Do Trzech Razy Sztuka VII

Lizzie,
15. Z każdym dniem czuła się co raz lepiej i dość w szybkim tempie wróciła do formy i do swojej rutyny z czego się cieszyła. Każdy następny mecz kończył się wygraną, a każde następne wiadomości z poleceniami od Jeremiego wzbudzały niepokój. Leżąc na łóżku zastanawiał się jak z tego wyplątać się. Chwycił swoją komórkę i zaczął zwinnie palcami wystukiwać literkę po literce.
- ,,Pora zakończyć to wszystko. Już nie chcę
Zastanawiał się jaka będzie odpowiedź. Żałował, że w ogóle w to
wszedł ,ale nie żałował wyjazdu do Los Angeles, a gdyby nie to, to by tego nie było.
- ,,Sprzedałeś dusze diabłu młody. Za późno, jesteś nasz do końca mistrzostw - przeczytał. Zacisnął pięść. Właśnie tego obawiał się. Był pewien, że tamci ludzie będą chcieli, żeby w końcu będzie musiał przegrać, a tego nie chciał. Nie po to tyle dawali z siebie, żeby poszło to na śmieci.
Nadszedł dzień, w którym odbył się ostatni mecz w Seattle, który awansował ich do mistrzostw w Bostonie.
- wszystko ok ? - podeszła do niego brunetka na sali gimnastycznej popijając wodę
- tak, pewnie - zmusił się do uśmiechu. Tak na prawdę uważał Jeremiego za chodzący cień. Nie widział go od ostatniej rozmowy, komunikował się jedynie telefonicznie. Rozejrzał się po sali, ale jego nie było mimo to znał doskonale o wynikach, bo wiadomości z gratulacjami wciąż przychodziły.
- trzymam kciuki - poklepała go w ramie i odeszła do dziewczyn chwytając za pompony.
Znów miał wygrać, to nie będzie trudne. Bo już prowadzili sześcioma punktami, ale co będzie jak będzie musiał przegrać. Ludzie widocznie tracili pieniądze, a on i ta cała mafia w, którą wplątał się zyskuje. Musi przestać. ,,Koniec - powiedział sobie w myślach.
- ,,rezygnuję - wypisał jeszcze raz wyłączając telefon.
I tak Czarne Orły awansowali do dalszej konkurencji.
- spełniasz powoli swoje marzenia - usłyszał całkowicie oderwany od myśli - cieszę się - powiedziała gdy szli do domu.
- ty też mam nadzieję? - popatrzył na nią.
- jestem szczęśliwa - przyznała, na co uśmiechnęli się do siebie.
***
Któregoś dnia świętowali ich ostatni sukces w rodzinnym mieście. Wychodzili właśnie z baru. Miał właśnie odwieźć Lizzie Montgomery do domu. Użył pilota by odblokować auto, pierw pomyślał, że to jakiś żart, albo ktoś podmienił jego samochód. Rozszerzył oczy z zaskoczenia i przełknął ogromną gule w gardle. Stał jego pojazd, ale całkowicie roztrzaskany, srebrzyste szkło leżało na chodniku. Długo nie czekał, a usłyszał swoją przyjaciółkę.
- Ian ktoś rozwalił ci auto ?! - nie wiedziała czy to pytanie, może stwierdzenie z pytaniem.
- wiem, chodź pójdziemy - złapał za rękę. Normalnie pewnie by tą rękę wyswobodziła, ale była zbyt wstrząśnięta tym widokiem.
- jak to ?! trzeba to zgłosić
- nie Lizzie... innym razem - Czuł się obserwowany, chciał jak najszybciej odstawić tę dziewczynę do domu by była bezpieczna. Po chwili usłyszał krótki dźwięk w telefonie, wyjął z kieszeni i od razu przeczytał.
,, zastanów się jeszcze raz jak będziesz chciał zrezygnować. Wygraj następny mecz .
Wpadł w bagno, był tego przekonany.
- Ian ktoś rozwalił ci auto! słyszysz siebie?
- takk... proszę cię już jestem zmęczony - jęknął. Nie chciał jej w to wciągać, a tłumaczyć się z tego dla niej to byłoby ostatnią rzeczą jaką chciał - Jutro to załatwię, albo jeszcze dzisiaj - zapewnił, a ona zamilkła. Na te słowa trochę ochłonęła, ale wciąż nie odwracała się by spojrzeć jeszcze raz na jego auto.
- mam nadzieje, ze Ci nic nie grozi ? - popatrzyła na niego zmartwiona. Tak jak potrafił uśmiechnął się do niej.
- pewnie, że nie - uspokoił ją - może to nie Nowy York gdzie non stop to się zdarza, ale tu w Seattle też takie rzeczy dzieją się - dokończył. Słyszał jej westchnienie, na co sam odetchnął z ulgą. Dalej tak jak postanowili poszli pieszo.
16.
Chcieli być tydzień wcześniej by zapoznać się z nowym miejscem, zrobić parę treningów. W środku tygodnia Lizzie Montgomery miała swoje zawody cheerleaderskie w Nowym Yorku. Siedziały wraz z Amy Shelley akurat w pokoju odpoczywając.
- dzisiaj balanga, idziecie z nami ? - zapytał zadowolony Zac wraz z Ianem i kilkoma chłopakami.
- jutro lecimy do Nowego Yorku Zac, więc zapomnij - powiedziała dość stanowczo brunetka.
- cóż będziemy musieli sami podbijać świat- jęknął zniesmaczony.
- albo co innego - parsknęła Amy śmiejąc się.
- to pewnie tez - na jego twarzy pojawił się cwaniacki uśmieszek.
- ty tez idziesz ? - spytała blondynka Whitea.
- pewnie - wzruszył ramionami, na co Lizzie, która akurat pakowała się poczuła spięcie na całym ciele i popatrzyła na koleżankę, która popatrzyła również na nią wymownie.
- więc powodzenia - burknęła Montgomery, po czym przyjaciel popatrzył kiwając głową na nią jakby nigdy nic. Zawsze mogła by o niego zawalczyć - pomyślał, ale skoro tak.
- ile was jutro nie będzie? - spytał kapitan drużyny koszykarskiej.
- a co chcecie tu wprowadzić jakieś laski ? - parsknęła rozbawiona Shelley.
- Tyy dobry pomysł ! - zawołał w dobrym humorze Zac, a pozostali chłopacy roześmiali się gromkim chórem.
- po moim trupie! - zastrzegła go druga cheerleaderka groźnym wzrokiem.
- żartuję Lizz... jednak gdybyś ty zmieniła zdanie co do mnie, do nas...jestem otwarty -podszedł do niej obejmując ją w pasie, na co zachichotała.
- okey - powiedziała bez namysłu. Może to właśnie dobry moment by odegrać się na przyjacielu.
- okey? - upewnił się zaskoczony ciemny blondyn.
- tak, chcesz iść do kina ? dziś ? zaraz? - zapytała zdecydowanie.
Słyszała jak koleżanka bije brawo, na co pokręciła głową, natomiast w Ianie nie wiadomo skąd zaczęło kotłować się, zacisnął pięści, również swoje usta w cieniutką linie.
- pewnie, ale wieczorem...
- luzz sobie pójdziesz - przewróciła oczami znów odwracając się do lustra widząc jak Ian wychodzi z pokoju.
- za półgodziny na korytarzu - poprosiła.
- jasne!
- zezłościłaś go.
- co? - zmarszczyła brwi.
- Iana?
- niby czym?
- Zaciem
- przesadzasz
- widziałam to w nim - oparła się o ścianę, na której wisiała większa rama, a w niej lustro.
- niby dlaczego miałby zły, że idę z kolegą do kina?
- bo może jest zazdrosny? - chciała ją oświecić blondynka
- akurat - parsknęła ze śmiechem.
- ty tez jesteś za ten wieczór - przejrzała ją. Przełknęła ślinę młoda kobieta i pokręciła ponownie głową przecząco.
- nie gadaj głupot
- Lizzie widzę co się dzieje, nie będę się wtrącać...ale...
- to nie wtrącaj! - poprosiła zła odwracając się do niej.
- ok...co ubierasz? - zapytała, po czym zaśmiała się.
- nic nadzwyczajnego - odpowiedziała spokojniejsza, po czym po chwili miała na sobie dresową szarą, sweterkową sukienkę. Białe trampki.
- noo... jak na prawdziwa randkę Ian będzie zazdrosny - powiedziała na głos.
- nie będzie, nie o Zaca
- więc chcesz żeby był ! -zawołała chytrze.
- ciszej ! - poprosiła, na co Amy zaśmiała się.
- nie nadążam za tobą
- ani ja za samą sobą - westchnęła widząc jaki jej koleżanka właśnie triumf osiągnęła.
Wyszła na korytarz, którędy szedł akurat jej przyjaciel. Wyglądała...wyjątkowo ładnie. Przełknął ślinę. Może mógłby coś zrobić by została...ale to nie fair, sam wychodzi na wieczór. Warknął sam na siebie, mógł sam szybciej zadziałać, gdzieś ją zabrać byle ten pajac jej nie brał, cóż pod każdym względem.
- jak ładnie wyglądasz - powiedział - błąd...pięknie - poprawił się w myślach. Włosy rozpuszczone, ale część lekko podpięta do tyłu.
Mogła ukazać swoje delikatne policzki w pełnej okazałości. Nie była dziewczyną, która szczególnie się stroiła, właściwie tego nie potrzebowała i tak, ale jak każda dziewczyna lubiła od czasu do czasu i ten czas był chyba dzisiaj, bo nawet wykonała mocniejszy makijaż. Czarny tusz podkreślał jej długie rzęsy. Trzepotała nimi zadowolona, a on pękał ze złości.
- dzięki - uśmiechnęła się łagodnie.
- to co idziemy? - zwróciła się do drugiego młodego mężczyzny, który szedł za nim po dziewczynę.
- z tobą zawsze - wyszczerzył się jak małe dziecko. Do Zaca nic nie czuła, nawet mimo był również przystojnym chłopakiem. Bardzo długo starał się o nią co jej imponowało, ale bez skutku. Cóż raz im przerwał sam Ian, pewnie by wtedy doczekał się. Problem w tym, że z nikim nie spała od ich pierwszego razu, na co przełknęła ślinę. Poprawiła sukienkę, a brunet popatrzył na jej zgrabne nogi.
- to ja lecę przespać się przed impreza - oznajmił Ian powoli odchodząc.
- trzymaj się - machnęła ręka jakby nigdy nic rewanżując się, a on jeszcze bardziej zdenerwowany schował się w swoim pokoju hotelowym.
W prawdzie nie oglądała filmu, myślała o nim. Przeklęty! - warknęła w myślach. Cieszyła się, że jakoś szybko to wszystko minęło, mimo on był również dobrym towarzyszem. Na wieczór
była już w hotelu przy swoim pokoju.
- chcesz mógłbym zostać dla ciebie - podszedł do niej Zac przypierając ją prawie do drzwi.
- Zac pozwalam ci iść - uśmiechnęła się chytrze.
- auć! - jęknął, na co roześmiała się.
- miłej zabawy Zac - zanuciła dźwięcznie i wymsknęła się uciekając do pokoju.
W tym czasie chodził po pokoju myśląc, jak jej randka. Denerwował fakt, że może ją dotyka, albo co gorsza. Zastanawiał się czy miała jakiegoś partnera odkąd on nim został. Do pokoju wszedł jego kumpel.
- i jak spytał - próbując być obojętnym, kładąc się na łóżku, a rękę podłożył pod głowę.
- oszaleć przez nią można - zarechotał - jest świetna, może kiedyś...pykniemy się - dodał zadowolony otwierając szafę szukając odpowiedniego ubioru na wieczór. Wyciągnął ręce do góry jakby zatriumfował, a on przełknął ślinę - choć ostatnio na dystans
mnie bierze - wyznał jakby głośno zastanawiał się.
- bo pewnie nie chce cię - uspokojony zadrwił z niego, czując jakąś satysfakcje.
- to Lizz, ona nikogo nie chce - zaśmiał się, a za nim i Ian po czym znów przełknął ślinę - byłbym pewnie i tak na raz jak inni ,,marynarze - parsknął rozbawiony.
Próbowała zasnąć gdy on był na męskim wypadzie. Kolejny raz przewracała się na łóżku i dostrzegła otwarte oczy koleżanki.
- też tak miałam z Ethanem - odezwała się.
- długo ty z nim?...znam...znałam Ethana długo i sama wiem co potrafił... dziewczyny tonęły w łzach - mówiła zamyślona.
- nie widziałam w nich wad...przy mnie wydawał mi się inny, był sobą, a przy ludziach zupełnie inny
- ciekawe - mruknęła brunetka.
- nic dziwnego, że ludzie myślą o nas tak jak myślą - dopowiedziała.
- jak? - uniosła się na łokciach z wrażenia.
- chłopcy zaliczają, cheerleaderki same dają w dodatku są puste
- nic takiego nie słyszałam ! - oburzyła się.
- bo nie zwracasz uwagi na ludzi i na ich słowa co raczej to dobrze - odparła również jakby kłębiła się myślami.
- no wiesz...- w sumie blondynka miała racje, miała gdzieś opinie innych.
- nie zwracasz uwagi na uczucia Iana - chrząknęła.
- Amy proszę cię... on jest na imprezie na pewno świetnie bawi się co miałby do mnie czuć ?
- założę się, że gdyby wasza Natalie żyła to samo by mówiła - powiedziała zdecydowanie.
- gdyby Natalie żyła nic by się nie wydarzyło pomiędzy mną, a Ianem. Nie byłoby żadnego problemu, bo ona nadal by z nim była, a on z nią - wyjaśniła stanowczo.
- mhm - mruknęła - ale widocznie teraz twoja kolej - uśmiechnęła się.
- czemu mnie tak zachęcasz?
- bo ja wierze w miłość i wcale nie jest taka zła
- serio? mówi to dziewczyna, którą chłopak zdradzał setki razy? - spiorunowała ją wzrokiem.
- ale to nie znaczy, że wszyscy są tacy Lizzie, to nie znaczy, że nie trafie na lepszego
- na przykład Briana ? - popatrzyła na nią.
- na przykład - wzruszyła ramionami, a następnie zaśmiała się. Przegadały do późnej nocy dlatego z rana okropnie im wstawało się.
Z rana miały wyjazd do Nowego Yorku gdzie miały odbyć się zawody cheerleaderskie. Okropnie Dawno tak nie miała. Zawsze potrafiła wcześniej pójść spać i wcześnie wstać. Pospała jeszcze godzinę w czasie podróży i od razu lepiej się poczuła.
jednak jej myśli znów powędrowały do niego. Nawet nie pożegnał się z nią, a zawsze życzył i jej powodzenia. Może faktycznie był zły, ale przecież nie pierwszy raz widziała, że kręci coś z Zaciem. Ciekawiła się jak jego noc podbojów, na co warknęła w myślach.
Gdy dziewczyna docierała do wielkiego miasta, on dopiero wstał. Siedział do późna i zbyt za dużo wypił ponieważ niemożliwie bolała go głowa.
Nie bawił się doskonale, obserwował jak kumple zdobywali różne dziewczyny, on siedział sam przy barze. Miał dwie sytuacje gdy do niego dosiadły się dwie różne, obce dziewczyny. Mógł nieźle zabawić się, ale po prostu nie chciał. Obliczył na zegarku, że jego
przyjaciółka powinna być już na miejscu. Czuł do niej żal, że nawet nie chciał do niej odzywać się, ale tak na prawdę nic nie zrobiła. W końcu była wolną kobietą.
- coś ty narobił - podrapał się po czuprynie patrząc cały czas w sufit.
Mistrzostwa odbywały się na wielkiej hali, gdzie trwała głośna muzyka. Tłum ludzi przewijał się. Pierwsze próby już rozpoczęły się, po czym pierwsze występy.
Do mistrzostw zakwalifikowały się pięć drużyn, z czego jej występowała przed ostatnia więc cieszyła się, bo mogła w ostatniej chwili
coś jeszcze zmienić. Oglądała występy zza kulis.
- zachowuje się tak jak zawsze - usłyszała, całkowita pochłonięta była widowiskami.
- kto ?
- Britney - burknęła, pokazując blondwłosą wysoką, zgrabną dziewczynę. Włosy jej sięgały do pasa, były gęste i lśniące.
- chodź - złapała ją za rękę. Nie wiadomo skąd poczuła niezwykłą determinacje.
- gdzie?! po co ?! - zatrzymała ją Shelley.
- wyprostujemy sprawę - powiedziała
- w życiu ! nie chce - próbowała się obronić druga dziewczyna, gdy ta wciąż ją ciągała za rękę.
- boisz się!? - oskarżyła ją.
- Amy Shelley...niczego się nie boi - oburzyła się.
- to udowodnij - uśmiechnęła się brunetka cwaniacko. Podeszły razem do innej cheerleaderki.
- witaj Britney - powiedziała śmiało, na co dziewczyna zwróciła się do niej.
- ahh...Lizzie Montgomery witaj kochana - przybrała dość fałszywy uśmiech - ohh.. przyjęłaś słodką, ale i kłamliwą Amy do drużyny?
daleko z nią nie zajdziesz zresztą jak zawsze - zaśmiała się głośno.
- to zabawne, ale ja widzę tu inną blondynkę kłamliwą - odrzekła poważnie.
- odszczekaj to - zażądała prostując się.
- szczekać to ty możesz - parsknęła, na co słyszała chichot koleżanki - tak walczyłaś o tego idiotę Richardsona, że on nawet dalej cię nie zauważa
- a co ci w tą główkę uderzyło?
- oo to nie pochwalił się? jak był w Seattle i chciał ze mną wyjść na randkę ? - zadrwiła - Cały Ethan - pokręciła głową niedowierzając - Zwaliłaś winę całą na Amy i wyrzuciłaś świetną
cheerleaderkę dla jakiegoś głupca, w dodatku wydając o niej kiepską opinię, którą ty powinnaś przyjąć - zaśmiała się - i to wy możecie przegrać bo już jej nie macie - wzruszyła ramionami.
- Ethan nigdy by na ciebie nie spojrzał karle - odparła słysząc za sobą szepty ze swojej drużyny.
- ale na godzille tak ? - zaśmiała się, wraz z innymi dziewczynami.
- zniszczymy was - wycedziła.
- to się okażę - pomachała jej ręką na pożegnanie i odeszła - widzisz nie było tak źle - szepnęła do swojej koleżanki.
- taa...
- a ty nie odzywałaś się po raz pierwszy chyba przez tyle czasu - popatrzyła na nią zdumiona
- czemu to zrobiłaś?
- chyba należało jej się co ? - wzruszyła ramionami Montgomery.
- ale mogłaś to olać .
- a ty nie zasłużyłaś na to wszystko więc... - kontynuowała patrząc na trwający występ, a po chwili została ściśnięta przez jej ramiona.
- nie słyszałaś, że liderki zespołu nie przytula się - burknęła.
- sram na te twoje zasady - parsknęła, na co roześmiała się - dzięki - dodała, a Lizzie pokręciła głową niedowierzeniem.
Występ drużyny z Nowego Yorku był na prawdę świetny, aż Lizzie wyczula swoje obawy.
- są dobre - mruknęła.
- my lepsze - pocieszyła ją Shelley.
- coś bym zmieniła - pomyślała na glos.
- może ostatni układ?
- no nie wiem - popatrzyła na resztę koleżanek.
- twoja ostatnia choreografia jest lepsza od układu Britney dobrze o tym wiesz.
- no tak, ale on jest jeszcze świeży. Dziewczyny mogą mieć problem - zaczęła się tłumaczyć czując panikę
- chcesz wygrać?
- tak...w końcu chcę - jęknęła.
- no to zmieniamy! - zawołała, a następnie zawołała pozostałe dziewczyny.
Nadeszła pora na nie. Wchodząc na sale mijała się z zespołem osoby, której nie lubiła w prawdzie od zawsze, a teraz to tylko jeszcze bardziej.
Nie umknęło jej jak dziewczyna specjalnie podstawiła nóżkę co spowodowało, że mało nie upadła dla jej przyjaciółki Amy Shelley, dlatego idąc prosto na nią odważnie i silnie przeciągnęła barkiem Britney, która musiała odczuć jakiś ból, ale też mało co nie upadła
- nie żyjesz !- syknęła do niej dziewczyna oddalająca się zza kulisy, a Lizzie tylko jej pomachała na odchodne.
- dzięki - szepnęła do niej Amy.
- nie jesteś sobą Amy… może jak w reklamie powinnaś zjeść snicersa
- z chęcią - zaśmiała się lekko.
- jak wygramy !- zastrzegła ją, a po chwili ustawione na scenie rozpoczęła się głośna muzyka. Zaczęły od krótkiej choreografii coś na styl hip hopu wolniejszego, gwizdy i brawa od razu usłyszały. Następnie przeszły do energicznego tańca, w którym przewijały się
również różne akrobacje, przejścia oraz unoszenia. Wszystko było kręcone na żywo więc z lekkimi nerwami Ian White wszystko oglądał w telewizji pokoju jeszcze przed treningiem.
- zmieniły układ widziałeś ? - spostrzegł brunet.
- hm?... tańczą zawsze inne- wzruszyl ramionami Zac wciąż zaspany.
- ale ten ostatnio uczyły się, będą skakać - patrzył uważnie w ekran. Normalnie by nie stresował się, ale w tym układzie występowały wyskoki i to wysokie, nie było tam już materacy, ani poduszek, jak na sali sobie przygotowywały.
- wyluzuj, dadzą radę - uspokoił go kolega - i sam przykuł uwagę do ekranu z przymkniętymi oczami.
- taa... - zacisnął pięści, jakby tu była to by powiedział ,,trzymam kciuki. No i jest wyskok do góry. Leci w powietrzu robiąc akrobacje której nie znał nazwy. Lizzie robiła się jak jakaś spirala, śruba i opadała na dół. Złapały. Fala emocji schodziła z niego jak powietrze z ust.
- no widzisz. Mówiłem - usłyszał za sobą.
Następny wyskok miała Amy, która wykonała salto, które wydawało jej się takie proste. On sam raczej nie wykonałby tego. Swobodnie opadła i była już na ziemi wykonując szpagat wraz z kończącą się muzyką.
Owacje na stojąco i gwizdy usłyszała. Skończyło się, odetchnęła z ulgą. Jest cała i zdrowa. Nie wprowadzały dotąd lotów w powietrzu ze względu na bezpieczeństwo, ale skoro wykonały ten ruch, to przyjęła to na klatę. Ona i Amy. Ukłoniły się i pobiegły zza kulisy.
- mówiłam, że wyjdzie - zawołała zadowolona Amy.
- mówiłaś - przyznała jej wesoło brunetka.
Po obliczeniu punktów, nastąpiły wyniki. Wszystkie drużyny stały na scenie, wszystkie zdenerwowane. Trzymały się za ręce. Trzęsły się
w barwnych strojach. Trzecie miejsce zajęła drużyna z Los Angeles. Z grzeczności wszyscy bili brawa. Lizzie Montgomery zaczęła się bać więc zamknęła oczy, chciała w końcu wygrać takie mistrzostwa. Drugie miejsce
- drużyna z Nowego Yorku - usłyszała i otworzyła oczy zaskoczona. Więc oni może żadne miejsce? - pomyślała
- Zwycięzcami jest Seattle ! - piski, wiski, krzyki, oklaski dudniły jej w uszach. Była w szoku nie do opanowania, czuła jak koleżanki ja przytulają, obejmują. Wyszła na środek po trofeum. Złote trofeum. W końcu zaczerpnęła powietrza, którego non stop brakowało.
- dziękujemy - wykrztusiła do mikrofonu.
Do jej obrazu w telewizorze uśmiechnął się Ian.
***
- należy ci się - zwróciła się do Amy, Lizzie. Wręczając jej nagrodę.
- hm? chyba żartujesz? - wyprostowała się widząc co jej koleżanka wyprawia.
- ty mnie namówiłaś więc - wzruszyła ramionami.
- oszalałaś do reszty.?! ty jesteś kapitanką, ty zasługujesz - oburzyła się.
- ty też zasługujesz- sprostowała - gdybym ciebie nie posłuchała się znów bym była na drugim miejscu
- Lizzie... wykonałaś świetną robotę z nami, pracowałaś ciężko. Nie przyjmę tego, a po za tym czemu oddajesz rzeczy, do których masz prawo i na nie zasługujesz? - spytała patrząc z troską w oczach.
- wcale nie...nie oddaje co moje - ściszyła swój głos.
- tak? oddałaś Iana dla Natalie, potem dla mnie, potem dla reszty napalonych lasek
- o czym ty mówisz Amy??! Ian nigdy nie był mój, a po za tym...
- był, jest i będzie ty tego nie dostrzegasz, a po za tym moja droga ta nagroda jest twoje i nie przyjmę jej. Ma stać u Ciebie na szafce koniec kropa - Amy wyszła z szatni widząc, że ta rozmowa jest bez sensu, zostawiając dziewczynę samą ze swoimi myślami.
Wychodziła z budynku już miała wsiadać do busa, jednak znajomą postać, która rozmawiają z jej koleżanką.
- znów ci się naprzykrza? - podeszła burcząc do dziewczyny i Ethana Richardsona
- oo mi ciebie tez miło widzieć Lizzie. Chciałbym przeprosić ciebie za ostatnie zachowanie i zaprosić na imprezę dzisiaj - uśmiechnął się czarująco.
- haha jasne... a widzisz tu czołg - pokazała rozszerzając oko.
- to zwykła impreza Lizzie, Amy też właśnie zapraszałem, a kilka kolegów jest zainteresowanych twoimi koleżankami - wskazał na małą grupkę.
- zapraszasz Amy po tym wszystkim? - spiorunowała go wzrokiem.
- właśnie jej mówiłem, że wcale Brtiney nie dotknąłem - wyjaśnił z uśmiechem, brunetka popatrzyła na dziewczynę, która wzruszyła ramionami.
- akurat... - parsknęła przewracając oczami, po czym zauważyła trzy swoje koleżanki zagadywane przez chłopaków z Białych Rycerzy na co pokręciła głową niedowierzając
- Lizzie przyznaje nie jestem święty, ale Brtiney nigdy nie dotknąłem. A dzisiaj przychodzę do was w pokojowych zamiarach, nic zobowiązującego
- czemu chcesz nas zaprosić? - zmarszczyła brwi podejrzanie.
- wygrałyście zasługujecie na dobra imprezę, a my jesteśmy mistrzami w koszykówce zasługujemy na godne towarzystwo
- wiesz, że Ian i tak ci dokopie? - zadrwiła z niego.
- to okażę się - chrząknął. Lekkie zdenerwowanie zauważyła w nim, jednak szybko rozluźnił się ponownie
- i nie będziesz imprezował ze swoimi cheerleaderkami? - zaśmiała się z jego postawy.
- nie musze z nimi non stop przebywać chyba ? - popatrzył na nią zdumiony - to co dziś? przyjedziemy po was?
- nie imprezowałyśmy dawno - szepnęła jej do ucha Amy.
- Amy serio chcesz?, a po za tym dzisiaj wyjeżdżamy przecież - popatrzyła nią - a po za tym Ian mnie zabije, że z tym głąbem imprezuje - powiedziała odchodząc trochę na bok.
- skoro ci na nim nie zależy jak na chłopaku to czym się przejmujesz?
- zależy wiesz, ale jak na przyjacielu
- to zobaczysz czy będzie zazdrosny, a przypuszczam, że będzie to będzie znak dla ciebie - próbowała zachęcić.
- nie będzie zazdrosny w ten sposób, po prostu nienawidzą się - broniła się i swoją postawę.
- mhm... - popatrzyła na nią cwanym wzrokiem - no chodź, może będzie fajnie. Chce dobrze się zabawić, będzie darmowy alkohol, przenocujemy u moich rodziców - wymieniała wszystko po kolei.
- wszyscy ?! - pisnęła, patrząc na pozostałe dziewczyny
- jakoś pomieścimy się - puściła oczko do niej.
- okey... ale tylko zwykła impreza nic więcej - zwróciła się do chłopaka uśmiechniętego od ucha do ucha.
- wedle rozkazu księżniczki - ukłonił się i odszedł - podjedziemy po was o osiemnastej. Rozumiem, że pod dom Amy? - upewnił się odchodząc, a dziewczyny skinęły głowami przytakując.

16.
Zaskoczony był, że została na noc w Nowym Yorku, no ale jak zapewniła, że wszystko w porządku to niczym nie martwił się.
Za to ona wracała z ogromnym bólem głowy i prawie całą podróż przespała. Mogła przyznać, że dobrze bawiła się, oczywiście do niczego nie doszło, ale odprężyła się i trochę rozerwała. Słyszała piski swoich koleżanek bo widocznie dostawały wiadomości w swoich telefonach
od wczorajszych ,,randek. Dotarła do Bostonu na wieczór.
- szlak widziałaś ?! - weszła szybkim tempem Ame Shelley do pokoju hotelowego.
- co ? - jęknęła zmęczona.
Dziewczyna pokazała gazetę, a konkretnie artykuł i zdjęcie. Ona i on przy limuzynie. Pamiętała jak zdenerwował ją fakt, że zwołał dziennikarzy, reporterów nie uważała się za jakąś celebrytkę, ale zrobił tylko maślane oczy i zapewnił, że sami chodzą za nim.
Ona przybrała fałszywy uśmiech, choć na zdjęciu inaczej to wyglądało, a on specjalnie do zdjęcia pocałował ją w policzek, na zdjęciu wyglądało centralnie w lewy bok szyi. Warknęła na siebie rzucając papierem na podłogę
- cholera !!! - krzyknęła. Rozczytała prosto z ziemi grubszym drukiem. ,,Liderka Czarnych Orłów i jej drużyna świętowała zwycięstwo prosto w ramionach kapitana z drużyny koszykarskiej Białych Rycerzy. Wygląda na to, że powstaje nowy romans, albo coś więcej
- kurwa !!! -usłyszała na korytarzu, a brunetkę ogarnęła panika jakiej nigdy jeszcze nie doznała.
***CDN***
I jak wam podoba się?. Dajcie znać w komentarzu, chętnie dowiem się. Z góry przepraszam za wszelkie błędy jakie zauważycie, liczę na zrozumienie. Łapcie kolejną część i oczywiście życzę ekscytującego czytania.
Pozdrawiam!
An Caroline :)
Dodał/a: An Caroline w dniu 1-04-2019 - czytano 266 razy.
Słowa kluczowe: Lizzie

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Do Trzech Razy Sztuka VII"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)