w jego życiu turniej właśnie i on wygrał, jego drużyna. Zdobył złote trofeum. Myśl o Jeremim nie dawała mu spokoju. Spojrzał na trybuny, ale nigdzie go nie było.
Pilnował Lizzie jak oka w głowie, na szczęście już dziś wieczorem czekała ich długa podróż do domu.
Obejmował czule ją śpiącą siedząc w busie. Ona oczywiście jak zawsze zajęła miejsce od okna.
Zerkał na nią co chwilę, jakby chciał upewnić się czy wszystko w porządku. Miał przechlapane
był tego pewien. Zamknął oczy i na chwilę poczuł spokój.
Do momentu gdy kolega podał mu swój telefon. Swój doszczętnie zniszczył waląc o szafki.
,, Do Iana Whitea: naciesz się póki możesz przełknął ślinę i spojrzał ponownie na Briana, którego wzrok mówił sam za siebie.
- wiem - skinął głową.
- pójdźcie na policje - zasugerował. Rozmawiali cicho tak by nie zbudzić i dziewczyn, ale i po to by reszta nie dowiedziała się.
- i co ja powiem? jak ja im udowodnię?
- pokażesz smsy, że typ ci grozi - wyjaśnił.
Jego kumpel miał racje powinien pójść po pomoc, dla dobra choćby i jej.
***
Wrócili w końcu do domu, a gdy odpoczęli od razu poszli na policje. Lizzie została przed komisariatem tak jak jej polecił chłopak. Chodziła z miejsca do miejsca zerkając co rusz na drzwi do, których wszedł Ian. W końcu pojawił się ze smutną miną.
- i co ? - podskoczyła do niego.
- chyba okey - wyjaśnił.
- chyba?
- będą się kontaktować ze mną, chcieli z tobą, ale powiedziałem, żeby ciebie w to nie mieszali...
- Ian !- przerwała mu - jeśli mogę pomóc to jak najbardziej chcę - powiedziała podchodząc do niego układając swoje małe dłonie na jego torsie
- nie chcę cię wciągać w te szaleństwo - mruknął zbliżając się czołem o jej czoło.
- już dawno wciągnąłeś - uśmiechnęła się lekko, a następnie krótko zaśmiała - jeszcze przed całym tym Jeremim.
To było gorsze niż bomba tykająca, bo wiadomo kiedy bomba wybuchnie, ale kiedy Jeremie wybuchnie nikt nie wiedział. Wśród kolegów znalazł wsparcie i zrozumienie.
Dziewczyny starał się nie opuszczać na krok. Można było powiedzieć, że już z nią zamieszkał nie wprowadzając.
Nie miała mu temu za złe. Uwielbiała jego towarzystwo, a teraz tylko jeszcze bardziej.
Któregoś dnia leżeli wygodnie na kanapie pod kocem rozgrzani, nago. Oparta plecami o jego ciało, a on czule ją obejmował jeżdżąc palcem
po jej nagich częściach.
- to łaskocze - zaśmiała się czując miły dotyk na ramieniu, następnie przy obojczyku. Cieszył się, że ma ją przy sobie. Nie sądził, że w duchu tyle czekał na to, na nią. Zrozumiał zbyt trochę późno, że ona to ta jedyna.
- nie poznaję cię w tej roli - szepnął.
- hm? - uniosła twarz ku niego by spojrzeć jak ma to rozumieć.
- ciebie w związku... jesteś taka idealna w tym wszystkim... - zaczął wyjaśniać.
- hmm normalna ? - pomogła mu i roześmiali się. Skinął głową - to, że złamałam najważniejszą zasadę w swoim życiu dla ciebie...
- pochrzanioną - wtrącił się tym razem on w jej słowa, na co zmarszczyła brwi, a następnie znów rozchmurzyła się.
- pochrzanioną - powtórzyła z uśmiechem - to nie znaczy, że nie potrzebuje tych wszystkich rzeczy jak normalna dziewczyna - speszona nieco.
- niby zawsze wiedziałem o tym - chrząknął bawiąc się jej włosami.
- tak? - popatrzyła się ponownie.
- jesteś twardsza od połowy mojej drużyny - stwierdził, na co znów uśmiali się - ale w środku też masz uczucia - skończył.
- myślałam, że chodzi ci o seks - wyznała - tylko o to - mruknęła pod nosem.
- serio? - popatrzył ma nią zaskoczony, w sumie skąd mogła wiedzieć. Wzruszyła ramionami - na prawdę sądziłaś, że tylko chce seksu? - dopytał się.
- no tak - splotła ich dłonie w jedność podczas swojej miłej zabawy - najwidoczniej obrałeś słabą taktykę - stwierdziła, na co na jego twarz wymalował się grymas.
- jeszcze jakiś czas temu rywalizowałeś ze mną Ian... kto pierwszy zaliczy, albo kto więcej poderwie - zaśmiała się.
- rany... długo mi to zajmowało
- zdecydowanie za długo - uśmiechnęła się czule - ale ja również nie pozostawałam się dłużna prawda? - przyznała z lekkim bólem w oczach, przytaknął jej głową i westchnął.
- obiecuje ci, że już tylko ciebie będę zaliczał - zapewnił, na co ponownie roześmiała się.
- pasuje mi to - skinęła głową i połączyli się pocałunkiem.
21.
Mogli czuć się jak w bajce, swojej bajce. Wróciła do swojej rutyny, a także wakacje już się kończyły i musiała powrócić na uczelnię.
Nigdy nie wyobrażała sobie, że będzie z Ianem Whitem. W klubie gdzie oboje pracowali nikt nie był zdziwiony. Każdy był przekonany tak jak Amy Shelley, że w końcu ze sobą prześpią się. Obserwowała go gdy skończyła swoje zajęcia. Prowadził trening dla nieznajomego dla niej
nastolatka. Był taki skupiony, ale zadowolony. Uśmiechnęła się z jaką łatwością nawiązywał kontakt z chłopcem, żartowali, tłumaczył jak poprawnie wykonywać ćwiczenia, oraz
pomagał. Wiedziała, że ma podejście do dzieci, ale zastanawiała się czy chciałby mieć z nią. Jej to zdecydowanie za wcześnie, jeszcze nim nawet nie nacieszyła się, ale z nim zdecydowanie mogłaby mieć. Weszła do nich na nie wielką salkę, wszędzie na ścianach wisiały lustra więc
od razu ją dostrzegł.
- co tam? - zapytał do jej odbicia w lustrze. Stała oparta o ścianę. Najwyraźniej po swoim treningu. Wysoki kucyk odsłaniał jej ramiona i szyję. Stała w czarnym topie i czarnych legginsach. Tylko głupiec by nie zauważył jej. Była piękną kobietą westchnął. Jego kobietą pocieszył się w duchu.
- nic tak patrzę. Niezłe mam widoki - powiedziała przyglądając się mu gdy wykonywał ćwiczenie wraz z chłopcem. Mięśnie dwugłowe ramienia
napinały się i rozluźniały. Uwielbiała ten widok. Poczuł, że rumieni się na co roześmiała się słodko. Zaprzestał swoją czynność odwracając się do niej.
- tak? - zmarszczył brwi.
- mhm - skinęła głową, gdy popijał wodę - ale nie mówiłam o tobie - skłamała śmiejąc się. Puściła oczko do młodego chłopca, który zaśmiał się i poklepał po plecach swojego
trenera, który o mało co nie zakrztusił się. Na pięcie wyszła z salki, a on oburzony i rozstrojony nie mógł skupić się na pracy.
- jeszcze dwie serie, bez obijania się ! - polecił surowo i sam wybiegł z sali zostawiając nastolatka wciąż rozbawionego tą sytuacją. Przecież to był tylko klient i ona z nim zażartowała, ale rozdrażniło go to.
Szukał jej wszędzie. W końcu znalazł ją jak wychodziła z szatni. Chwycił za łokieć. Zaskoczoną wciągnął do pierwszego lepszego kantorka, w którym znajdywały się różne środki czystości, mopy, szufelki, miotły.
- Ian ! - pisnęła zaskoczony.
- kto ci się podobał ? - od razu spytał, a ona uśmiała się niewinnie.
- mam zajęcia - powiedziała rozbawiona zakładając ręce na jego ramionach.
- o kim mówiłaś ? - chwycił ją w talii i zbliżył się do jej szyi szyi wodząc nosem po niej. Zachichotała dając mu jeszcze lepszy dostęp do jej szyi odchylając głowę, ponieważ uwielbiała tę pieszczotę.
- dobrze wiesz, że o tobie - szepnęła mu na ucho.
- więc uważasz, że jestem? - szukał w niej odpowiedzi, wodząc dłońmi po jej ciele na co odczuwała przyjemne dreszcze.
- bardzo atrakcyjny - dokończyła przyznając się, przygniótł ją do drzwi.
- Ian mam zajęcia - tłumaczyła opierając się - i nie będę kochać się z tobą w kantorku jakimś - burknęła.
- a zakład, że będziesz - mruknął zadowolony.
- Ian widzieliśmy się wczoraj ! - przypomniała piszcząc, gdy sięgał do jej legginsów. Co raz ciężej oddychała gdy pieścił jej dekolt.
Rozbudzał w niej wszystkie zmysły, pobudzał ją do szaleństwa i rozbudzał w niej pożądanie w prędkości światła.
- no to co - burknął jak mały chłopiec, na co ponownie roześmiała się - sama pierw do mnie przyszłaś na sale rozpraszając sobą.
- sobą ?! - pisnęła.
- co mam poradzić jak mam piękną i seksowną dziewczynę - uniósł ją za pośladki do góry.
- lubię jak tak mówisz - spojrzała mu w oczy
- piękną i seksowną ? - zmarszczył brwi. Pokręciła głową ze śmiechem.
- dziewczynę - szepnęła z lekką chrypką, na co przywarł do jej warg, a ona objęła go ramionami wokół szyi.
- mówiłem - wtrącił się między pocałunkami.
- niech ci będzie - odrzekła dumnie, na co zaśmiał się - ale w razie czego ty tłumaczysz się przed szefem.
- nie ma problemu - jęknął już z myślą jaką przyjemność będzie czuć. Sprytnie pozbyli się jego koszulki. Rozbawieni i zakochani ze swojego wybryku miłosnego oddawali się rozkoszy w schowku na sprzęt do sprzątania.
To nie było pierwszym miejscem, które ,,ochrzcili u niej w domu w prawie każdym kącie domu oznaczyli swój teren. Obcowali swoją miłością najbardziej jak potrafili, zastanawiali się czy nie są uzależnieni od seksu. Na szczęście mieli siebie.
Któregoś dnia gdy zgodziła się pod jego wpływem zostać dłużej w domu mało co nie zostali przyłapani przez jej własną matką na co przeklinała w duchu.
Dochodziła siódma on jeszcze spał na kanapie. Tak mieli gdy oglądali stare filmy do późna wieczora. On zasypiał w połowie i zostawali już na dole nie chcąc go wybudzać ze snu. Przy jego braku świadomości wtulała się w jego ciało, albo obsypywała różne miejsca pocałunkami.
Choć raz ją przyłapał, to wybroniła się mówiąc, że miał jakiś paproch na co zaśmiał się widząc, że kłamie. Sama siebie nie poznawała, nie sądziła, że będzie w tym miejscu, z nim, szczęśliwa jak jeszcze nigdy. Z rana biegała po całym domu, dziwiła się, że go nic nie budzi.
bo do cichych nie należała. Biegała od góry do dołu po nowe rzeczy do połowy ubrana. W biegu popijała kawę nie mając czasu delektować się nią na co żałowała.
- będzie trzeba znów wcześniej wstawać - warknęła na siebie. Potknęła się przy kanapie o jego.
- aha no tak spodnie - zmarszczyła brwi spoglądając na śpiącego chłopaka. Rozczuliła się na ten widok i pogłaskała go po czuprynie.
Podniosła się i mając już odejść w końcu ubrać jakąkolwiek bluzkę poczuła ściągnięcie w tył. Pisnęła głośno i opadła prosto w ramiona
brunetka. Zauważyła otwarte rozleniwione, błękitne jego oczyska no i dołeczki, które powodował czarujący uśmiech.
- co tak latasz słońce ? - odezwał się z chrypką.
- bo jestem spóźniona - odpowiedziała trzymając go na niewielki dystans gdy chciał ją przyciągnąć do siebie.
- niemożliwe Lizzie Montgomery spóźniona ? - zmarszczył brwi.
- tak przez pana, który właśnie pode mną leży - w tej chwili rozległ się jego łagodny śmiech - możesz mu łaskawie powiedzieć żeby on mnie puścił, bo wtedy na prawdę spóźnię się
- a jeśli on nie chce i tego nie zrobi ? - zapytał zmrużonymi oczami, a ona czuła mocniejsze ściśnięcie w talii.
- to będę musiała krzyczeć - parsknęła zabawnie.
- hmm... to, to może przez inny powód - mruknął łobuzersko i tajemniczo.
- jaki powód Ian? - zarechotała, a on przekręcił ją tak, że miał pod sobą.
- domyśl się - podpowiedział.
- Ian !! - krzyknęła wiercąc się przy tym uderzając go w ramiona. I tak była zadowolona jak małe dziecko. Lubiła gdy nią robił te piękne rzeczy. Gdy dobierał się do jej spodni. Usłyszeli dzwonek do drzwi. Potem kolejny i kolejny.
- spodziewasz się kogoś? - podniósł się na łokciach, z jej ust wydobyło się tylko mruknięcie.
- Lizzie!!!! - rozległ się kobiecy głos i walenie w drzwi.
- cholera! zechciało się jej odwiedzin ! - warknęła zwalając z siebie kochanka. Zauważyła rozbawienie u chłopaka, na co go spiorunowała wzrokiem.
- nie ciesz się tylko ubieraj się - rzuciła w niego spodniami i pobiegła na górę. Zbiegając ze schodów jednocześnie zakładając bawełnianą jednolitą szarą bluzkę z długim rękawem dostrzegła już w środku starszą kobietę. Czekoladowe włosy do ramion, te same
orzechowe oczy co ona. Wzrost nawet podobny, miała krąglejsze biodra. Patrzyła na nią surową miną. Najwidoczniej jej chłopak wyręczył ją i otworzył jej drzwi.
- co tu robisz mamo? - spytała zmieszana. Ian bez koszulki stał zadowolony, a ona przetarła twarz dłońmi.
- czekałam aż własna córka mi otworzy drzwi bo nie odzywa się od dwóch tygodni, a otwiera mi jej najlepszy przyjaciel bez koszulki co jest seksowne Ian, ale byś darował mi tego widoku. Sypiacie ze sobą ? - spytała od razu/
- co?! - nie nadążała za własną matką i w tym czasie odparł i on.
- tak
Padł chórek. Dziewczyna popatrzyła na bruneta i wymierzyła mu wrogie spojrzenie na co wzruszył ramionami wciąż uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Dzwonie non stop do ciebie, od taty też nie odbierasz? Chcesz żebym na zawal zeszła ?! - podeszła do kuchni swobodnie, a brunet podał kobiecie szklankę wody.
- po pierwsze uwzięliście się tak z tymi telefonami, że aż miałam dość. Po za tym mówiłam, że wyjeżdżam do Bostonu, a potem jakoś zapominałam
- jasne i nie było pięciu minut dla swojej matki?Tak po za tym to coś poważnego ? - odwróciła wzrok na mężczyznę, którego znała od dziecka - wyszliście z jakiegoś friendzonu czy co ?
- mamo ! - zawołała w szoku, a chłopak zaśmiał się czerwieniąc nieco.
- no co ? chcę tylko wiedzieć co powiedzieć dla rodziny? Wszyscy pytają się czy masz chłopaka, co z tobą się dzieje
- może najlepiej nie mów nic? - podpowiedziała ironicznie wypijając do końca kawę.
- proszę powiedzieć, że mam poważne zamiary co do pańskiej córki - wtrącił się Ian, a ona znów popatrzyła na niego niedowierzaniem. Stał tak po prostu oparty o zlew i naturalnie o tym wszystkim mówił.
- no i tyle w temacie. Witaj w rodzinie Ian. Zawsze cię uwielbiałam. To kiedy ślub? - spytała na koniec.
- Boże ! - jęknęła przez tą całą sytuacje łapiąc się za głowę i uciekła na górę zażenowana.
- to wy sobie pogawędźcie tu jak rodzina - zawołała schodząc z powrotem z czarną skórzaną kurtką, którą zaraz zakładała - a ja idę na zajęcia - w tym czasie podszedł
do niej. Łapiąc ją w pasie.
- nie złość się - poprosił nachylając się nad nią.
- ale ja nie złoszczę! - mało co nie krzyknęła, na co zarechotał, odgarniając jej włosy z twarzy..
- kocham cię - wyznał całując ją krótko - uważaj na siebie - polecił.
- taa... ja ciebie też. Miłego dnia zięciu - poklepała go delikatnie po policzku po czym wyszła, a on wrócił lekko zmieszany do matki jego dziewczyny, która wpatrywała się w niego zadowolona.
Zostali prawie przyłapani przez Amy Shelley. Jeszcze całowała się z nim namiętnie przed drzwiami. Szedł do pracy jako pierwszy, a ona
nie mogła doczekać się aż będzie mogła delektować się ostatnimi łykami kawy.
- spóźnisz się - przypomniała między pocałunkami
- mam jeszcze półgodzinki
- paa ian ! - przeciągnęła zadowolona.
- do później piękna - pocałował ją w policzek, a ona zarumieniła się na co roześmiał się. Wyszedł. Nie zdążyła pozbierać swojej wczorajszej
bielizny z kanapy, a drzwi ponownie otworzyły się.
- zapomniałeś czegoś ? - zaśmiała się odwracając.
- taa pewnie buziaka - parsknęła blondynka wchodząc do jej domu.
- ani chwili spokoju - wywróciła oczami zirytowana.
- aż tak cię męczy? - pisnęła zadowolona, a ją szok ogarnął, aż prawie zaniemówiła.
- kto? co ? Ian!? niee Boże! ty tylko jedno w głowie masz - burknęła oburzona.
- wcale nie.... właśnie bo...
- co ? - usiadła wygodnie na kanapie popijając kawę rozkoszując się.
- Brian zaprosił mnie na randkę - oznajmiła, dosiadając się. Miała jakoś super na to zareagować? bo nie widziała problemu.
- no to co ? przecież spotykacie się od...od dłuższego czasu - jakby chciała sobie przypomnieć od kiedy i czy w ogóle spotykali się.
- no właśnie! to prawdziwa randka ! - zawołała Amy i zabrała jej kubek z kawą po czym napiła się. Po czym skrzywiła się, a brunetka zmarszczyła groźnie brwi za to, ze zabrano jej eliksir szczęścia - Boże co za szatany pijesz - wykrztusiła, mało co nie dławiąc się zniesmaczona.
- czarna mocna jak lubię - uśmiechnęła się zadowolona gdy kubek do niej wrócił.
- tym można postawić na nogi armie Napoleona! - palnęła niedowierzając.
- to teraz wiesz skąd mam tyle energii - zaśmiały się obie - więc co do Briana czym ty przejmujesz się tak właściwie ? - zmrużyła oczy znów wracając do swojego ulubionego smaku.
- no bo nie byłam nigdy na randce - wyznała nieśmiało.
- serio ? jak to? - popatrzyła na nią poważnie - no a Ethan?
- z Ethanem to tylko seks się liczył - machnęła ręką, na co koleżanka pokręciła głową.
- czyli o Brianie myślisz poważnie ?
- no tak
- no to w czym problem? - zastanawiała się nad swoim związkiem. Często uprawiali seks, no ale też wychodzili do ludzi. Spędzali czas po za domem. Nie. Ich związek był w porządku nie tylko oparty na seksie. Uspokoiła się w myślach.
- sama nie wiem.
- przecież spaliście ze sobą z jakieś...
- pięć razy - pomogła jej licząc z przymrużonymi oczami przyjaciółka.
- dzięki - parsknęła - no wiec pójdziecie na randkę jak starzy znajomi - zarechotała rozbawiona brunetka.
- nie podoba mi się te stwierdzenie - chrząknęła pod nosem niezadowolona Amy.
- Amy znacie się już. Brian to dobry facet powinnaś dać mu szanse, a potem zobaczyć co się rozwinie - wyjaśniła spokojnie.
- o takich słów mi brakowało - zawołała wesoło, a druga dziewczyna zaśmiała się. W tej chwili uniosła czarny stanik z kanapy.
- jaa... czuje się jakbym siedziała na miejscu zbrodni
- Amy ! - krzyknęła zabierając swoją bieliznę i schowała za siebie.
- no już nie bądź taka skromna. Wszyscy wiedzą, że jesteście najgorętsza parą!
- dzięki ! - wybełkotała.
- więc jesteś szczęśliwa? - dopytała się, a Lizzie chwilę zamilkła.
- jestem najszczęśliwsza - stwierdziła czując jakby kamień spadł jej z serce.
- i oto chodziło maleńka ! - krzyknęła. Poklepując ją po ramieniu z radości.
- ale bez takich - popatrzyła na nią groźnie.
- dobra nikt nie patrzy ! nie musisz teraz pokazywać jaka to ty twarda ! -burknęła na koniec, na co dziewczyny obie znów zaśmiały się. Brunetka ku zaskoczeniu objęła koleżankę, która już wcześniej ścisnęła ją z wdzięcznością.
***CDN***
Są oczy zainteresowane tym opowiadaniem?. Jestem w trakcie pisania innego całkiem nowego i nie wiem czy ciągnąć te dalej? czy zacząć z nowinką całkiem inną :). Pozdrawiam
An Caroline :)
Dodał/a: An Caroline w dniu 12-04-2019 - czytano 211 razy.
Słowa kluczowe: Lizzie

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Do Trzech Razy Sztuka VIII"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)