Benita

Robiło się już późno, wszyscy już poszli, zostałam sama. Październikowa, kapryśna pogoda i spadające leniwie rude liście z dużych rozłożystych drzew oraz staruszka, która wpatrywała się w niewielki grób nieopodal grobu mojego brata. Tak, widziałam to wszystko, ale nic do mnie teraz nie docierało, bo to, co widziałam było jakbym siedziała w szczecińskim kinie Pionier i oglądała film. Nie, nie oglądałam filmu, a chłodny powiew wiatru smagający moje policzki najlepiej o tym świadczył.
Podciągnęłam zamek ciepłej, czarnej kurtki po czym jeszcze raz spojrzałam na wyświetlacz telefonu, na którym widniał numer Artura, po czym ostatecznie klikam DELETE.
Wiedziałam, że jeśli przetrwam ten dzień, to uda mi się przetrwać następny i następny tak samo jak po śmierci naszych rodziców kiedy miałam czternaście lat. Teraz mam siedemnaście i jednego byłam pewna, że na taką stratę nikt nigdy nie może być przygotowany lub uodporniony, bo wraz z odejściem bliskiej osoby odchodzi jakaś nasza własna cześć.
- Do zobaczenia, braciszku - wyszeptałam i wrzuciłam telefon do czarnej, skórzanej torby i już miałam się odwrócić, kiedy kątem oka zauważyłam wysokiego chłopaka, a może raczej mężczyznę, który, oparty o konar drzewa tuż za ogrodzeniem cmentarza, przyglądał się całej sytuacji od… sama nie wiem jak długo mógł tam stać.
Ignorując jego zaciekawiony wzrok schowałam ręce do głębokich kieszeni i ruszyłam w stronę głównego wyjścia. Nie wolno mi było teraz doszukiwać się jakichś problemów lub czyhających wszędzie niebezpieczeństw z prostej przyczyny - musiałam udawać, że jestem pod kontrolą, inaczej mogłabym niepostrzeżenie poślizgnąć się i zlecieć na dno rozpaczy...

...a przecież nie o to w życiu chodziło.

- Benita, wiem, że przeżywasz trudny okres, ale to nie zwalnia cię z obowiązków, w tym roku matura, więc proszę skupienie i uwagę.
- Dobrze, pani profesor - wyrecytowałam grzecznie i skuliłam się jeszcze bardziej, żeby tylko te wścibskie pary oczu w końcu zmieniły punkt zainteresowania i dały mi święty spokój.
Modliłam się, żeby tylko dzwonek ostatniej lekcji w końcu zadzwonił wybawiając mnie od natarczywych, wścibskich gapiów. Marzyłam, żeby już tylko wrzucić wszystko do torby i wybiec ze szkolnego budynku i tak, jak każdego popołudnia, udać się na Szczecińskie Błonie i najzwyczajniej w świecie zmarnować kolejnych kilka godzin włócząc się bez celu i paląc papieros za papierosem.
A kiedy moje marzenie w końcu się ziściło, zrobiłam to, co robiłam każdego dnia od kiedy Artura ani rodziców, ani właściwie nikogo, kto by zainteresował się tym czy zjadłam obiad i jak dzień mi minął, nie było, więc co mi tam.
Szybkim krokiem przemierzyłam szkolny teren, aż w końcu znalazłam się poza nim. Miałam po dziurki w nosie słuchania o maturze, o przyszłości i odpowiedzialności spoczywającej na moich ramionach ściśle związanej z moją zaradnością. Oczywiście wiedziałam to i bez głupiej paplaniny nauczycieli oraz pedagoga szkolnego, który bacznym okiem obserwował każdy mój ruch lub jego brak, jednym słowem, wszystko, co mogłoby wskazywać na nienormalność i przyczepienie się do załamanej Benity i udzielenia jej kolejnych oświecających rad. Nie tego mi trzeba było, ale ironia tej sytuacji polegała na tym, że nikt nie chciał słuchać, bo owszem, chcieli słyszeć, ale nie słuchać.
Powoli zaczynałam wierzyć, że moje nieszczęścia były jakimś polem do popisu tego idioty, pedagoga za pięć groszy albo nawet i to nie! No cóż, niektórym ludziom naprawdę trudno przychodziło zrozumienie, że niektóre rany potrzebują czasu, aby się zagoić i nie ma na to żadnej specjalnej mikstury lub rady, a ja czułam, że śmierć Artura to bardzo, bardzo głęboka rana.
Idąc parkową ścieżką znów zaczęłam przyglądać się zamierającej jesiennej przyrodzie, która mimo swojego zbliżającego końca wyglądała tak pięknie w tych wszystkich złoto-żółtych barwach, że ciężko było uwierzyć, iż lata dzień to wszystko dobiegnie końca. Kolejny papieros wygasł, a mnie zostało już nic innego jak wrócić do pustego mieszkania, które kiedyś dzieliłam z rodziną, której już nie miałam.
Pchnęłam ciężkie drzwi kamienicy, w której mieszkaliśmy i ruszyłam szarym korytarzem do mieszkania na parterze. Wilgotne, obłocone podeszwy martensów cmoknęły płosząc wielkiego czarnego kocura pomieszkującego na naszej klatce schodowej od Bóg wie jak dawna i już miałam wsadzić rękę do kieszeni, aby wyjąć z niej klucz, kiedy kot podbiegł i otarł się o drzwi, a te skrzypnęły nieprzyjemnie uświadamiając mi, że klucza to ja na pewno nie będę potrzebować, bo drzwi z jakiegoś nieznanego mi powodu były otwarte!

- Co do cholery! - krzyknęłam zrozpaczona w pustą przestrzeń i oglądając się dookoła próbowałam zrozumieć, jak to jest możliwe, że jeszcze to mnie spotkało! Ktoś włamał się do mieszkania zostawiając wszystko w totalnym zniszczeniu i rujnując te odrobinę sił, która mi została! Rzuciłam torbę, z której cała zawartość rozsypała się po drewnianej podłodze, po czym sama upadlam tuz koło niej i wybuchłam tak długo wstrzymywaną rozpaczą. Zamierzałam płakać tak długo, ile tylko się dało musiałam, bo inaczej nie potrafiłam poradzić sobie z tym wszystkim, tylko w ten jeden sposób.

Przesunęłam komodę pod drzwi wejściowe i zasłoniłam kotarami okna, połączałam światła we wszystkich pokojach i skuliłam się z laptopem, który, dzięki Bogu, swoim zwyczajem zawsze wsuwałam pod łóżko, kiedy szlam spać i tylko dzięki temu zwyczajowi udało mi się go zachować.
Byłam przerażona, ale dzięki tonie wylanych łez poczułam ulgę i nadzieję, że może jakimś cudem uda mi się przetrwać ten ciężki czas, na pewno mi się uda, muszę tylko bardzo, bardzo w to wierzyć, poza tym obiecałam Arturowi, że zawsze, nieważne co, zawsze będę dzielna. To nie prawda, nie byłam dzielna ani nawet silna, po prostu… co innego mi pozostało?
Kliknęłam przycisk i system zaczął się uruchamiać, Artur zawsze dbał o to, żebym miała najnowszy sprzęt, sam też miał na tym punkcie słabość. Jako główny informatyk w firmie, której nie znałam nazwy, zdawał się być szczęśliwy i realizować się w swojej ukochanej dziedzinie, która mnie nie pociągała ani odrobiny, bo komputer i Internet służyły mi głownie do odbierania poczty i przeglądania stron internetowych lub też słuchania muzyki na youtube i mimo wielu rozmów o mojej świetlistej przyszłości, nie bardzo mogłam sobie wyobrazić siebie jako kogoś, kto mógłby siedzieć osiem godzin dżinnie przed komputerem w jednym z tych wielkich, szklanych wieżowców.
Wiedziałam, że moja skrzynka jest pusta, ale mój nawyk sprawdzania, czy Artur nie wysłał mi jakiegoś linka do nowej piosenki lub nowej książki był tak automatyczny, że trudno było mi go kontrolować. Kliknęłam odbierz i nie czekając na załadowanie, przeszłam do strony z prognozą pogody choć i tak było mi obojętne, czy jutro będzie padać, czy też nie. Oprócz tego, że słuchaliśmy z Arturem tej samej muzyki i czytaliśmy książki o podobnych tematykach, to jeszcze mieliśmy podobny styl bycia - oboje nosiliśmy brązowe martensy do łydki i rozwleczone swetry. Łączyły nas nie tylko więzy krwi, ale upodobania i sposób bycia. Byliśmy zżyci, a w domu tworzyliśmy dwuosobowy zgrany team, bo choć 28-letni Artur odziedziczył po mamie błękitne oczy, a po tacie niemal czarne włosy, to mnie jakoś te geny zręcznie ominęły. Nie narzekałam na swój wygląd ostatecznie, to, czy miałam niebieskie, czy zielone oczy koloru żabiego mało mnie obchodziło tyle, że Artur był naprawdę przystojnym facetem. Fakt, że nigdy nie przyprowadzał swoich dziewczyn do domu trochę mnie dziwił, on sam natomiast twierdził, że dom to azyl, a od randek są restauracje i kina. Nie chciałam żeby mój brat skończył jako nudny, podstarzały informatyk w otoczeniu tych wszystkich komputerowych gadżetów i z kotem dachowcem u boku, tyle, że i tak nigdy nie słuchał jak tłumaczyłam mu, że przecież jeśli z kimś chodzi, to powinien się nieco bardziej zaangażować i od czasu do czasu przyprowadzić swoją wybrankę w nasze skromne progi. Ten natomiast zawsze zbywał mnie swoim wesołym śmiechem i odsyłał do odrabiania lekcji.
Chciałam, żeby wiedział, że był moim najlepszym przyjacielem i zawsze nim pozostanie, gdziekolwiek teraz jest. Czas zatoczył kółko, a ja powoli łapałam oddech i choć nie było w moim życiu już nikogo, z kim mogłabym pogadać o muzyce ani się pośmiać, to jednak czułam, że dam radę iść dalej w te przygodę, którą życie bez wątpienia było.
Ziewnęłam zmęczona całym tym koszmarnym dniem i kliknęłam mały krzyżyk w prawym górnym rogu strony internetowej i już chciałam zrobić ten sam krok z kolejną zakładką w mojej przeglądarce, kiedy nagle moje serce przyśpieszyło bijąc w szalonym tempie.

Powodem tej arytmii była wiadomość odebrana, dokładnie jedna jedyna wiadomość w mojej skrzynce, do której nikt inny poza Arturem nie miał adresu!







Wlokąc się sobotnim popołudniem w zadłuż nieco zamglonego opustoszałego parku ciągle nie mogłam uwierzyć w to ze Artur zdradził komuś mój e-mail skoro sam tysiąc razy perswadował że nie wolno mi tego robić i że ta poczta jest tylko po to abyśmy mogli się ze sobą komunikować jeśli z jakiegoś powodu on nie będzie mógł zadzwonić lub też ja nie będę pod telefonem. Mój brat cechował się dużą ostrożnością i odpowiedzialnością a to że traktował mnie trochę po ojcowsku mogłam z łatwością zrozumieć bo przecież w pewnym sensie musiał zastąpić mi oboje rodziców w najtrudniejszym dla mnie okresie życia. Ponownie zerknęłam na wyświetlacz swojego telefonu Samsung Note ktory również był prezentem od brata i odczytałam setny już raz list od niejakiego Konwalii.

Nadawca: Konwalia
Droga Benito nie wiem od czego zacząć wiec zacznę od tego że nazywam się… po prostu Konwalia, jestem starym przyjacielem twojego brata. Artur i ja byliśmy kumplami od wielu lat kilka miesięcy temu kiedy Artur powiedział mi o swojej chorobie a ja przysięgłem mu ze zawsze będę za twoimi plecami gotowy pomóc w czymkolwiek tylko zechcesz, tak wiec chce dotrzymać obietnicy która złożyłem przyjacielowi i prosić cię abyś pamiętała że jestem i że jeśli tylko, cokolwiek to wiesz a co do tego włamania to możesz być pewna że już nic ci nie grozi
Trzymaj się dzielnie Benito i pamiętaj że jestem niedaleko

Pozostawało pytanie czy aby na pewno Konwalia jest przyjacielem czy tylko w jakiś sposób udało mu się dostać mój e-mail a jeśli nawet to czego mógłby chcieć ode mnie? Wiele pytań i zero szans na odnalezienie odpowiedzi jesienna mżawka zaczęła przemieniać się w drobny deszcz a ten z kolei w solidne gęste krople. Jeszcze tego brakowało! Musiałam zadbać o swoją skóre bo nie było nikogo oprócz podejrzanego Konwalii kto mógłby w razie głupiego przeziębienia przynieść mi szklankę wody i tabletkę paracetamolu. Zaciągnęłam się jeszcze raz papierosem po czym schyliłam się aby zgnieść go o cegłówkę leżącą nieopodal.

-Palenie szkodzi dzieciaku, usłyszałam glos gdzieś za plecami
-Jestem pełnoletnia jeśli chciałby pan wiedzieć
-A wyglądasz jak dziecko z Gimnazjum, podniosłam wzrok, spojrzałam na natręta
-A pan co? Pogromca niegrzecznych dziewcząt? Na co gość tylko zaśmiał się zachrypniętym mało śmiesznym głosem i wyminąwszy mnie ruszył w głąb parku choć padać zaczynało coraz mocniej.
Co za czasy! Żeby tak dokuczać niewinnej dziewczynie i pouczać na prawo i lewo! No cóż Artur z pewnością przetrzepałby mi skore gdyby wiedział ze pale mimo ze od sześciu miesięcy byłam dumną prosiaczkom dowodu osobistego to i tak zapewnień wyłożyłby mi taką wiązankę ze odechiałoby mi się palenia raz na wieki wieków tyle że Artura już nie było a mnie samej średnio już zależało na nienagannym zdrowiu i na tym co tam pomysłom sobie sąsiedzi widząc mnie z papierochem w ustach.
Spojrzałam z pod przymrużonych powiek na oddalającą się wysoką postać młodego mężczyzny ubranego w idealnie dopasowane garniturowe spodnie czarny elegancki płaszcz kiedy przelotnie zerknęłam na niego wcześniej jego ekstrawagancki ubiorek średnio pasował do kolczyka w prawej brwi choć jego elegancko przystrzyżone i na żelowane włosy były jak najbardziej w stylu ‘jestem bogaty inteligentny i Naj Naj Naj’palant, tyle że ten kolczyk? No cóż ludzie są rożni, wzruszyłam ramionami i zawróciłam w stronę głównego wejścia do parku robiło się późno a ja karmiłam się głownie nikotynom i kofeinom należało zakupić jakieś jabłko i drożdżówkę i otrząsnąć się z tej nicości.

Obejrzałam się jeszcze raz za siebie ale po natrętnym nie było już śladu.

Z mojego bloga
https://benitabialakonwalia.blogspot.com/2019/01/wstep-pierwszy-list-od-konwalii.html
Dodał/a: Biala Konwalia w dniu 22-02-2019 - czytano 234 razy.
Słowa kluczowe: Biala Konwalia

Komentarze (2)

Czytelniczka dnia 2019-03-31 13:28:43.

Fajne opowiadanie. Na blogu mam już wszystkie przeczytane. Ale niestety w pewnym momencie widzę że przestałaś pisać. Proszę dokończę tamto opowiadanie bo jak dla mnie jest ono w połowie

Patrycjadnia 2019-04-03 00:45:53.

Kolejne części z twojego bloga przeczytane. Czekam na kolejne.

Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Benita"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)