Do Trzech Razy Sztuka VI

Lizzie
13.
Szlak by to trafił pomyślała otwierając oczy. Spojrzała w bok spał przy niej. Nawet gdy spał to i tak był atrakcyjny. Przegryzła dolną wargę. To już drugi raz, nie powinno to się wydarzyć. Krzyczala na siebie. Delikatnie zdjęła jego rękę z jej brzucha, choć wciąż miała wrażenie jakby dalej ona tam znajdywała się. Po cichu wyślizgnęła się z łóżka. Znajdujac swoje
ubrania, wybiegła z pokoju.
Gdy otworzył oczy jej nie było. Przeklnął po cichu. Już dwa razy znalazł się z nią w łóżku w innym kontekście. Zawsze mówiła, że do trzech razy nigdy nie doszło i nie dojdzie
bo wtedy już zaczynają się problemy. Jemu na prawdę wiele nie brakowało już.
Weszła jakby nigdy nic, zaczerwieniona na twarzy, najwyrazniej biegała.
- biegałaś? - spytał.
- aha - potwierdzila, chwyciła wodę i wyszła na taras, który miał widok na ocean. Już zapowiadał się upalny dzień. Słońce już dość mocno grzało.
- powinniśmy porozmawiać o wczoraj - odważył się pierwszy odezwać.
- raczej tak
- to juz dwa razy gdy my...
- jesteśmy dorośli i raczej potrzebujemy seksu - zaczęła tłumaczyć, skąd jej to przychodziło do głowy to nie wiedziała - więc wykorzystaliśmy się siebie
nawzajem - dokończyła, na co rozszerzył oczy z zaskoczenia - więc go wykorzystała? - pomyślał, tak właśnie czuł się.
- a jak bedzie trzeci raz? - spytał, pamiętając o jej regule
- ale przecież nie bedzie - popatrzyla sie na niego, a on na nią czując żal.
- skąd wiesz?
- no bo nic nie czuje do ciebie - odrzekła. Te słowa zabrzmiały w jego głowie jak echo, które nie ustępowało. Próbując nie rozkleić się, znów go zraniła w ciągu pięciu minut.
- no tak, a moje serce zreszta należy do Natalie - wzruszył ramionami.
- auć... - bolało uszczypnęła się za skórę na wysokości ramienia by mniej bolało w środku - no właśnie - w końcu wykrztusiła.
- jesteś pewna?
- tak - skinęła głową, a następnie odwróciła wzrok ponownie w niecodzienny widok, który miała przed sobą.
- a ty?
- oczywiście - odparł.
- i dalej będziemy przyjaciółmi? - spytała.
- zawsze - uśmiechnął się, a ona odetchnęła z ulgą.
14.
Po powrocie do domu zachowywali się tak samo, zwyczajnie. Sobie nie dziwiła się, ale była zdumiona widząc jak on sobie radzi.
Widziała jak zadowolony świętował z kolegami dwa następne wygrane mecze, jakaś dziewczyna o kruczo czarnych włosach siedziała mu na kolanach podziwiając mięśnie
na co śmiał się zadowolony. Westchnęła. Czuła, że bierze ją niezła choroba i to nie miała związku z Ianem, no może troszkę, ale czuła, że czeka ją niezłe przeziębienie. Po pożegnaniu wyszła z pubu.
- a ty dokąd - zapytał znajomy głos.
- do domu, źle się czuję - odpowiedziała z lekkim uśmiechem.
- a co ci ? - spytał zmartwiony. Podszedł do niej dotykając dłonią jej czoła i policzki.
- chyba przeziębiłam się - zakąszała lekko, faktycznie miała dość cieple czoło i niecodzienne rumieńce.
- chodź odprowadzę cię
- nie trzeba - zaprotestowała wesoło - zostań, baw się - zapewniła, odsuwając się.
- nie zostawię cię, bo tam trwa zabawa - uśmiechnął się serdecznie, na co ona westchnęła. Był dobry dla niej, na pewno byłby dobry jako chłopak widziała go z Natalie. Był chodzącym ideałem, może i ona by miała tak samo.
Szli opowiadając wydarzenia z dzisiejszego meczu śmiejąc się. Weszli do domu, zawsze czuł się jak u siebie.
- Połóż się, a ja zrobię herbatę - zaproponował.
- nie trzeba - zaśmiała się krótko- po prostu pójdę już spać.
- najpierw herbata, a potem ciepła piżama i spać ok ? - popatrzył na nią ze zmarszczonym czołem.
- okey tatku - chrząknęła padając na kanapę, na co zarechotał wesoło.
Szybko odnalazł kubki, herbatę i nastawił wodę w czajniku. Jednak gdy gotowy podszedł do niej, ona już spała. Pokręcił głową niedowierzaniem na prawdę była zmęczona dostrzegł. Uniósł ją do góry zaniósł na górę do łóżka. Przykrył kołdrą. Pogłaskał raz, dwa a nawet
trzy po włosach z drgającym policzkiem i wyszedł z pokoju.
Gdy był ranek wstała o siódmej. Rzadko kiedy o tej wstawała, a teraz widocznie na prawdę potrzebowała snu. Zrezygnowała z joggingu, na ósmą miała
mieć pierwsze zajęcia na uczelni. Po wziętym prysznicu i ubrana w zwykłą, dresową o kolorze burgundowym sukienkę zeszła na dół. Zapach rosołu od razu uderzył w jej nozdrza. Po jej kuchni krzątał się jej przyjaciel.
- Ian ? - krzyknęła niedowierzanie - co robisz o tej porze? - uśmiechnęła się. Ładnie wyglądała, podziwiał ją od stóp po ostatni włos spięty w luźny kok.
- rosół - odrzekł naturalnie.
- Ian wiesz, że nie lubię - zamarudziła. Wiedział doskonale, ale to było dobre lekarstwo na przeziębienia, więc postanowił, że nawet siłą ją nakarmi
- wiem, ale chociaż miskę zjesz - powiedział stanowczym głosem, na co uniosła ze zdziwieniem swoje brwi.
- w życiu - zaprotestowała kręcąc głową przecząco przy tym nalewając świeżą kawę.
- i bez kawy dzisiaj - zabrał jej, śmiejąc się z jej przerażonej miny.
- hej ! - pisnęła.
- lekarstwa i zdrowe jedzenie
- Ian...proszę cię - zaśmiała się - czuję się już lepiej, wygrzałam się w nocy - próbowała przekonać chłopaka.
- okey, jak zjesz rosół, weźmiesz aspirynę dam ci kubek kawy- zaproponował z cwanym uśmiechem.
- świnia - burknęła - tak szantażować - parsknęła rozbawiona, na co roześmiał się. Była w rozśmieszaniu jego tak dobra, że chyba zapomniał jakie to dobre uczucie. a za nią i on
- nie wychodziłeś już wczoraj? - zapytała unosząc na niego wzrok
- niee, zostałem na kanapie gdyby coś - odrzekł również spoglądając na nią.
- to miłe - skinęła głową, przystawiając nos do bulgoczącego garnka, na który skrzywiła się.
- dziś może z czegoś zrezygnuj?
- nie ma mowy, ważne zajęcia na uczelni, jedne w klubie, no i trening
- po co ci ta uczelnia? - pokręcił głową, a sam popił czarną kawę, na co przełknęła ślinę okropnie tego napoju potrzebowała.
- hmm.. bo nie będę cheerleaderką do końca życia - pokazała na siebie jak by chciała powiedzieć, że nie zawsze tak będzie wyglądać.
- e tam. Będziemy starymi dziadkami na boisku. Ja będę dalej pykał piłką, a ty będziesz nieźle dopingować pomponami - mówił rozbawiony i prawie to widział przed oczami.
- taa chyba laską, a nie pomponami - zaśmiała się.
- dobra jedz - podał jej miskę z zupa, a następnie łyżkę,
- na prawdę nie lubię - zamarudziła, wykonując grymas na twarzy.
- jak można nie lubić rosołu?
- tata tak mnie nakarmił jak byłam mała, że aż przejadł mi się. Wyobrażasz sobie pięć dni na rosole?
Doskonale znał tą historię i wiedział, że od tamtej pory miała wstręt do tej zupy.
Powoli z łyżki na łyżkę jadła z czego był zadowolony.
- noo. jak chcesz to potrafisz- pochwalił widząc, że prawie skończyła
- dzięki tato - burknęła. - mogę kawę ? - uśmiechnęła się cwaniacko.
- jeszcze leki - podał jej w kubeczku plastikowym
- świetnie - chrząknęła pod nosem, a następnie łyknęła.
- noo - zabił brawo i podał kubek gorącej kawy.
- tego trzeba mi było - rozluźniła się delektując kawę.
Kawa była jej uzależnieniem wiedział o tym, dziennie potrafiła wypić dwie, a nawet
trzy. Sam lubił, ale jedna mu wystarczała.
- dobra ja lecę. Mam dziś jeden trening z nastolatkiem jakimś, do później ??
- tak pewnie na sali - zapewniła. Podniosła się i pochyliła się nad blatem. Wspinając się na palce podarowała buziaka w policzek.
- dziękuję - powiedziała zadowolona. Policzek wciąż go palił od tego gestu, uśmiechnął się.
- oszczędzaj się - poprosił przed wyjściem.
- dobrze tato - zaśmiała się. Było bardzo urocze, że tak nią opiekował się i zajmował. Zastanawiał się czy powiedzieć jej o Jeremim i o tej całej sprawie. Na pewno by go skarciła, dlatego pora zaprzestać. Dostał dwie ogromne zapłaty, za które zdążył kupić nowe auto. Nie raz jego przyjaciółka dopytywała się skąd tyle ma pieniędzy, jednak bronił się tym, że
po prostu odłożył.
Popołudniu była już wycieńczona, wyczuwała, że gorączka do niej wracała. Na szczęście został jej tylko już trening z dziewczynami. Rozciągała się na koniec rozgrzewki
Opowiedziała dla Amy o swoim wyczynie w Los Angeles, a ta ani trochę nie była zaskoczona.
- to chyba miłe z jego strony - powiedziała gdy usłyszała jak brunetka opowiada opiece jaką obdarzył ją Ian.
- taak, najlepszy
- tylko przyjaciel? - upewniła się.
- wiesz, że tak - przewróciła oczami.
- nie wiem kto wymyślał ci te zasady
- sama już w liceum - wzruszyła ramionami.
- no i po co?. Masz ciastko cholernie przystojne na wyciagnięcie ręki i nie chcesz go chwycić?
- Amy, nie zamierzam cierpieć, a on... spójrz - pokazała na przyjaciela - on jest szczęśliwy, nie czuje nic do mnie, tęskni za Natalie
- i dlatego z tobą przespał się?
- nie jestem jedyna - chrząknęła.
- jesteś tego pewna?
- no tak, stal się znów takim jakim był w liceum przed....
- wszystko wraca do Natalie - wtrąciła się z uśmiechem - to tak jakby ich związek pojawił się bo ty tak chciałaś
- pojawił się bo Natalie tego chciała, a ja jej ułatwiłam no i dla niego - wyjaśniła brunetka wstając - a po za tym czemu z tobą o tym rozmawiam? - burknęła.
- bo potrzebujesz - zaśmiała się i objęła ją ramieniem podchodząc do reszty dziewczyn.
- ale nie przesadzaj - chrząknęła chłodno przy tym strąciła jej rękę z piorunującym wzrokiem
- i tak wiem, że mnie lubisz - puściła oczko stając na swoim miejscu.
Wykonując układ, figury i piramidę obserwował jak tańczyła. Nie raz bał się o nią jak zeskakiwała niby prosto w ręce trzech chłopaków, którzy również należeli do zespołu. Bardzo przydatni byli. Wyglądało jakby spadała prosto na ziemie, przecież mogła zabić się. Jednak pocieszało go to, że jednak była w tym bardzo dobra. Puściła oczko do niego wykonując kroki, a on mało co nie buraka puścił.
- Lizzie... - westchnął, wracając do swojej gry.
Piła wodę jednym duszkiem.
- co gotowa? - spytał za nią.
- taak - odwróciła się. Nie wiedziała czy zbyt gwałtownie czy przez gorączkę, ale zakręciło się w głowie, że aż przez ułamek sekundy zrobiło się czarno przed oczami.
- dobrze się czujesz?- chyba zauważył jej samopoczucie. Podszedł do niej jakby chciał chwycić przed upadkiem.
- tak zakręciło mi się w głowie tylko - odpowiedziała spokojnie.
- czas do domu - powiedziała, chciała go wyminąć jednak przechytrzył ją chwytając za rękę. Przyłożył troskliwie dłoń do jej czoła i do policzków tak jak wczoraj.
- jesteś cala rozpalona - mało co nie wrzasnął.
- bo jestem po treningu - wybroniła się.
- mówiłaś, że czujesz się lepiej - skarcił ją
- bo czułam - przewróciła oczami.
- nie wykurowałaś do końca, a teraz jeszcze wykończyłaś sobie pewnie organizm - sprawdzał jej szyje tak jak zawodowy lekarz węzły chłonne.
- Ian ! przestań! - krzyknęła - to zwykle przeziębienie - zaśmiała się słabo. Dość szybko przetransportowali się do domu dziewczyny.
- prysznic, piżama i do lóżka - rozkazał, a dziewczyna bezsilnie jęknęła. Gdy brunetka zajęła się pielęgnacją, przygotował jej herbatę tym razem nieco szybciej. Zaniósł na szafkę przy łóżku.
- znów rosół- zamarudziła stojąc przy drzwiach opierając się o framugę.
- nie. Herbata z dzikiej róży i cytryną - uśmiechnął się uroczo, wiedząc, że to jej ulubiona
- jesteś najlepszy - zawołała wtapiając się w swoją pościel.
- masz dbać o siebie Lizzie - popatrzył na nią całkiem poważnie
- jasne - uśmiechnęła się.
- tu masz tremometr, herbatę, wodę. Masz wypoczywać i pocić się - zalecił.
- a ty idziesz ? - spytała unosząc się na łokciu.
- taa, chłopcy coś wymyślili, męski wieczór jakiś - odparł zakładając z powrotem bluzę na siebie.
- aha - nie wiedząc czemu ogarnął ją smutek. Nie chciała żeby szedł na obce panienki, zwłaszcza teraz - mógłbyś zostać ? - poprosiła nieśmiało, łapiąc go za rękę. Wiedział, że podczas choroby nie lubiła być sama.
- jeśli chcesz - wzruszył ramionami.
- chcę - przyciągnęła go z całej siły jaką miała, a on opadł na łóżko ze śmiechem. Po wypiciu herbaty, przykrył ją kołdrą i kocem.
Wzdychając przytulił ją do siebie, a ona wtuliła się najmocniej jak mogła. Potrzebowała teraz tego, źle się czuła, a on dziwnym sposobem ukajał jej ból głowy.
- dziękuję, że zostałeś - szepnęła już na półśpiąco mając swój oddech na jego szyi co sprawiało mu przyjemne łaskotki.
- nie ma problemu - mruknął. Szczerze wolał teraz z nią zostać niż szwendać się po klubach z kumplami. Gdy twardo spała co jakiś czas sprawdzał jeszcze czy gorączka się utrzymuje, oraz próbował zbijać chłodnymi okładami. Pokręcił głową.
- nieźle załatwiłaś się - szepnął, znów biorąc ją w objęcia.
14..
Gdy obudziła się czuła się ściśnięta. Była w jego ramionach tak objęta, że musiała
zastanowić się jak uwolnić się by go nie zbudzić. Głowa jej nie bolała, gorączki raczej też nie wyczuwała. Jedynie była trochę jeszcze osłabiona no i spocona jak..
- świnia - mruknęła po cichu, na co wzdrygnął chłopak
- hm? - otwierał ciężko oczy. Rozczuliła się na ten widok był zmęczony i zaspany.
- wypociłeś mnie jak świnie - chrząknęła, a po chwili poczuła drgania ciała chłopaka z powodu śmiechu.
- to twoje dziękuje ? - popatrzył na nią czule.
- jestem ci wdzięczna, przecież wiesz - mimo to jeszcze mocniej przytuliła się. Dłużej tak nie pociągnie za bardzo zbliżyli do siebie - pomyślała. Co dalej?.
- jak ciebie to pocieszy to też mnie wypociłaś - powiedział.
- jesteśmy kwita - skinęła głowa zadowolona - mogłam cię zarazić - popatrzyła na niego uważnie.
- ale nie zaraziłaś - uspokoił ją.
Byłby cudownym chłopakiem.
- okey doktorku, muszę się stąd uwolnić bo uduszę się - jęknęła, na co wypuścił ją z objęć. Zwlekli się z łóżka, które ona pościeliła. Zaproponowała, że to ona zrobi śniadanie w ramach rekompensaty, a on niech pójdzie wykąpie się.
- na którą dzisiaj?
- na szczęście na dwunastą. Dzisiaj mam tylko jedne zajęcia i mecz no - odrzekła szykując rzeczy do jedzenia.
- które sobie odpuścisz
- mowy nie ma - założyła ręce na piersiach oburzona - nie opuszczę cię w czasie meczu, a po za tym...
- opuścisz - powiedział stanowczo - gorączkowałaś cala noc, musisz odpocząć
- czuję się dobrze - wzruszyła ramionami
- zostajesz w domu - był taki stanowczy gdy go zaskoczona obserwowała - Poproszę jakieś zastępstwo w Klubie - powiedział.
- Ian...
- Lizzie jutro znowu wrócisz do swojego trybu dnia, dziś odpoczywasz zażądał
- nie usiedzę w domu - jęknęła.
- dobra. Na spacer możesz iść, ale nic więcej - rozkazał z uniesionym palcem.
- od kiedy ty mi rozkazujesz? - podeszła do niego.
- odkąd zależy mi... na twoim zdrowiu - odetchnął ulgą, że tak wybrnął ze swoich słów.
- i jak ja mam nie być na meczu ? jestem kapitanka
- poproś aby Amy cię zastąpiła na ten jeden raz
- mhm.. jasne - burknęła niezadowolona.
- jesteś najlepszą cheerleaderką - podszedł do niej do tyłu obejmując w talii i pocałował w policzek, a po jej ciele przeszedł przyjemny dreszcz. Trudno było jej nie uśmiechnąć się - ale nawet najlepszym zdarza się zachorować
- okey - westchnęła, nie wierząc że zgodziła się. Dość łatwo namówił ją, drugi powód dla którego nie chciała być związku. Lubiła być niezależna, nieuległa. Nie lubiła, jak ktoś jej coś kazał, nalegał na coś. Inny powód Nie lubiła też być za nikogo odpowiedzialna, tylko za siebie. Nie chciała nic czuć. Zakochanie równa się cierpienie takie było jej przekonanie, tylko czy teraz zastanawiała się czy nic nie czuje do niego, spojrzała na niego jak popija kawę
Potrzasnęła głową i nałożyła naleśniki na talerz
- twoje ulubione - podała mu na talerz.
- Lizzie ! - krzyknął po spróbowaniu, a ona od razu wybuchła śmiechem - one są z jabłkami popatrzył na nią zły i zniesmaczony. To był jej plan zemsty za zniewolenie w domu.
- wiem - wzruszyła ramionami, a on wstał idąc do niej chcąc przystąpić do ataku jak lew na ofiarę.
- oo nie !! - pisnęła i uciekła mu okrążając wyspę.
- już nie żyjesz! i lepiej schowaj się najlepiej jak potrafisz - krzyknął za nią i pobiegł za nią. Śmiech jej roznosił się po całym domu. Torturował ją łaskotkami na jej łóżku gdy ją tylko dopadł.
- przepraszaam.... - jęknęła ze zmęczenia.
- za co ? - spytał jakby przesłuchiwał ją na posterunku.
- za jabłka jużżż??!!! wystarczy proszę ! - zabłagała. Łzy leciały już z kącików oczu.
- masz szczęście, że cię.. lubię - powiedział zasapany.
- aha... - oddychała ciężko, chwile poleżała, a następnie ona przystąpiła do ataku. Przekręciła ich tak ze opadli z lóżka z lekkim hukiem. Śmiał się głośno i wiercił pod nią gdy ona siedziała okrakiem nad nim. Przechwycił sprytnie jej ręce ze opadło jej ciało na jego ciało.
Znów za blisko - pomyślała.
- to był twój błąd dziewczynko - chrząknął.
- właśnie widzę - wykrztusili - cholera był przystojny i seksowny. Gdyby mogła to by mogła go posiąść, ale to byłby już trzeci raz i...on to on, Ian jej przyjaciel. Najlepszy od dziecka.
- mam tobie twoje naleśniki - spróbowała na zachętę aby zagościł się już pokój miedzy nimi.
- moje?
- mhm...z bananami - odrzekła dosyć uwodząco dla niego. Prawie go uwiodła i mógł ją zaciągnąć do lóżka. Poczuła wyswobodzenie więc sprytnie wstała z niego. Wziął dwa głębsze oddechy.
- to dobrze, bo jestem już głodny - chwycił ją w pasie i uniósł do góry.
- Ian ! - pisnęła, a po chwil zaśmiała się czując jak worek kartofli.
Podała mu masło czekoladowe i orzechowe. Wiedziała, że lubi te polaczenie, a sama zjadła naleśniki z jabłkami, które z kolei ona lubiła.
- jak mogłaś dać mi z jabłkami - popatrzył na nią
- ahh...prima aprilis? - uśmiechnęła się jak mała bezbronna dziewczynka.
- jest za osiem miesięcy - chrząknął.
- no to drugie prima aprilis? - zaśmiała się, a za nią i on.
Musiał iść do pracy, ona choć nie chciała została w domu. Przez telefon poprosiła Amy by ją dziś zastąpiła.
- kto by spodziewał się, że mnie wybierzesz? - spytała rozbawiona.
- nie czuj się wyjątkowo - chrząknęła siedząc na kanapie przeglądając telewizje.
- Ian zmienia się w opiekuńczego Romea?
- Zawsze był i nie w Romea - przewróciła oczami.
- ale twój Romeo
- Amy...
- taa wiem....te porąbane zasady - parsknęła.
- ja... -
- no to jesteś porąbana - wtrąciła się blondynka nie dając jej dokończyć
- moje drugie imię - zaśmiały się razem - dzięki...
- za co...ahhh...nie mów, czyżby jestem psiapsi ?
- daleko ci do niej
- jaaasne - zaśmiała się - tobie też dziękuje Lizzie
- za co ?
- jesteś dobrą przyjaciółką - odpowiedziała blondynka, która miała co raz cięższy oddech.
- nie jestem...a po za tym co ty... co z twoim...czy ty ? - pomyślała szybko na głos widząc koleżankę w dwuznacznej sytuacji.
- jestem z Brianem - był to chłopak z Czarnych Orłów, zazwyczaj grał w obronie.
- o mój Boże ! - krzyknęła i od razu rozłączyła się rzucając telefon z obrzydzeniem na wersalkę, w tym samym czasie gdy blondynka śmiała się oddając się rozkoszy.
Amy Shelley była ładną dziewczyną. Próbującą się wbić w towarzystwo z drużyny z Seattle. Poszukiwała ideału, ale Lizzie nie sądziła, że takie poszukiwania robi również w łóżku. Znała dość długo Briana był raczej spokojniejszym chłopakiem, ale dobrym. Lizzie Montgomery
uznawała ją trochę za sławną Britney Spears, wyższa była od niej trochę. Choć różniła się od jej zmarłej przyjaciółki, to jakoś też trochę była podobna do niej. Może w tym, że o dziwo nie osądzała ją o nic i wysłuchiwała do końca.
Oglądała mecz na żywo drużyny. Chłopakom szło bardzo dobrze, zauważyła jak nie raz Ian po
prostu popisywał się na boisku na co pokręciła głową i uśmiechnęła się. Wróciła do dzisiejszej nocy, mile to dla niej było, a następnie do poprzednich dwóch a w jej sercu gorąco się zrobiło, przyjemny prąd rozbrzmiewał się po niej niczym symfonia.
Natalie była szczęściarą zdecydowanie - pomyślała.
Był świetny w łóżku nigdy o tym nie zastanawiała się, aż do teraz. Był najlepszym z jej partnerów mogła to przyznać.
Czarne Orły wygrali, odetchnęła z ulgą. Układy dziewczyny świetnie zatańczyły.
- poradziły beze mnie - westchnęła rozglądając się po domu. Wydawał się taki cichy i samotny gdy jego nie było. Natalie często również u niej przesiadywała. Zaczęła za nią tęsknić
- cholernie mi cię brakuje - mruknęła spoglądając w sufit - nie jestem gotowa na to wszystko - otarła swoją twarz.
- na co ? - usłyszała.
- jesteś - szepnęła.
- zawsze - uśmiechnął się podchodząc do niej Ian White i zasiadła obok niej na kanapie - wiec na co ?
- a takie tam problemy sama ze sobą - wzruszyła ramionami. Ubrana w dresy słodko wyglądała i ten wysoki kucyk.
- opowiedz o nich
- po prostu brakuje mi Natalie - wyznała.
- rozumiem, mi też - wzruszył ramionami - ale tak jak sama mówiłaś i tak jest z nami - objął ją ramieniem.
- dokładnie - westchnęła po raz kolejny.
- jak się czujesz?
- dobrze, za dużo siedzenia już dla mnie - odrzekła, na co zaśmiała się
- no tak - popatrzył na nią - czasem mam wrażenie, że ciebie lepiej znam niż samego siebie - zmrużył powieki.
- hmm...to prawda znasz mnie doskonale - poparła z uśmiechem - obejrzymy coś ? - spytała.
- komedia? thriller, jakiś stary film?
Po znalezieniu idealnego filmu na wieczór po jednej stronie kanapy leżała ona po drugiej on. Poczuła się jak zza dawnych czasów i myśląc, że mogłoby to skończyć się od razu czuła strach dlatego postanowiła, że będzie siedzieć cicho dopóki da rade.
Film dobiegł końca, a on spał. Uśmiechnęła się na ten widok. To prawda znali się na wylot. Zawsze mało kiedy wytrzymywał do końca. Przykryła go kocem. Pogłaskała czule po jego czuprynie i poszła do swojego pokoju mając nadzieję, że tam będzie bezpieczna.
***CDN***
Miłego czytania :)
Dodał/a: An Caroline w dniu 15-03-2019 - czytano 438 razy.
Słowa kluczowe: Lizzie

Komentarze (0)

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Do Trzech Razy Sztuka VI"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)